fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Pacjent jak kukułcze jajo - Józef Kielar o naprawie systemu ochrony zdrowia

Adobe Stock
Doszliśmy już do tego, że nie wystarczy zwiększenie wydatków na ochronę zdrowia. Konieczna jest reanimacja całego systemu.

Na Oddziale Leczenia Śpiączki u Dorosłych w Uniwersyteckim Szpitalu w Olsztynie jest tylko osiem miejsc, a w kolejce czeka co najmniej 200 dorosłych osób. Dlatego profesor Wojciech Maksymowicz (pierwszy minister zdrowia w rządzie Jerzego Buzka), który kieruje oddziałem, chce zwiększyć liczbę łóżek do 14.

Czytaj też:

Osoby w śpiączce nie mają gdzie się leczyć

W imię solidarności

Jak naprawić służbę zdrowia

Wybudzanie chorych ze śpiączki to wielki ogólnopolski problem, który dopiero teraz zyskuje zrozumienie u tych, którzy decydują o podziale środków na leczenie i rehabilitację Polaków. Oddział prof. Wojciecha Maksymowicza otrzymuje niespełna 2 mln zł rocznie. Trudno związać koniec z końcem.

Leczeniem i rehabilitacją dzieci w śpiączce zajmuje się klinika Budzik znanej aktorki Ewy Błaszczak w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Dzięki temu – według prof. Wojciecha Maksymowicza – zapotrzebowanie na pomoc tym dzieciakom z całej Polski jest zaspokojone.

Z rehabilitacją dorosłych jest znacznie gorzej. W Polsce potrzeba od pięciu do siedmiu specjalistycznych ośrodków. Dlatego minister Zbigniew Ziobro zdecydował o przeznaczeniu 40 mln zł z Funduszu Sprawiedliwości na powstanie w Warszawie kliniki Budzik dla dorosłych. Ofiary m.in. wypadków drogowych będą miały możliwość rehabilitacji.

Wszystko za składkę

Zgodnie z konstytucją określony ustawowo koszyk świadczeń gwarantowanych, czyli usług medycznych przysługujących bezpłatnie każdemu ubezpieczonemu, powinien przysługiwać także tym, którzy znajdują się w śpiączce, np. po wypadku komunikacyjnym czy skoku do wody. Problem w tym, że wspomniany koszyk wypełniony jest prawie wszystkimi świadczeniami zdrowotnymi (tak zwany koszyk negatywny zawierał i zawiera niewiele pozycji). Wniosek z tego jest taki, że bezpłatnie przysługują nam prawie wszystkie procedury medyczne, a w rzeczywistości okazuje się, że to fikcja. Szczególnie przed wyborami pacjenci dostawali jakieś bonusy. A to leki za złotówkę za rządów SLD, a to darmowe leki dla seniorów po 75. roku życia za rządów PiS. O wartość tych medykamentów radzę zapytać farmaceutów w aptekach.

Fikcyjny solidaryzm

Solidaryzm społeczny, naczelna zasada naszego systemu ubezpieczeniowego, polega z grubsza na tym, że składka zdrowotna lepiej zarabiających finansuje leczenie gorzej uposażonych. W praktyce jednak ci dobrze zarabiający leczą się prywatnie, bo w obawie przed utratą pracy nie mogą sobie pozwolić na stanie w długich kolejkach. Płacą więc podwójnie. Ci, których na to nie stać, czekają pokornie na to, aż np. prof. Wojciech Maksymowicz stworzy jeszcze sześć dodatkowych miejsc na swoim oddziale. Niektórzy mogą tego nie doczekać, bo po prostu umrą.

– A co z tym wspólnego ma solidaryzm społeczny? – można zapytać. Otóż ma. Ochrona zdrowia ciągle potrzebuje coraz większych środków. Drożeją nowe technologie medyczne i leki innowacyjne, a płace personelu medycznego rosną. Nie wszyscy ubezpieczeni są traktowani sprawiedliwie. Są równi i równiejsi. Jeszcze kilka lat temu najlepiej mieli bogaci rolnicy. Nawet ci, którzy uprawiali 100 hektarów gruntów, nie płacili w ogóle składki zdrowotnej! Obecnie za prowadzących małe gospodarstwa (do 6 ha) płaci ją KRUS. Rolnicy z gospodarstwami od 6 ha wzwyż płacą składkę w wysokości 1 zł od każdego hektara za siebie i każdego domownika. Podobnie jest z mundurowymi, sędziami czy prokuratorami, którzy nie płacą składek. System nie jest więc spójny, a taki być powinien. O jakim więc solidaryzmie społecznym mówimy? Fikcyjnym?

Dyktat lekarzy rodzinnych

Reforma ochrony zdrowia sprzed 20 lat zakładała, że każdy pacjent będzie miał swojego lekarza rodzinnego na wzór brytyjskiego General Practitioner. Różnica polega jednak na tym, że ten angielski lekarz wspólnie z kolegami i pozostałym personelem medycznym opiekuje się pacjentem przez całą dobę. Polscy lekarze rodzinni nie porozumieli się w tej kwestii i z reguły przyjmują pacjentów do godz. 18. Politycy, ulegając lekarskim protestom i strajkom, postanowili, że szpitale zorganizują nocną i świąteczną pomoc medyczną.

Spowodowało to wiele problemów w tych placówkach ze względu na braki kadrowe (luka pokoleniowa wśród lekarzy) i trudne sprawy organizacyjne. Ale to niejedyne kukułcze jajo podrzucane szpitalom przez lekarzy rodzinnych (nie wszystkich!). W przypadku skierowania chorego do określonej placówki przez lekarza rodzinnego lub przez specjalistę musi ona wykonać niezbędne i kosztowne badania. Warto dodać, że każdy lekarz rodzinny otrzymuje tzw. stawkę kapitacyjną, czyli określoną kwotę na leczenie pacjenta przez cały rok.

To powszechne zjawisko przerzucania kosztów badań zwiększa problemy finansowe w szpitalach. Na szczęście nie jest to ich największy problem.

Za mało na leczenie

Są znacznie poważniejsze sprawy. Ciągle krytykowana jest m.in. wycena świadczeń zdrowotnych i nadmierne przekraczanie wskaźników płac w stosunku do szpitalnych budżetów. Ta druga kwestia jest bardzo poważna, bo oznacza, że na wynagrodzenia w ochronie zdrowia wydajemy zbyt wiele w porównaniu z wydatkami na faktyczne leczenie. Ale dyrektorzy szpitali nie mają wyjścia.

Żeby uchronić swoją placówkę przed zamknięciem, oferują lekarzom kontraktowym wysokie stawki, ponieważ mogą oni odejść do konkurencyjnej placówki albo wyjechać za granicę (według niektórych szacunków po II wojnie światowej wyjechało z Polski co najmniej 20 tysięcy lekarzy).

Mamy więc niemal socjalistyczny system lecznictwa (wszystkie świadczenia przysługują nam na darmo) funkcjonujący w otoczeniu rynkowym, co powoduje, że jest on dysfunkcjonalny. Radość polityków, także premierów, że oto znowu zwiększyliśmy wydatki na ochronę zdrowia np. o 10 mld zł, przypomina słowa Władysława Gomułki o zwiększeniu wydajności z jednego hektara. To żałosne. Ponadto, ze względu na coraz nowocześniejsze i droższe procedury medyczne oraz starzenie się społeczeństwa, system ochrony zdrowia wchłonie każde pieniądze, także w USA, Francji czy Niemczech.

Czy politycy pomogą

Czy w ogóle w opiece zdrowotnej wszystko źle funkcjonuje? Otóż nie. Świetnie działa np. pomoc kardiologiczna, dzięki takim pasjonatom jak śp. prof. Zbigniew Religa, prof. Marian Zembala czy wspomniany prof. Wojciech Maksymowicz w swojej dziedzinie. Takich przykładów (rozwiązań systemowych) nie ma jednak zbyt wiele, choć w Polsce nie brakuje wielu wspaniałych, pełnych poświęcenia lekarzy. W pojedynkę niewiele jednak mogą zmienić.

Zamiast przekształcać cały system, tworzy się, rzekomo niezbędne, takie instytucje jak rzecznik praw pacjenta. Moim zdaniem taki rzecznik może mniej niż rejestratorka w przychodni czy ordynator szpitalnego oddziału. Albo zapłodnienie in vitro. To taki wiodący temat dyżurny wielu polityków. Problem jest, nie przeczę, ale w porównaniu z całym systemem ochrony zdrowia jest to temat, który w ten czy inny sposób można rozwiązać bez upolityczniania go.

Co więc powinniśmy zrobić w miarę szybko, żeby usprawnić ten chory, mocno kulejący i niehumanitarny dla pacjenta system?

Uważam, że tak jak w Niemczech chadecja i socjaldemokraci rozwiązali razem ten problem, tak samo my musimy to zrobić. Tego sobie i Czytelnikom życzę, choć wątpię, czy podczas wojny polsko-polskiej może dojść do takiego porozumienia. Pozostanie nam więc koszyk świadczeń gwarantowanych, czyli koszyk iluzji lub przysłowiowych gruszek na wierzbie.

Autor jest publicystą specjalizującym się w tematyce zdrowotnej

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA