fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Gregory Porter: Jazz daje ogromną wolność

materiały
Gregory Porter, wokalista jazzowy i gwiazda środowej gali Fryderyków opowiada, dlaczego wybrał muzykę, a nie sport.

Rzeczpospolita: Przed dwudziestką zdobył pan stypendium sportowe na uniwersytecie, ale po kontuzji barku nie wrócił już na boisko. To było przekleństwo czy błogosławieństwo?

Gregory Porter: Wówczas byłem załamany, bo wszystko wskazywało na to, że mam szanse na zawodniczą karierę w futbolu amerykańskim. Poczułem ogromną pustkę. Na szczęście to zdarzenie obudziło we mnie na nowo fascynację muzyką, która była moją pierwszą miłością. Nie zdawałem sobie jednak sprawy, że to w tej dziedzinie, a nie w sporcie mam szanse na światową karierę.

Mówi pan o ponownej fascynacji. Kiedy zaczęła się pierwsza?

Wyssałem ją praktycznie z mlekiem matki. Od maleńkości mama zachęcała mnie do śpiewu i nazywała „małym śpiewakiem". Była pastorem, więc gdy miałem cztery, pięć lat, gospel był dla mnie chlebem powszednim. Ale nie poprzestawałem na pieśniach w kościele; nuciłem wszystko, od Michaela Jacksona po Steviego Wondera. To mnie uformowało. Śpiew towarzyszył mi całe dzieciństwo, ale w szkole średniej poczułem się przede wszystkim sportowcem. Po kontuzji odnalazłem w muzyce nową tożsamość. Wróciłem do korzeni.

Jednak od tego powrotu do pana pierwszego albumu minęły aż dwie dekady. Dlaczego aż tyle?

Cały czas śpiewałem w klubach jazzowych, gromadziłem doświadczenia i poznawałem ludzi. Ale trzeba cierpliwości, by nagrać płytę w taki sposób, jaki się chce. To wypadkowa wielu czynników, nie tylko muzyki. Trzeba zebrać zespół, dogadać się z wytwórnią, dojrzeć emocjonalnie. Wszystko to musi się zbiec w jednym momencie, a u mnie był to dopiero rok 2010 i płyta „Water". Wcześniej pojawiały się różne możliwości, ale nie korzystałem z nich i dziś nie żałuję. Dojrzewałem wystarczająco długo, by mój głos zabrzmiał donośnie. Wiedziałem, co chcę wyrazić.

Faktycznie, już „Water" nominowano do Grammy, a dwa późniejsze albumy „Liquid Spirit" i „Take Me to the Alley" wyróżniono tą nagrodą. Jaka będzie następna płyta?

Będzie dowodem na wpływ, jaki wywarł na mnie jako artyście, ale i na mnie jako człowieku, muzyczny geniusz Nata Kinga Cole'a. To forma hołdu. Jak wszystkie moje płyty, będzie bardzo osobistą opowieścią. Ale nie lubię opowiadać o nagraniach, zanim ujrzą światło dzienne. Wolę, żeby mówiły same za siebie.

Dla kogo jest pana muzyka?

Chciałbym móc powiedzieć, że dla każdego (śmiech). Wydaje mi się, że dla tych, którzy chłoną zarówno muzykę, jak i teksty. Bo dla mnie słowa to nie tylko papka, wypełniacz. Piosenki potrafią zmieniać ludzi, gdy jest w nich odpowiednia dawka poezji, filozofii, a przede wszystkim emocji.

To dlatego sam pisze pan teksty, choć jest to raczej rzadkie u piosenkarzy jazzowych?

Bardzo to lubię, a publiczność docenia. Zabawa słowami czasem przypomina rozwiązywanie łamigłówki, ale częściej zarówno muzyka, jak i tekst przychodzą naturalnie. Więc nigdy się nie spieszę, nie patrzę na zegar, spokojnie czekam na natchnienie.

Mówi pan o tworzeniu jak o mistycznym przeżyciu.

Bo takim dla mnie jest. Podobnie jest podczas występów na żywo, nieraz czuję się jak w transie, miewam nawet wrażenie, że unoszę się nad sceną i obserwuję z góry samego siebie śpiewającego. Muzyka uwalnia ogromną energię również wśród publiczności, ludzie otwierają się emocjonalnie podczas koncertów, bywa, że płaczą. Przypomina mi to nieco dzieciństwo i gospel w świątyni.

Ze swoim głosem mógłby pan być gwiazdorem rocka. Dlaczego wybrał pan jazz?

Jazz daje ogromną wolność. Czuję szczególną bliskość z muzyką Eddie Jeffersona, Niny Simone czy Joe Williamsa. Ale nie lubię stawiania sztywnych granic między gatunkami muzycznymi. To głupota. Wiele pierwiastków jazzu można znaleźć w rocku i na odwrót. Wystarczy wspomnieć Davida Bowiego czy Stinga. Mary J. Blige czy Erykah Badu są w pewnym stopniu piosenkarkami jazzowymi. Także wielu artystów hiphopowych silnie nawiązuje do jazzu.

A jazz nie robi się pana zdaniem zbyt „biały", nie odrywa się od korzeni?

Historycznie wkład czarnoskórych jest dla jazzu fundamentalny. Ktokolwiek zda sobie sprawę, w jakich realiach tworzyły tuzy, takie jak Louis Armstrong czy Nat King Cole, uzna ich za pionierów przecierających swoją muzyką szlaki dla Baracka Obamy. Oni śpiewali o wolności, której sami nie mieli. Do dziś jazz pozostaje w pewnym sensie muzyką protestu, pozwala wyrazić gniew, siłę, pasję. Ale nie wydaje mi się, żeby robił się zbyt „biały". Jazz jest dla wszystkich, choćby polskich artystów, którzy chcą muzyką wyrazić uczucia, upomnieć się o wolność czy godność.

Takim muzykiem jest choćby Włodek Pawlik?

Jego muzyka to wulkan emocji. A z tego, co wiem, to przy całym swoim talencie, jest świetnym, skromnym facetem. Miałem sposobność poznać go podczas rozdania nagród Grammy w 2014 roku, gdy obydwaj zostaliśmy laureatami.

23. rozdanie Nagród Akademii Fonograficznej

Dziś wieczorem podczas gali w Teatrze Polskim w Warszawie poznamy zdobywców Fryderyków w dziewięciu kategoriach muzyki rozrywkowej oraz trzech w muzyce jazzowej. Faworytami są: Brodka, Organek, a także zespół Hey. Wszyscy oni zdobyli po trzy nominacje. Hey to weterani tej nagrody, grupa zdobyła już 29 statuetek. W tym roku jednak widać wyraźnie, że na polską scenę muzyczną wkracza nowe pokolenie artystów: Buslav, Kroki, Piotr Zioła czy także właśnie Organek.

Znamy już zdobywców specjalnych Złotych Fryderyków przyznawanych za całokształt twórczości. Otrzymali je grupa Dżem (muzyka rozrywkowa), Urszula Dudziak (jazz) i Piotr Paleczny (muzyka poważna).

Na odrębnej gali wręczono w poniedziałek osiem Fryderyków w muzyce poważnej. Szczególny sukces odniósł Kwartet Śląski, który za album z muzyką Grażyny Bacewicz zdobył dwa prestiżowe Fryderyki (najlepsza polska płyta wydana za granicą i najwybitniejsze nagranie muzyki polskiej). Dwie statuetki za dwie różne płyty otrzymał kompozytor Paweł Łukaszewski.  

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA