fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

„Rocketman”. Samotność na szczycie sławy

29-letni aktor brytyjski Taron Egerton jako Elton John. „Rocketman” w polskich kinach od piątku
UIP
„Rocketman" to olśniewające widowisko i stereotypowa opowiastka. Jej bohaterem jest Elton John.

Sukces rodzi pokusę kolejnego sukcesu. Należało się zatem spodziewać, że po „Bohemian Rhapsody" opromienionej blaskiem czterech Oscarów, w tym prestiżowego dla Rami Maleka za kreację Freddiego Mercury'ego, powstaną kolejne muzyczne filmy. Przemawiał za tym jeszcze inny argument – w ciągu niespełna roku opowieść o grupie Queen zgarnęła ponad 900 mln dol. przy budżecie nieco ponad 50 mln dol.

Być może więc w najbliższych sezonach będziemy częściej zaglądać za kulisy światowego show-biznesu. Teraz możemy to uczynić za sprawą „Rocketmana" – ekranowej historii Eltona Johna. Użycie w tym przypadku terminu „biografia", byłoby nie do końca uzasadnione. Gwiazdy będące nadal na topie opowiadają bowiem o sobie tylko tyle, ile chcą zdradzić.

Podobno Elton John od dawna prowadził ze studiem Disneya rozmowy na temat takiego filmu. Jednym z kandydatów do głównej roli był wtedy Justin Timberlake, ale dopiero rok temu, gdy wiadomo było, że niebawem wystrzeli „Bohemian Rhapsody", prace nad pomysłem przejętym przez Paramount Pictures nabrały przyspieszenia.

Jak w musicalu

Ich efekt zaprezentowano podczas festiwalu w Cannes, tam „Rocketman" miał premierę, a pod koniec maja zaczął pojawiać się na ekranach kolejnych krajów. Od razu – jeszcze przed pokazami w USA – zarobił prawie 57 mln dol., co przy kosztach wynoszących ok. 40 mln jest wynikiem bardzo dobrym. Trudno jednak prorokować, czy dorówna zyskom filmu o Queen.

Do zrealizowania wizerunku Eltona Johna zaangażowano brytyjskiego aktora i reżysera Dextera Fletchera, który był jednym z asystentów przy „Bohemian Rhapsody". Szczęśliwie nie poszedł tamtym śladem. Pod względem formalnym są to dwie różne muzyczne opowieści, a „Rocketman" jest perfekcyjny i zdecydowanie bardziej atrakcyjny.

W „Bohemian Rhapsody" przeboje Queen wtopiono w koncertową działalność grupy, zwłaszcza z imponującym odtworzeniem atmosfery londyńskiego występu na Live Aid. Dexter Fletcher nakręcił zaś film musicalowy, spośród 22 piosenek Eltona Johna składających się na ścieżkę dźwiękową niemal połowę wykonują inne postaci.

Wszystkie numery muzyczne są integralną częścią akcji, rodzajem komentarza do przeżyć bohatera i jego najbliższych. Inspirują też do wykreowania scen choreograficznych z udziałem tłumu tancerzy. Niekiedy, jak w przypadku hitu z lat 80. „I'm Still Standing" Dexter Fletcher świetnie odtworzył słynny wideoklip nakręcony wówczas przez Eltona Johna.

Nasyciwszy oczy i uszy obrazem i dźwiękiem, zaczynamy wszakże zastanawiać się, co Elton John chciał opowiedzieć o sobie. Nie tylko on przecież, ale i jego mąż, David Furnish, byli w gronie producentów „Rocketmana", zapewne więc mieli istotny wpływ na jego ostateczny kształt.

Osią fabularną jest kuracja odwykowa, na jaką w latach 80. zdecydował się Elton John uzależniony od alkoholu, kokainy i zakupów, zmagający się z bulimią. W czasie terapii dokonuje bilansu życia, co przekłada się na szereg retrospekcji.

Najciekawsza, a najmniej znana jest historia lat najwcześniejszych Reginalda Kennetha Dwighta (tak nazywał się naprawdę). Był niezwykle uzdolnionym dzieckiem, którego poza babcią nikt nie rozumiał. Matka żyła zajęta sobą, ojciec nie potrafił okazać mu choćby odrobiny uczucia, choć chłopiec dramatycznie tego potrzebował. Kiedy po latach Elton John odnalazł go, zobaczył, że ojciec nie tylko założył nową rodzinę, ale ma dwóch synów, których rozpieszcza. Własne dzieciństwo zostało więc w nim jak zadra.

Urwana biografia

Resztę zdarzeń znamy z dziesiątków innych filmów o artystach – fikcyjnych i autentycznych. Schemat goni schemat: marzenia o sławie, pierwszy kontrakt z wytwórnią, pierwsza płyta, pierwszy przebój, wielkie tournée, wejście na szczyt, który wszakże okazuje się pułapką, bo tam artysta jest przeraźliwie samotny, co próbuje zagłuszyć alkoholem i narkotykami.

„Rocketman" kończy się prawie 30 lat temu, gdy Elton John uwolnił się od uzależnień. Nie wiemy zatem, jak poznał życiowego partnera, z którym wziął ślub i wychowuje dwóch synów urodzonych im przez surogatkę.

To dopiero byłby temat na film, jakiego jeszcze nikt nie nakręcił. Elton John, który sprzedał już ponad 300 mln płyt i nie zamierza iść na emeryturę, nie może sobie na to pozwolić. Lepiej prezentować się jako artysta, który lubi ekscentryczne stroje, jest niepowtarzalnym showmanem i znakomitym muzykiem. A smutne dzieciństwo dodatkowo ociepli ten wizerunek.

To zresztą pierwsza wielka hollywoodzka produkcja, w której pokazano scenę gejowskiego seksu. Jest w sumie delikatna, ale i tak wzbudziła kontrowersje. W Rosji przed wprowadzeniem filmu na ekrany po prostu ją wycięto. „Rocketman" ma pokazać Eltona Johna w ładnym świetle i tak należy ten film odbierać, doceniając dwie aktorskie kreacje. Taron Egerton (wcześniej w „Eddiem zwanym Orłem" wcielił się w skoczka narciarskiego Eddiego Edwardsa) nie tylko świetnie śpiewa, ale gwiazdorowi potrafi nadać prawdziwe, ludzkie, niejednoznaczne rysy.

Ciekawym wątkiem jest wieloletnia przyjaźń (bez podtekstów erotycznych) Eltona Johna z Berniem Taupinem – autorem tekstów do prawie wszystkich jego przebojów. W tej roli oglądamy jednego z najciekawszych młodych aktorów brytyjskich, Jamiego Bella. Ciekawe, czy ktoś z widzów pozna w nim chłopca Billy'ego Elliota z pięknego filmu sprzed kilkunastu lat?

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA