fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Kij i marchewka

Witold M. Orłowski, profesor Politechniki Warszawskiej, główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce
materiały prasowe
Po daleko idących deklaracjach, które rozbudziły we frankowych kredytobiorcach nadzieję, że rządzący po prostu zmuszą banki do skreślenia jednej trzeciej (a czasem i połowy) ich kredytu hipotecznego, Kancelaria Prezydenta wystąpiła z propozycją bardzo skromną w stosunku do oczekiwań.

Ogranicza się ona do zwrotu części opłat (spreadów) ściąganych przez banki przy wirtualnej operacji „wymiany" franków na złote i złotych na franki.

Operacja ta była dla banków mało kosztowna – natomiast ich klienci obciążani byli ogromnymi i dowolnie ustalanymi marżami, stanowiącymi dodatkowy zysk banków. Mało kto nie zgadza się z tezą, że zyski te banki rzeczywiście powinny zwrócić.

Obecna propozycja ustawy jest krokiem we właściwą stronę w tym sensie, że poszukuje kompromisu między interesem grupy kilkuset tysięcy frankowych kredytobiorców a interesem – no właśnie, nie banków, ale milionów posiadaczy oszczędności i milionów obywateli, którzy w razie maksymalnego „ulżenia" frankowiczom musieliby się składać na ratowanie systemu bankowego.

Problem jest natomiast taki, że najważniejszą dla gospodarki (i potencjalnie najkosztowniejszą) sprawę korzystnego dla klientów przewalutowania kredytów na złotówkowe nowa propozycja odkłada na przyszłość. A konkretnie mówiąc, do decyzji Komisji Nadzoru Finansowego i NBP, które wspólnie miałyby dopiero stworzyć mechanizmy regulacyjne zachęcające – a właściwie zmuszające – banki do dobrowolnego zawierania z klientami umów o przewalutowanie.

Osobiście uważam rozwiązanie „wymuszonej dobrowolności" za najlepsze, ograniczające koszty i ryzyko dla całej gospodarki, a także biorące pod uwagę sytuację poszczególnych kredytobiorców. Jestem też pewny, że nadzór finansowy może wypracować takie narzędzia regulacyjne, które rzeczywiście zachęcą banki do szukania możliwości przewalutowania kredytów poprzez radykalny wzrost kosztów związanych z utrzymywaniem w portfelu kredytów frankowych.

Problem polega jednak na tym, że do tanga trzeba dwojga – również zgody klientów na takie ugody. Po to, by ją masowo wyrażać, klienci muszą, po pierwsze, uznać, że banki oferują im rzeczywiście korzystne warunki przewalutowania, i, po drugie, że są to warunki lepsze niż te, które osiągnie się, nie godząc się na porozumienie. Innymi słowy, chodzi o dobry dla klientów kurs (co dla banków oznacza straty) i jasną deklarację, że w razie prawdziwej woli banków do zawierania takich umów zniknie nadzieja na ustawowe narzucenie przez rządzących jakiegoś jeszcze korzystniejszego „kursu sprawiedliwego".

Odpowiednio gruby regulacyjny kij może oczywiście zmuszać banki do poszukiwania ugód. Ale sam kij może nie wystarczać.

Może więc zamiast ograniczać zwrot spreadów do pewnej wysokości, lepiej odebrać je w całości, ale skierować do funduszu wspierającego przewalutowanie (np. dodającego złotówkę do każdej złotówki obniżenia długu, na którą w danej umowie zgodzą się bank i klient)? Kij najlepiej działa w połączeniu z marchewką.

Witold M. Orłowski profesor Politechniki Warszawskiej, główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA