fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Przeżyć piekło. „W czterech ścianach życia" od piątku w kinach

Aurora
Twórca „W czterech ścianach życia" mówi Barbarze Hollender o ludziach, którzy noszą w sobie tragedię wojny. Film od piątku w kinach.

Rz: Operator, autor zdjęć m.in. do „Życia Jezusa" Dumonta, dwa razy staje za kamerą jako reżyser. Za pierwszym razem robi film o ludobójstwie w Rwandzie, za drugim – o tragedii Syrii.

Philippe Van Leeuw: Nie miałbym powodu zamieniać się w reżysera po to, żeby zrobić film o kochankach kłócących się w luksusowym paryskim mieszkaniu. Można o tym opowiedzieć inteligentnie, śmiesznie, czasem nawet głęboko, ale mnie to nie interesuje. Próbuję obserwować ludzi, którzy muszą zmierzyć się z sytuacjami ekstremalnymi.

Dlatego powstał „Dzień, w którym Bóg odszedł"?

Pisałem różne scenariusze od ponad 20 lat, ale kiedy skończyłem tekst o ludobójstwie w Rwandzie, zrozumiałem, że nie mogę go oddać nikomu innemu. Że sam muszę stawić czoła temu tematowi. Potem miałem jeszcze kilka projektów, dla których nie mogłem znaleźć finansowania. Jednego bardzo żałuję. To był portret mordercy z Rwandy. Odwiedzałem go w więzieniu, zgodził się rozmawiać. Opowiadał o zbrodniach, jakich dokonał. Myślę, że mógł powstać wstrząsający dokument o czasach, w których do głosu dochodzi ślepa nienawiść.

Skąd wziął się pomysł na „W czterech ścianach życia"? Czytałam, że nigdy nie był pan w Syrii.

Ale na przełomie 2010 i 2011 roku pracowałem jako operator przy filmie „Asfouri", którego akcja toczyła się w Bejrucie. Współpracownicy z Libanu opowiadali mi o tragedii wojny. Kiedy zaczął się dramat Aleppo, pomyślałem, że muszę coś zrobić na ten temat. Rok później spotkałem w Paryżu znajomą operatorkę, Syryjkę. Była zrozpaczona: nie miała żadnego kontaktu z ojcem, który w Damaszku żył zamknięty w swoim mieszkaniu. Nie mógł się z niego ruszyć, bo wokół trwały walki. Wtedy napisałem szkic filmu o człowieku, który przed wojną i kulami snajperów chowa się na strychu budynku. Ale potem pomyślałem, że to powinna być rodzina. Wielopokoleniowa, z dziećmi.

Patrzy pan na wojnę i śmierć oczami bardzo zwyczajnych ludzi. W pana filmie nie ma polityki, religii.

To jest film o tragedii w Syrii, ale próbowałem stworzyć sytuację uniwersalną. Taka historia mogłaby się zdarzyć w 1944 w czasie powstania warszawskiego czy w Sarajewie w latach 90.

Chciałem pokazać wojnę, nienawiść, strach. Moi bohaterowie należą do liberalnej, wykształconej klasy średniej. Ich mieszkanie wygląda tak, jak mogłoby wyglądać pani mieszkanie albo moje. Chciałem mieć pewność, że widz z żadnego powodu nie zdystansuje się do nich. I że nie będzie musiał opowiadać się po żadnej ze stron konfliktu. Niezależnie od tego, skąd spadają bomby, one niosą cierpienie wszystkim.

Pana bohaterowie w obliczu nieludzkiej sytuacji idą na kompromisy moralne. Ze strachu.

Chcę pokazać konflikt między rozsądkiem i moralnością a chęcią przetrwania. W ekstremalnych sytuacjach zaczynasz walczyć o własne życie, o własne bezpieczeństwo. Z Rwandy pamiętałem z kolei opowieści o wojennych gwałtach. Pisząc scenariusz „W czterech ścianach życia", od początku miałem w głowie scenę, w której młoda kobieta zostaje zostawiona dla gwałcicieli, podczas gdy inni chowają się w kuchni. Właścicielka mieszkania jest kobietą, którą trudno polubić. Ale to postać tragiczna. Ona dokładnie wie, co robi. Wie, że postępuje amoralnie, ale nie umie zachować się inaczej. W czasie pracy nad tym filmem myślałem, jak sam bym w takiej sytuacji postąpił. I nie wiem.

Zdjęcia kręcił pan w Bejrucie, choć pewnie takie mieszkanie i podwórko dałoby się zaaranżować w studiu w Belgii.

Zależało mi na prawdzie. Plenery w Syrii odpadały, więc zdecydowaliśmy się na Bejrut. Bo choć to są dwa zupełnie inne społeczeństwa, krąg kulturowy pozostaje ten sam. Podobne jest też doświadczenie wojny, bo przecież Liban wciąż nosi w sobie wspomnienie śmierci i tragedii.

Pana aktorka Hiam Abbas jest z pochodzenia Palestynką, Diamand Bou Abboud – Libanką. W filmie grają Syryjczycy – aktorzy i uchodźcy. Czy dla nich było to doświadczenie bardzo bolesne?

Było. Wszyscy opowiadali, przez co przeszli, co przecierpieli. Diamand była w czasie wojny libańskiej bardzo młoda. Odbyliśmy długą rozmowę jeszcze przed zdjęciami. Powiedziała mi, że nigdy nie zapomni potwornego poczucia osamotnienia, jakie wszyscy wtedy czuli. Obojętności świata. Pytałem: „Na pewno chcesz grać? Wracać do tych wspomnień?". Ale ona, podobnie jak inni, chciała o tym opowiedzieć inaczej, niż robi się to w suchych telewizyjnych raportach.

Podczas festiwalu w Berlinie pana film dostał nagrodę publiczności.

Dzięki decyzjom Angeli Merkel Niemcy przyjęli 800 tysięcy uchodźców. I chcą ich zrozumieć, pojąć ich tragedię. Dla mnie ważne jest też, żeby mój film obejrzano tam, gdzie uchodźcom odmawia się prawa wstępu. Żeby zobaczono piekło, które sprawiło, że musieli wyjechać z własnego kraju. Często, jak mówi jeden z bohaterów „W czterech ścianach życia", ku ich wielkiej rozpaczy.

Ma pan następne projekty?

Przygotowuję dwa filmy. Jeden z nich chciałbym zrobić w Stanach. Będzie historią rasisty i ksenofoba. To kolejna opowieść, która rodzi się z mojego przerażenia światem.

Film, który porusza do głębi

Choć kamera nie opuszcza „czterech ścian" damasceńskiego mieszkania, to jest wstrząsający film o wojnie. O ludziach, którzy zostają postawieni w sytuacji ekstremalnej. O strachu, o chęci przeżycia, o cenie za przetrwanie.

Jedno mieszkanie w zbombardowanym domu. Rodzina z klasy średniej. Matka, troje dzieci w różnym wieku. Najstarsza córka z narzeczonym. Stary ojciec. Przygarnięta sąsiadka – dziewczyna z małym dzieckiem, której mąż właśnie powiedział, że wieczorem uciekną z kraju. Ale jeszcze poszedł do pracy. Z domu nie można wyjść, bo podwórko jest ostrzeliwane przez snajpera, strach nawet podejść do okna. A do domów wdzierają się ludzie hieny okradający mieszkania i gwałcący kobiety.

W „Czterech ścianach życia" jest wszystko: tragedia ludzi zmuszonych do emigracji z własnego kraju, dramat tych, którzy zostają. Wojna, która odbija się w psychice. Każe wybierać między zachowaniem zakodowanych zasad moralnych i etycznych a żądzą życia i ochrony swoich najbliższych. Człowieczeństwo wystawione na próbę. Nic tu nie jest proste, jednoznaczne. Film Philippe'a van Leeuwa porusza do głębi. Zostawia w widzu obraz tragedii. Piekła wojny w zwyczajnym mieszkaniu.   —Barbara Hollender

Sylwetka

Philippe Van Leeuw, reżyser, operator, scenarzysta

Urodzony w Brukseli w 1954 roku, dziś mieszka w Paryżu. Operator, który jako reżyser zadebiutował w 2009 roku filmem „Dzień, w którym Bóg odszedł" o dziewczynie Tutsi w czasie ludobójstwa w Rwandzie. Za „W czterech ścianach życia" dostał m.in. Label Cinema Award i belgijskie nagrody Magritte.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA