fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

„Synonimy” Nadava Lapida już w kinach

Tom Mercier (w środku) jako Yoav. „Synonimy” Nadava Lapida już w polskich kinach
Aurora Films
W nagrodzonych na festiwalu w Berlinie „Synonimach" mamy portret człowieka, który nie może znaleźć dla siebie miejsca w świecie.

Młody mężczyzna wchodzi do pustego mieszkania w eleganckim domu. Biega po nim nagi, niemal zamarza z chłodu, w wannie traci przytomność. Znajdują go sąsiedzi. Młodzi ludzie. Rodzeństwo? Kochankowie? A może kazirodcza para? Emile i Caroline mieszkają w wystawnym apartamencie w tym samym domu. „Jest obrzezany" – mówi dziewczyna. Ogrzewają go, cucą, dają mu ubrania, pomarańczowy, wełniany płaszcz, trochę pieniędzy.

Tak zaczynają się nagrodzone berlińskim Złotym Niedźwiedziem „Synonimy" izraelskiego reżysera Nadava Lapida. „Przyjechałem do Francji, żeby uciec z Izraela. Obrzydliwego kraju, prostackiego, idiotycznego, obskurnego, cuchnącego, grubiańskiego, paskudnego, wstrętnego, żałosnego, odrażającego, obmierzłego, podłego, bezdusznego" – mówi bohater filmu Yoav.

„Żaden kraj nie ma w sobie tyle naraz. Wybieraj" – odpowiada Emile. Ale tak nie do końca wiadomo, czy emigrant tak myśli, czy powtarza słówka. Przez cały czas nie będzie się rozstawał ze słownikiem, wkuwając francuskie zwroty, bo naprawdę jednego, czego chce, to zostać Francuzem.

Trudne, pełne śmierci i dramatów wspomnienia Yoava zderzają się z pustką życia Caroline i Emile'a. A nora, w której on gotuje sobie najtańsze jedzenie dla psa – z ich zamożnością. Między tą trójką narodzi się jednak dziwna relacja. Oni są mu potrzebni, dają poczucie oparcia. On „sprzedaje" im dramatyczne historie. Będzie ich ciekawił, dopóki się nim nie znudzą.

„Synonimy" to film o emigracji. O obcości, której nic nie jest w stanie przełamać. Ta historia przejmuje tym bardziej, że jest osobista. Izraelski reżyser opowiedział o własnym doświadczeniu. Po odbyciu służby wojskowej studiował filozofię w Tel Awiwie, ale pod wpływem impulsu wyjechał z Izraela. Jak mówi, chciał uciec od losu.

Wylądował w Paryżu i próbował poczuć się jak Francuz. Mówił po hebrajsku i jak Yoav obsesyjnie wkuwał francuskie słówka. Żył w nędzy, łapał doraźne, drobne prace. Postanowił mu pomóc człowiek, którego przypadkiem poznał. Choć dzieliło ich wszystko, zaprzyjaźnili się.

A jednak poczucie obcości pozostało. „Czułem się na ulicy transparentny. Byłem nikim, nikogo nie znałem, nikogo nie obchodziłem, rozmawiałem sam ze sobą" – wspomina Lapid, który wrócił do Izraela jak bohater jego filmu.

„Synonimy" są wypowiedzią w stylu nowofalowym, wzbogaconą o sporą dawkę nagości. Metaforą losu emigranta niemogącego odnaleźć się w innym miejscu, które nie okazuje się dla niego rajem. Opowieścią o człowieku, który nie może wtopić się w obce społeczeństwo. Ale to także film o tym, jak światowe konflikty odbijają się na życiu i wzajemnych relacjach ludzi.

To prawda: „Synonimy" mogą widza zirytować swoją manierą, znużyć pojawiającym się w wielu scenach surrealizmem. Ale jeśli zaakceptuje się tę konwencję, może też zaintrygować i wciągnąć. Ciekawą, odważną kreację tworzy Tom Mercier. To nazwisko warto zapamiętać.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA