fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Koronawirus SARS-CoV-2

Wirus zamknął Donbas

W 2019 roku w Donbasie zginęło ponad 100 ukraińskich żołnierzy
AFP
Pandemia całkowicie odcięła mieszkańców wschodnich regionów Ukrainy od reszty świata. Mieszka tam ponad 3,5 miliona ludzi.

Od niemal sześciu lat samozwańcze doniecka i ługańska republiki (nieuznawane przez żadne państwo na świecie) znajdują się pod całkowitą kontrolą Rosji. Moskwa utrzymuje tamtejsze organy władzy, służby i wysyła tam swoich żołnierzy. To Rosja zaopatruje lokalne sklepy, ponieważ ukraińscy przedsiębiorcy nie mogą robić interesów na okupowanym terytorium. Wszystko z powodu kilkusetkilometrowego odcinka granicy, którego Kijów nie kontroluje od wiosny 2014 roku.

Odkąd na wschodzie kraju wybuchła wojna, granica ta całkowicie znalazła się pod kontrolą rosyjskiej Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Po raz pierwszy od niemal sześciu lat Moskwa zdecydowała się jednak na jej zamknięcie, wszystko przez pandemię koronawirusa.

Do Rosji będą mogli wjechać wyłącznie ci mieszkańcy samozwańczych republik, którzy zdążyli wcześniej otrzymać rosyjski paszport (od kilku lat Rosja wydaje tam swoje paszporty). Granicę mogą przekroczyć również ci, którzy wcześniej złożyli już wniosek o nadanie obywatelstwa i jadą odbierać dokument. W drugą stronę też nie wyjadą, ponieważ od 21 marca samozwańcze władze w Ługańsku i Doniecku całkowicie zamykają przejścia, poprzez które można trafić na drugą stronę linii frontu, czyli do sąsiednich obwodów charkowskiego, dniepropietrowskiego i zaporoskiego. Mieszkańcy Doniecka nazywają to „wielką ziemią", na którą regularnie jeżdżą mimo tlącej się od niemal sześciu lat wojny. By wrócić do swoich domów, mają czas do piątku, w sobotę ruch zostaje całkowicie wstrzymany.

Decyzję podjął lider samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej (DRL) Denis Puszylin, który w środę zwołał naradę, by ogłosić, że w „republice" nie ma ani jednego odnotowanego przypadku zakażenia Covid-19.

Stwierdził, że „zamyka granicę z Ukrainą", by nie dopuścić do rozpowszechnienia się wirusa. Najpierw donieckie władze we wtorek zawiesiły zajęcia w szkołach, ale już w środę nad ranem wszystkim uczniom kazano wrócić na zajęcia. Następnie w nocy z środy na czwartek „ministerstwo edukacji" DRL wydało komunikat dotyczący zawieszenia wszystkich zajęć w szkołach i uczelniach wyższych od 19 marca. Samozwańcze władze odwołały wszystkie imprezy masowe i nakazały wszystkim przedsiębiorstwom mierzenie temperatury pracownikom, a „podejrzanych" mają zgłaszać i izolować, „dopóki nie przyjedzie pogotowie ratunkowe".

– Nie można ufać władzom w Doniecku. Codziennie wydają jakieś sprzeczne komunikaty, nikt nie wie, co się tak naprawdę dzieje. Życie w mieście toczy się tak samo jak zawsze, niektórzy zakładają maski, których już nigdzie nie można kupić. Zresztą z dostępem do wielu leków i tak od lat są kłopoty. Czy przejmują się tu koronawirusem? Czymś takim się nie przejmujesz, gdy od sześciu lat słyszysz strzały za oknem – mówi „Rzeczpospolitej" mieszkaniec Doniecka, który ze względów bezpieczeństwa pragnie zachować anonimowość.

– Ludzie starają się nie rozmawiać o wirusie, nie spekulować i nie negować tego, co mówią władze. Za to można szybko wylądować w piwnicy – tłumaczy.

„Rzeczpospolitej" nie udało się dodzwonić do tzw. ministerstwa zdrowia DRL, by zapytać o stan oddziałów zakaźnych, wyposażenie i liczbę respiratorów. Nie udało się też dotrzeć do najważniejszego oddziału zakaźnego w Doniecku, którzy znajduje się przy szpitalu im. Wiszniewskiego. Od kilku lat z zagranicy nie można się tam dodzwonić na żaden telefon stacjonarny.

– Jaki może być stan tutejszych szpitali, jeżeli dopiero niedawno wstawili w nich okna, które powybijała wojna. W Doniecku jest jeden dobrze wyposażony szpital im. Kalinina, Rosjanie go zaopatrują, by leczyć tam m.in. swoich wojskowych. Bez znajomości do tego szpitala się nie dostaniesz. Do mniejszych szpitali poza miastem lepiej wcale nie wchodzić – mówi nam nasz rozmówca. – Obawiam się, że nie poradzimy sobie z epidemią, staram się nie wychodzić i unikam kontaktu z ludźmi – dodaje.

Tymczasem w Kijowie alarmują, że władze okupowanych terytoriów, gdzie mieszka ponad 3,5 mln ludzi, nie mają nawet testów, by wykryć koronawirusa. Pełnomocniczka Rady ds. praw człowieka Ludmiła Denisowa, powołując się na dane lokalnych obrońców praw człowieka, poinformowała w czwartek, że tylko w ciągu ostatniego tygodnia na terenie samozwańczych republik do szpitali zwróciło się 600 osób z symptomami grypy, z kolej w 91 przypadkach podejrzewa się zapalenie płuc.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA