fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Polska i euro: księga strachów

Fotorzepa, Jerzy Dudek jd Jerzy Dudek
Musimy na nowo zacząć dyskusję nie tyle o wspólnej walucie, ile o tym, co naprawdę oznacza dla Polski przynależność do Unii.
W ostatnim czasie na nowo ożyła dyskusja na temat wejścia Polski do strefy euro. Stało się tak mimo jednoznacznie negatywnych deklaracji Prawa i Sprawiedliwości, a także tego, że od jasnego poparcia wprowadzenia w Polsce wspólnej waluty uchylają się również partie opozycyjne. Wygląda więc na to, że dyskusja ekonomistów będzie miała jeszcze przez wiele lat charakter raczej akademicki.
Z drugiej strony nawet taka dyskusja jest pożyteczna. Po pierwsze, może przynieść lepsze zrozumienie problemów związanych z wprowadzeniem euro i reform potrzebnych polskiej gospodarce. Po drugie, może pomóc w ustaleniu, w jaki sposób zapewnić niezbędną społeczną zgodę. I po trzecie, mogłaby lepiej przygotować nas do sytuacji, w której nagle Polska stanęłaby przed dramatycznym wyborem między wprowadzeniem euro z jednej strony a poniesieniem ogromnych kosztów politycznych i gospodarczych związanych z pozostawaniem poza strefą euro z drugiej. Na tę rolę, być może najważniejszą, słusznie zwrócił niedawno na łamach „Rzeczpospolitej" uwagę prof. Andrzej Wojtyna.

Szansa dla Polski

Nie będę powtarzać po raz kolejny listy ekonomicznych argumentów za tym, że przyjęcie euro oznaczałoby dla Polski szansę na długookresowe przyspieszenie rozwoju gospodarczego. Nie mam wątpliwości, że tak właśnie jest, choć oczywiście korzyści nie są dane bezwarunkowo, a ich pełne wykorzystanie (i uniknięcie ewentualnych zagrożeń) wymaga odpowiedniego przygotowania polskiej gospodarki i wdrożenia odpowiednich zasad zarządzania na szczeblu makro i mikro.
Pokazuje to większość analiz ekonomicznych, w tym w szczególności raport przygotowany w swoim czasie przez Narodowy Bank Polski (dostępny cały czas na stronie internetowej NBP). Nie będę również rozwijać stawianej coraz częściej tezy – z którą całkowicie się zgadzam – że problem wykracza daleko poza czystą ekonomię, mając fundamentalne znaczenie nie tylko dla roli Polski w procesach integracji europejskiej, ale też dla utrzymania w naszym kraju zasad wolnego rynku i trendów modernizacyjnych.
Zamiast tego spróbuję przyjrzeć się krótko liście strachów, które wiążą się ze wspólną walutą.

Strach przed euro

Większość polskiego społeczeństwa jest dziś niechętna wprowadzaniu euro z prostego powodu: obawy, że będzie to oznaczać natychmiastowy, drastyczny wzrost cen.
Obawy te mają kilka źródeł. Pierwszym jest mityczne „podwojenie cen", o którym lubią mówić mieszkańcy zachodniej Europy – w rzeczywistości nieznajdujące potwierdzenia w danych statystycznych (choć niewątpliwie odosobnione przypadki tego typu miały miejsce, np. przy niektórych towarach sprzedawanych w automatach). Drugim jest obserwacja na temat przyjeżdżających chętnie na zakupy Słowaków i Litwinów, twierdzących, że u nich w porównaniu z Polską jest drożyzna.
Owszem, tylko że chodzi o coś zupełnie innego, niż się w pierwszej chwili wydaje: po wprowadzeniu euro na Słowacji ceny się nie podniosły, a na Litwie wręcz spadły, przy rosnących dochodach mieszkańców. U siebie w kraju nic więc na wprowadzeniu euro nie stracili.
Jednak osłabienie się złotego wobec euro powoduje, że naszych sąsiadów stać na jeszcze więcej, jeśli przyjadą na zakupy do Polski. Innymi słowy, wprowadzenie euro daje im dodatkowe korzyści, dzięki możliwości tańszych zakupów w krajach o słabszej walucie.
Najpoważniej brzmi jednak trzecia, pozornie logiczna, choć w rzeczywistości absurdalna teza, że wprowadzenie euro oznacza „podniesienie cen do poziomu niemieckiego", przy zachowaniu polskiego poziomu dochodów. Jest to oczywista bzdura. Wprowadzenie euro oznacza przeliczenie na wspólną walutę i cen, i płac, i oszczędności.
Ceny towarów, które łatwo eksportować z kraju do kraju, nie wzrosną, bo i tak są już obecnie na tym samym poziomie (z dokładnością do istniejących różnic w opodatkowaniu, jakości i wymuszanych przez konkurencję marż). Natomiast ceny pozostałych dóbr, a zwłaszcza usług, nie wzrosną z powodu bariery popytu. Ceny usług rosną bowiem wtedy, kiedy rosną dochody ludzi, a nie w zależności od tego, czy są zapisane w złotych czy w euro.
Siła społecznych lęków jest jednak w Polsce tak ogromna, że nie wolno jej lekceważyć. W grę wchodzą różne narzędzia, za pomocą których można uspokoić obawy o wzrost cen w momencie wprowadzania euro: od kilkuletniego okresu równoległego stosowania obu walut, poprzez zagwarantowanie rekompensat dla emerytów w przypadku wzrostu cen, aż po prawny zakaz nieudokumentowanego kosztami podnoszenia cen (całkiem skutecznie zastosowaliśmy go w Polsce przy wprowadzaniu VAT w roku 1993) i obniżkę stawek VAT w momencie wymiany, co dałoby w efekcie spadek cen zamiast wzrostu.

Obawy ekonomistów i polityków

Inne zupełnie problemy podnosi część ekonomistów. Tu głównym straszakiem jest złe funkcjonowanie strefy euro, a w szczególności ogromne kłopoty gospodarcze krajów Południa – na czele z bankructwem Grecji i długotrwałą recesją we Włoszech, Portugalii i Hiszpanii.
Formułowana czasem teza mówi, że bez możliwości swobodnego dodruku pieniądza i „konkurencyjnej dewaluacji" uboższe kraje Unii nie są w stanie szybko się rozwijać, a na euro skorzystać są w stanie tylko gospodarki najmocniejsze (czytaj: Niemcy).
To prawda, przy okazji konstrukcji strefy euro popełniono błędy, które wyłączyły naturalne sygnały rynkowe ostrzegające przed nieodpowiedzialną polityką zadłużania się (bądź w sektorze publicznym, jak w Grecji, bądź w sektorze prywatnym, jak w Hiszpanii), nie wprowadzając odpowiednich mechanizmów koordynacyjno-regulacyjnych, które mogłyby je zastąpić. Zakładając, że wprowadzenie euro oznacza z definicji korzyść dla krajów słabiej rozwiniętych w postaci nieskrępowanego dostępu do taniego kapitału, zapomniano, że tani kapitał może być wykorzystany zarówno do finansowania efektywnych inwestycji (co daje szansę na szybki wzrost wydajności pracy i spłacenie zaciąganych długów), jak i niestety do finansowania nadmiernie wysokiego poziomu konsumpcji albo do szaleńczych spekulacji na rynku nieruchomości.
Po pierwsze, nie wolno jednak zapominać, że za kłopoty Grecji (i innych krajów Południa) nie odpowiada wcale euro, ale prowadzona przez nią nieodpowiedzialna polityka gospodarcza. Efektem nadmiernego zadłużenia tak czy owak byłby kryzys, a greccy czy hiszpańscy pracownicy i emeryci straciliby część swoich dochodów również w przypadku, gdyby ich kraje drukowały własną walutę. Tyle że doszłoby do tego poprzez wybuch wysokiej inflacji. Po drugie, dowodem na to, że euro wcale nie musi oznaczać kłopotów, są choćby wyniki gospodarcze Słowacji – obok Polski najszybciej rozwijającego się w ostatniej dekadzie kraju Unii, używającego euro od 2009 roku. No i wreszcie po trzecie, mechanizmy funkcjonowania euro są dziś systematycznie naprawiane. I choć w moim przekonaniu nie są jeszcze idealne, z pewnością nie pozwoliłyby już na powtórzenie błędów, jakie miały miejsce w pierwszych latach istnienia strefy euro.
Politycy sięgają po inne strachy. Używając pozornie logicznego skrótu myślowego, sugerują, że euro zostało wprowadzone podstępnie w interesie Niemiec, sugerując wręcz, że jest to narzędzie niemieckiej dominacji gospodarczej nad słabszymi partnerami w Unii.
Z obsesjami trudno jest dyskutować racjonalnie. Warto jednak przypomnieć, że to właśnie Niemcy przez całe dekady sprzeciwiały się wprowadzeniu wspólnej europejskiej waluty, obawiając się, że będą musiały składać się na wykupywanie długów mniej odpowiedzialnych sąsiadów (dziś rzeczywiście ponoszą największy koszt tego procesu – a pełną skalę tego kosztu poznamy wówczas, gdy ujawnią się efekty dodruku euro wspomagającego zadłużone kraje Południa). A to, że Niemcy radzą sobie znacznie lepiej od wielu innych krajów Unii, wynika z faktu, że nie wahały się przeprowadzić kilka lat temu głębokich reform rynku pracy i że od dłuższego już czasu dają przykład odpowiedzialnej polityki gospodarczej.

Mój osobisty strach

Ja również mam swoje osobiste lęki związane z Polską i euro. Ale są one zupełnie odmienne od tych, o których pisałem wyżej. Obawiam się, że niechęć do wprowadzania euro, wraz z innymi czynnikami silnie pogarszającymi nasze relacje z większością krajów Unii, mogą popychać kraj w niezwykle niebezpiecznym kierunku izolacji i utraty poczucia bezpieczeństwa.
Polska znajduje się obecnie na kolizyjnym kursie z Unią w wielu obszarach. Do powszechnie znanego sporu o zasady praworządności dołączy prawdopodobnie wkrótce ostry spór o politykę klimatyczną, a także o zasady subsydiowania państwowych firm.
Obawiam się również rosnących kłopotów z utrzymaniem w kolejnych latach deficytu finansów publicznych na akceptowanym przez traktaty unijne poziomie. Funduszom unijnym dostępnym dla Polski w kolejnej perspektywie budżetowej zagrażać będą zarówno proponowane reformy, jak i efekty Brexitu. A przy słabnącej pozycji naszego kraju w negocjacjach bardzo łatwo możemy stać się największą ofiarą zmian. Jeśli w Unii rzeczywiście zwycięży tendencja do ścisłej integracji na bazie strefy euro, pozostawanie poza nią może stać się dla Polski niezwykle groźne.
Możemy więc łatwo znaleźć się w sytuacji, kiedy na nowo – zapewne wbrew intencjom rządu – pojawi się pytanie o sens polskiego członkostwa w Unii. Antyeuropejska część elektoratu, wspierana przez żądających subsydiów związkowców z państwowych firm (np. górników), będzie się raczej domagać od rządu wyjścia z Unii niż dostosowania się do unijnych polityk i wprowadzenia euro.
Dziś wydaje się, że takie hasła nie mają szans zrozumienia i poparcia ze strony większości Polaków. Sądzę jednak, że sytuacja jest znacznie bardziej niebezpieczna, niż się powszechnie uważa. Obawiam się bowiem, że ogromna część Polaków myli się w sprawie głównych korzyści z członkostwa kraju w Unii. A skoro tak, to poparcie dla integracji może być znacznie słabiej ugruntowane, niż się to może dziś wydawać.
W przeprowadzonym w roku 2014 badaniu CBOS niemal 90 proc. Polaków deklarowało ogólne poparcie dla członkostwa, a 62 proc. stwierdzało, że przynosi ono Polsce więcej korzyści niż strat. Kiedy jednak respondenci proszeni byli o podanie tych korzyści, najwięcej z nich wskazywało na napływ pieniędzy z funduszy unijnych (63 proc. wskazań). Drugą z najpowszechniejszych odpowiedzi była swoboda przemieszczania się i podejmowania pracy w Unii (razem 51 proc. wskazań). Dla porównania – korzyści dla rozwoju polskiej gospodarki i handlu widziało łącznie tylko 17 proc. pytanych, a korzyści dla bezpieczeństwa i pozycji międzynarodowej kraju – 6 proc.
A tymczasem jest to nieporozumienie. Główną gospodarczą korzyścią Polski z członkostwa w Unii jest szansa na rozwój dzięki udziałowi we wspólnym europejskim rynku. To właśnie dzięki temu, a także dzięki zwiększonemu poczuciu bezpieczeństwa kraju opłaca się w Polsce budować fabryki zarówno inwestorom zagranicznym, jak krajowym. W ślad za czym – wbrew powszechnym narzekaniom – idzie wzrost wydajności pracy i dochodów Polaków. I dzięki czemu, jeśli tylko wystarczy nam odwagi do podejmowania ryzyka, pomysłowości i innowacyjności, po raz pierwszy w historii Polska ma szansę w ciągu jednej generacji dogonić pod względem poziomu rozwoju zachodnią Europę.
Fundusze europejskie są oczywiście dla nas bardzo ważną i cenną pomocą w rozwoju, ale tak czy owak będą dostępne tylko przez pewien czas. I w zasadzie nie mogą być przeznaczone na finansowanie komercyjnych inwestycji. A to właśnie inwestycje przedsiębiorstw, a nie fundusze, budują dobrobyt i wysoko wydajną gospodarkę w Polsce. Natomiast w przypadku oceny efektów prawa do emigracji i podejmowania legalnej pracy w całej Unii mamy w ogóle do czynienia z wielkim nieporozumieniem. Problem w tym, że całkowicie rozjeżdża się tu poczucie korzyści subiektywnej, ocenianej z punktu widzenia indywidualnego człowieka – i obiektywna ocena wpływu emigracji na polską gospodarkę.
Polska na emigracji swoich obywateli oczywiście traci, subsydiując jednocześnie bogatsze kraje wydatkami na edukację przyszłych emigrantów. Czujemy to już w tej chwili, kiedy gospodarka styka się z problemem braku rąk (a także, co być może ważniejsze, mózgów) do pracy.
Uciekając przez trudnymi do wytłumaczenia problemami, nawet najbardziej proeuropejsko nastawieni polscy politycy woleli wskazywać społeczeństwu najbardziej widoczne dla ludzi korzyści z członkostwa, w tym zwłaszcza unijne fundusze oraz swobodę podróży i podejmowania pracy. Zamiast przekonywać, że do Unii warto byłoby wstąpić nawet wtedy, gdyby żadnych funduszy nie było, a rynki pracy byłyby zamknięte.
Bo Unia jest najlepszą drogą do zapewnienia Polsce dobrobytu i bezpieczeństwa. I dlatego teraz, gdy w Unii może zarysować się podział na wiele prędkości (z Polską w tyle), a skala napływu funduszy może w ciągu kilku lat znacząco spaść (po części w wyniku osłabionej zdolności negocjacyjnej kraju), pytanie o sens wprowadzenia euro może bardzo łatwo w umysłach wielu Polaków zmienić się w pytanie o sens członkostwa.
Musimy na nowo zacząć dyskusję nie tyle o euro, ile o tym, co naprawdę oznacza dla Polski i Polaków przynależność do Unii. Musimy pokazać, gdzie są prawdziwe korzyści i dlaczego życiowym interesem naszego kraju jest nie tylko pozostanie w Unii, ale utrzymanie się w jej najsilniej integrującym się centrum. Dlaczego obok ścisłej integracji gospodarczej w naszym interesie leży też znacznie dalej posunięta integracja polityczna, a także w dziedzinie obronności i bezpieczeństwa. I dlaczego niezbędnym elementem tej integracji musi stać się wprowadzenie w Polsce wspólnej waluty, któremu oczywiście musi towarzyszyć dobre przygotowanie gospodarki i społeczeństwa do jej używania – i to na każdym poziomie funkcjonowania.
Autor jest profesorem nauk ekonomicznych, rektorem Akademii Vistula. W przeszłości pełnił funkcję szefa doradców ekonomicznych prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA