fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Konflikty zbrojne

Armenia - Azerbejdżan. Trzydzieści lat nienawiści

70-letnia Armenka wskazuje na bramę dziedzińca w wiosce Ajgepar w prowincji Tawusz, uszkodzoną w wyniku ostrzału podczas starć na granicy armeńsko-azerbejdżańskiej.
AFP
Wraz z kolejnym wybuchem walk między Armenią i Azerbejdżanem wróciła groźba regularnej wojny między nimi.

– Nasze siły zbrojne stoją tam twarzą w twarz (z armeńskimi – red.). To przypomina scenariusz pierwszej i drugiej wojny światowej, gdy 100 tysięcy wojskowych stało naprzeciw siebie. I mówi o tym, że w każdej chwili można oczekiwać starcia – stwierdził doradca prezydenta Azerbejdżanu Hikmet Gadżijew. Do walk już doszło. 12 lipca nagle wybuchła strzelanina między obu wojskami w okolicach miasteczka Towuz.

Biją się też diaspory

Oba kraje dzieli problem Górskiego Karabachu, w czasach ZSRR autonomicznej części Azerbejdżanu, zamieszkanej przez Ormian. W rezultacie walk na przełomie lat 80. i 90. Karabach ogłosił niepodległość. Nie wszedł jednak w skład Armenii, Erywań formalnie też nie uznał jego niepodległości. Ale tylko wsparciu z jego strony zawdzięcza swe istnienie. Oddziały ormiańskie zajęły jednak też ok. 9 proc. terytorium samego Azerbejdżanu – by stworzyć „strefę bezpieczeństwa” i utrzymać lądowe połączenie Karabachu z Armenią.

„Wraz z upływem lat (od wybuchu walk – red.) w obu społeczeństwach zmniejszała się gotowość do kompromisu, a walka o Karabach zaczęła mieć znaczenie dla formowania etnicznej identyczności (w obu państwach – red.)”. Wszyscy przywódcy Armenii na przykład, z wyjątkiem obecnego Nikola Paszyniana, pochodzili z Karabachu, a tamtejsza wojskowa elita nadawała ton polityce Armenii.

Teraz starcia przedstawicieli obu narodów wybuchły od Moskwy, poprzez Belgię, po Los Angeles. W Rosji kontrwywiad musiał wprowadzić ścisłą inwigilację obu diaspor w co najmniej dziewięciu regionach kraju, w tym w Moskwie. W rosyjskiej stolicy doszło do kilku dużych bijatyk Azerów i Ormian. Część moskiewskich sieci handlowych (należących do Azerów) odmówiła przyjmowania towarów z Armenii.

Na samej „linii rozgraniczenia” w Karabachu w ciągu dwóch dekad trwały starcia, w których ginęło do 30 osób rocznie. Stąd wybuch obecnych walk nie był zaskoczeniem. Ale wszystkich zdumiało miejsce – 100 kilometrów od Karabachu, na bezpośredniej granicy Armenii z Azerbejdżanem. Dotychczas oba państwa unikały bezpośredniego starcia. Teraz wszystko się zmieniło.

Po dwóch tygodniach strzelanin (które nie wiadomo kto rozpoczął) podsumowano straty: zginęło 19 osób. Ale w trakcie walk Baku nagle zagroziło Erywanowi uderzeniem na jego elektrownię atomową, jeśli ten spróbuje zaatakować azerską infrastrukturę przemysłową. Groźba wystraszyła sąsiadów i Zachód, wszyscy zaczęli naciskać na obie stolice, by zakończyły konflikt.

Co może Moskwa

Ale największy sojusznik Azerbejdżanu, Turcja, również zmienił obecnie zasady gry. – Śmierć azerskich żołnierzy nie pozostanie bez odpowiedzi – zapewnił turecki minister obrony Hulusi Akar. Prezydent Recep Erdogan zaś zagroził Armenii odwetem wojskowym. – Oświadczenia Ankary to tylko polityczna retoryka obliczona na podniesienie własnego znaczenia w świecie muzułmańskim – zapewnił ekspert Arkadij Dubnow. Jednak Ankara i Baku ogłosiły też rozpoczęcie w sierpniu wspólnych ćwiczeń wojskowych na terenie Azerbejdżanu – w niektórych punktach niebezpiecznie blisko granicy armeńskiej.

Sojusznikiem Armenii jest Rosja, która utrzymuje na jej terytorium bazę wojskową. Ale Kreml nie znosi premiera Nikola Paszyniana i dystansuje się od konfliktu, mimo że Erywań należy do prorosyjskiej wojskowej organizacji ODKB (w przeciwieństwie do Azerbejdżanu).

Listę rosyjskich zarzutów przedstawiła Paszynianowi zrusyfikowana Ormianka i szefowa kremlowskiej propagandowej telewizji Russia Today Margerita Simonian. „W odpowiedzi na wieloletnia ochronę i pomoc, jaką dostawaliście z Rosji, nie uznaliście Krymu. Wyłącznie z powodu politycznej zemsty wsadziliście do więzienia sprawdzonego przyjaciela Rosji Roberta Koczariana (poprzedniego prezydenta Armenii – red.). Wpuściliście do kraju antyrosyjskie organizacje pozarządowe, które na waszym terytorium uczą młodzież, jak obalać władzę w Rosji. Staliście się antyrosyjskim przyczółkiem na Kaukazie. Po tym wszystkim Rosja ma prawo plunąć na was i rozetrzeć” – napisała w internecie.

Kreml nie powiedział jednak wprost, że nie będzie wspierał Armenii – poderwałoby to bowiem zaufanie do niego innych państw członków ODKB. Przed ogłoszeniem wspólnych ćwiczeń z Azerbejdżanem Erdogan zadzwonił do Putina, by go o tym poinformować. Omówił z nim też wydłużającą się listę konfliktów, w których Ankara staje przeciwko Moskwie: Karabach, Syria, Libia.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA