fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Festiwal w Wenecji: Kino pokazuje narodziny demonów

„Joker” Todda Phillipsa z Joaquine Phoenixem dostał Złotego Lwa
materiały prasowe
Wenecki Złoty Lew dla „Jokera" Todda Phillipsa. Srebrny – dla „Oficera i szpiega" Romana Polańskiego.

To odważny werdykt. Superprodukcje hollywoodzkie zwykle pokazywane są na wielkich festiwalach europejskich poza konkursem, a ich głównym zadaniem jest zapewnienie imprezom gwiazd. Podczas konferencji prasowej jeden z krytyków spytał jurorów, którzy obradowali pod przewodnictwem Lucrecii Martel, czy zdają sobie sprawę, że tworzą nowy rozdział w historii filmowych imprez.

Siła sumienia

A jednak ta nagroda wzbudziła aplauz. Bo „Joker" zrealizowany przez Warnera i DC Comics i reklamowany jako prequel „Batmana", jest gorzkim filmem o dzisiejszym świecie, o tym, skąd wziął się przeciwnik człowieka nietoperza, o tym jak rodzi się demon. Jak zło, bunt, agresja zaczynają kiełkować w zwyczajnym facecie, któremu nic w życiu nie wychodzi. W człowieku wykluczonym, niepotrafiącym znaleźć miejsca w społeczeństwie. Zagłębiającym się we własne cierpienie i paranoje. „Joker" to w gruncie rzeczy poważny dramat społeczny. Diagnoza dzisiejszego społeczeństwa.

Równie współcześnie można odczytać nowy film Romana Polańskiego. Na początku festiwalu Lucrecia Martel na fali #MeToo wdała się w dyskusję z dyrektorem Alberto Barberą oświadczając, że nie umie oddzielić dzieła od artysty (oskarżonego w 1978 r. o kontakty seksualne z nieletnią). Potem zapewniła, że film oceni sprawiedliwie. „Oficer i szpieg" wyjechał z Lido ze Srebrnym Lwem.

Polański wrócił do sprawy Alfreda Dreyfusa – francuskiego oficera żydowskiego pochodzenia, który w 1894 r. został niesłusznie skazany na dożywotnie więzienie za szpiegostwo na rzecz Niemiec. Ale głównym bohaterem jest Georges Picquart, przez dziesięć lat walczący wbrew rozkazom przełożonych o uniewinnienie Dreyfusa. Powstał solidny i ciekawy film o kłamstwie wykorzystywanym przez władzę. O grze na nastrojach antysemickich, o wzbudzaniu nienawiści w stosunku do mniejszości, o prawdzie i fałszu w polityce, ale też o sumieniu. Bo to ono nie pozwala Picquartowi wycofać się z walki o sprawiedliwość.

„Ta historia jest aktualna dzisiaj w czasach polowań na czarownice, obracających się przeciwko mniejszościom, paranoi na temat bezpieczeństwa, kłamiących rządów i wściekłej, szukającej sensacji prasy" – mówił reżyser. Jego Lwa odebrała żona, Emmanuelle Seignier.

Smutny klimat

Inaczej, w niepowtarzalnym stylu, opowiedział o świecie nagrodzony za reżyserię Roy Andersson. Przyznaję: zakochałam się w tym „filmowym wierszu" pełnym przenikliwego, smutnego spojrzenia na świat. Szwed zaproponował serię obrazów zaczynających się od głosu zza kadru: „Widziałam człowieka, który...". Widziałam mężczyznę, który...", „Widziałam kobietę, która...". W tej relacji z XX i XXI w. mieszają się sceny rozmaite. Jest Hitler – „mężczyzna, który chciał panować nad światem, ale zrozumiał, że przegrał", są „pokonani żołnierze" w śniegu i wichurze „maszerujący do obozów na Syberii". A tuż obok kobieta, „która łamie obcas". I taka, „która wysiada z pociągu i wie, że nikt na nią nie czeka". Facet, „który nie wierzy bankom", trzyma swoje pieniądze pod materacem i klękając wieczorem przed łóżkiem jak do modlitwy, sprawdza czy na pewno dalej tam są. Ksiądz, „który stracił wiarę". I ktoś, komu zepsuł się samochód. Na totalnym pustkowiu. Samotny jak większość bohaterów Anderssona. Wielkie i małe sprawy świata są dla Anderssona tak samo ważne. Współistnieją, tworzą smutny klimat naszego czasu.

Jury dostrzegło również to, czym żyją Włochy, a co może stać się udziałem wszystkich. Mocny dokument „Mafia nie jest już tym, czym była" Franka Maresco to rzecz o fenomenie mafii 25 lat po zamordowaniu sędziów Falcone i Borselino. Maresco śledzi stosunek zwyczajnych ludzi do kamorry – tych, którzy boją się głośno o niej mówić, a jednocześnie przywykli do jej istnienia. Tak jakby stała się dla nich niemal punktem odniesienia, wprowadzającym w ich życie porządek. Jakikolwiek by on nie był. Na tym tle Maresco portretuje wspaniałą, 80-letnią fotografkę Letizię Battaglia, która całe życie dokumentowała zbrodnie mafii i dzisiaj również nie boi się powiedzieć „Nie!".

Nagroda dla Komasy

Jury nie zauważyło dużej fali filmów o relacjach między najbliższymi. Wbrew pozorom nie są to obrazy błahe. „Dzisiaj nic nie jest apolityczne" – powiedział mi Pablo Larrain, autor opowieści o zagubionym pokoleniu chilijskich trzydziestolatków „Ema". Chaos, agresja, pośpiech odbijają się na życiu ludzi. Dla wielu widzów weneckiego festiwalu najważniejszym filmem była netflixowa „Marriage Story" Noaha Baumbacha – historia pary artystów, którzy teoretycznie tworzą związek idealny, razem pracując i wychowując syna. A jednak znajdują się na skraju rozwodu. Bo w pośpiesznym życiu przestali się zauważać. W tej fali filmów o rodzinie jurorzy dostrzegli jedynie kreacje aktorskie. Wyróżnili Toby'ego Wallasa Premio Mastroianni. W „Babyteeth" Australijki Shannon Murphy zagrał on młodego narkomana, który dorasta do tego, by być przy umierającej na raka dziewczynie i jej rodzicach przeżywających najcięższe chwile. Piękny, wycyzelowany, nie sentymentalny, a wzruszający film. Nagroda aktorska przypadła też Ariane Ascaride z „Gloria Mundi" Roberta Guediguiana za rolę matki, która kiedyś, chcąc wychować córkę, została prostytutką, a dziś chce ją uchronić przed podobnym losem.

A „Boże Ciało" Jana Komasy – historia chłopaka z poprawczaka, który godzi się zastąpić proboszcza idącego na odwyk, opowieść o podziałach i nietolerancji – znakomicie zostało przyjęte w prestiżowej sekcji Giornate degli Autori i zdobyło ważną nagrodę Europa Cinemas Label.

Te wszystkie filmy stworzyły na ekranie panoramę świata w opresji.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA