fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ekonomia

Michael Bloomberg – kolejny amerykański prezydent-miliarder?

Gdyby Michael Bloomberg wygrał wybory w 2020 r., stałby się najbogatszym prezydentem USA w historii.
AFP
Do wyścigu o prezydenturę przymierza się miliarder, który jest byłym burmistrzem Nowego Jorku. I zarazem dawnym przyjacielem Trumpa.

Czy przyszłoroczne wybory prezydenckie w USA będą starciem dwóch nowojorskich miliarderów? Po stronie republikańskiej „pewniakiem" jest obecny prezydent Donald Trump, któremu w prowadzeniu kampanii jak na razie niewiele przeszkadza dochodzenie w sprawie impeachmentu w Kongresie. Po stronie demokratów o nominację może się ubiegać Michael Bloomberg, były burmistrz Nowego Jorku, który znajduje się na 9. pozycji wśród amerykańskich miliarderów. Jego nazwisko jest znane każdemu profesjonaliście z branży finansowej (a przynajmniej tym, którzy korzystają z terminali Bloomberga). Jego majątek jest oceniany na 57,1 mld USD, gdy majątek Trumpa na 3,1 mld USD. Tych dwóch nowojorskich miliarderów zna się od wielu lat. Kiedyś się lubili, ale od 2015 r. są mocno skłóceni politycznie i obrzucają się nawzajem obelgami. Ich pojedynek wyborczy z pewnością byłby pasjonującym widowiskiem. O ile oczywiście Michaelowi Bloombergowi uda się zdobyć nominację Partii Demokratycznej. A to, przy mocnym skręcie tej partii w lewo, nie jest wcale takie pewne.

Lewicowy liberał z Wall Street

– Nie sądzę, by niski, żydowski, rozwiedziony miliarder mógł wygrać wybory prezydenckie – stwierdził kilka lat temu Michael Bloomberg. Mówił o sobie. Mocno spekulowano, że stanie on jako niezależny kandydat do walki o prezydenturę w 2008 r. I w 2012 r. I w 2016 r. Nic z tego jednak nie wyszło. 7 listopada 2019 r. ogłosił on jednak, że podejmie kroki dotyczące startu w wyborach prezydenckich w 2020 r. Oficjalnie jeszcze nie ogłosił startu, ale już zarejestrował swoją kampanię przed demokratycznymi prawyborami w Alabamie. W wahaniach Bloomberga dotyczących startu w wyborach prezydenckich widać podobieństwo z rachubami Trumpa. Obecny prezydent USA wystartował „na próbę" podczas kampanii przed wyborami z 2000 r. jako kandydat Partii Reform, ale szybko się wycofał. Później rozważał startowanie w 2012 r., ale dopiero w 2015 r. uznał, że będzie miał duże szanse na zwycięstwo. Podobnie Bloomberg mógł uznać, że ma teraz duże szanse na pokonanie Trumpa.

– Słyszeliśmy w tej kampanii wiele o tym, że potrzebujemy lidera, który rozumie biznes. W pełni się z tym zgadzam. Stworzyłem biznes, nie dostając wcześniej od ojca czeku na milion dolarów – stwierdził Bloomberg w 2016 r. podczas wystąpienia na konwencji demokratów.

Urodził się on w 1942 r. w Bostonie w średniozamożnej rodzinie. Jego dziadkowie byli imigrantami z Rosji i Białorusi. Skończył John Hopkins University (zdobył dyplom na kierunku inżynieria elektryczna), a później MBA w Harvard Business School. Zaczął karierę w branży finansowej, a w 1973 r. został partnerem w Solomon Brothers. Kierował tam działem handlu akcjami, a także działem rozwoju systemów. W 1981 r. jego firma została przejęta przez Phibro Corporation, a nowi właściciele go zwolnili. Nie dostał odprawy, ale zachował akcje warte 10 mln USD. Sprzedał je, a zdobyte w ten sposób pieniądze wykorzystał do stworzenia firmy Innovative Market Systems, dostarczającej informacje rynkowe. Jej pierwszym klientem był bank Merrill Lynch, a w jego ślad poszli inni giganci z Wall Street. W 1987 r. spółka zmieniła nazwę na Bloomberg L.P. W 2017 r. miała 33 proc. udziału w globalnym rynku informacji finansowych, a na całym świecie działało ponad 325 tys. terminali Bloomberga. Na terminale te trafiają ogromne ilości depesz produkowanych przez agencję Bloomberg News. Działa też telewizja Bloomberg i należąca do tej grupy nowojorska stacja radiowa WBBR AM. Bloomberg L.P. ma swoją siedzibę w nowojorskim wieżowcu zwanym nieformalnie Bloomberg Tower (znów widać podobieństwa z Trumpem). W 2019 r. przychody grupy wyniosły 10 mld USD. Michael Bloomberg posiada 88 proc. jej akcji.

Ma on również spore doświadczenie polityczne. W 2001 r. został wybrany na burmistrza Nowego Jorku. Przejął tę funkcję kilka miesięcy po zamachach z 11 września z rąk Rudy'ego Giulianiego. Przed wyborami zmienił partyjną afiliację – przeszedł od demokratów do republikanów. Rządy w Nowym Jorku sprawował przez trzy kadencje aż do końca 2013 r. Sprawując funkcję burmistrza, pobierał 1 USD rocznego wynagrodzenia. Jego nazwisko stało się synonimem wielkomiejskiego, liberalnego republikanina, który niewiele różni się od demokraty. W 2007 r. opuścił Partię Republikańską i stał się oficjalnie „niezależny". W wyborach z 2016 r. poparł Hillary Clinton, a w 2018 r. znów się zarejestrował jako demokrata.

Choć dla większości republikanów jest on zbyt lewicowy (m.in. w kwestiach polityki klimatycznej, imigracji, broni palnej i aborcji), to dla wielu demokratów może też okazać się jednak niestrawny. W czasie, gdy popularni politycy Partii Demokratycznej snują plany wzrostu wydatków fiskalnych i większego obłożenia podatkami bogatych, Bloomberg deklaruje się jako fiskalny konserwatysta. – Podatki są złą rzeczą, ale jeśli chcecie mieć usługi publiczne, to ktoś musi je płacić. Są więc one złem koniecznym – stwierdził Bloomberg. Jako burmistrz Nowego Jorku zbilansował miejski budżet, podnosząc podatki od nieruchomości i jednocześnie tnąc środki miejskim agencjom. Bywał też hojny dla gigantów z Wall Street. Zaproponował bankowi Goldman Sachs 1,65 mld USD ulg podatkowych, jeśli otworzy on siedzibę przy Ground Zero (miejscu zamachów na WTC). Wielokrotnie wypowiadał się przeciwko handlowemu protekcjonizmowi i za wolnym handlem, ale pod pewnymi względami daleko mu do klasycznego liberalizmu. Jako burmistrz starał się np. za pomocą bodźców fiskalnych i administracyjnych zakazów skłaniać nowojorczyków do zdrowego odżywiania. Pomocne może dla niego być to, że dobrze dogadywał się ze związkami zawodowymi, ale wielu demokratów może mu wypominać zbyt entuzjastyczne poparcie dla wojny w Iraku. Trudno powiedzieć, na ile taka ideologiczna mieszanka potrafiłaby zmobilizować elektorat demokratów.

Historia pewnej przyjaźni

– Jeśli jest ktoś, kto zmienił to miasto, to takim człowiekiem jest Donald Trump. Naprawdę zrobił niesamowite rzeczy i ta jest jedną z nich – mówił burmistrz Bloomberg w 2013 r., gdy otwierał nowe pole golfowe Trumpa. Powstało ono w miejscu wielkiego wysypiska śmieci, a miasto oraz Trump Organization współpracowały na rzecz rekultywacji tego terenu. – Jesteś wspaniałym burmistrzem – mówił Trump do Bloomberga podczas tamtej uroczystości.

Gdy Bloomberg był burmistrzem Nowego Jorku, utrzymywał bardzo przyjazne relacje z Trumpem. W 2004 r. wystąpił nawet w jednym odcinku reality show Trumpa „Apprentice". Spotkał się wówczas z uczestnikami tego programu w swoim gabinecie w nowojorskim ratuszu. Później Bloomberg pojawił się też w innym show Trumpa „Celebrity Apprentice". Razem chodzili po ulicach Nowego Jorku i przejechali się metrem. Gdy Bloomberg zbliżał się do końca drugiej kadencji, Trump zaangażował się w kampanię na rzecz zmiany prawa, tak by burmistrz mógł zostać w ratuszu na trzecią kadencję.

Ich relacje popsuły się jednak w 2015 r., gdy Trump zadeklarował swój start w wyborach prezydenckich. Bloomberg zaczął wówczas go krytykować. – Naprawdę lubiłem Michaela i myślę, że on także lubił mnie. Sprawy jednak rozwinęły się dziwnie, po tym jak zacząłem ubiegać się o prezydenturę. Bloomberga nie obchodziły moje poglądy polityczne, gdy byłem nowojorskim deweloperem. Ale teraz prawdopodobnie on nie lubi mojej polityki. Ja jestem za bronią palną, a on przeciwko. Deweloper to ktoś inny niż kandydat – mówił Trump w wywiadzie dla „Washington Post".

– Myślę, że prezydent będzie bardzo zagrożony przez takiego kandydata jak Michael Bloomberg. On jest nowojorczykiem. Jest w stanie oprzeć się prześladowaniu przez prezydenta. Ma majątek prawdopodobnie ośmiokrotnie większy od prezydenta. Może wydać fortunę, broniąc się i zamieszczając reklamy w całym kraju. I jeśli Michael Bloomberg zdobędzie nominację, to jest dla mnie jasne, że pokona Trumpa – stwierdził w rozmowie z CNN Anthony Scaramucci, były dyrektor ds. komunikacji w Białym Domu za czasów Trumpa.

Hillary Clinton włączy się do walki o Biały Dom?

Od wielu tygodni pojawiają się spekulacje, że Hillary Clinton będzie ponownie ubiegać się o prezydenturę. W 2016 r. przegrała wybory z Donaldem Trumpem i ma z tego powodu ogromny kompleks. Wielokrotnie sugerowała, że wówczas „ukradziono" jej zwycięstwo. W tej kampanii wyborczej nie poparła żadnego z kandydatów demokratów, a niektórzy jej byli współpracownicy twierdzą, że sama chciałaby wystartować. – Bardzo, bardzo wielu ludzi namawia mnie do startu – przyznaje Hillary Clinton. Bardziej prawdopodobnym scenariuszem może być jednak to, że Hillary wystartuje jako kandydatka na wiceprezydenta u boku tego kandydata, który wygra demokratyczne prawybory. Decyzję w tej sprawie poznamy zapewne dopiero latem 2020 r., przed konwencją demokratów. Oczywiście gdyby taki duet wygrał wybory, a demokratyczny prezydent zmarłby podczas pełnienia urzędu, to pani Clinton zostałaby prezydentem.

Obecnie w grze o nominację Partii Demokratycznej jest 17 kandydatów (licząc łącznie z Michaelem Bloombergiem). W ostatnim sondażu przeprowadzonym na prawybory w Iowa siedmiu z nich ma poparcie większe niż 1 proc. Są to: Pete Buttigieg (22 proc.), były wiceprezydent Joe Biden (19 proc.), senator Elizabeth Warren (18 proc.), senator Bernie Sanders (13 proc.), senator Amy Klobuchar (5 proc.), biznesmen Andrew Young (3 proc.), senator Kamala Harris (3 proc.), finansista Tom Stayer (3 proc.), senator Cory Booker (2 proc.) i kongreswoman Tulsi Gabbard (2 proc.). Biden, choć jest kandydatem akceptowalnym przez biały, robotniczy elektorat, to jest źle przyjmowany przez lewe skrzydło partii i ma problem w związku z ukraińskimi biznesami swojego syna. Warren może odstraszać część wyborców lewicowym populizmem, podobnie jak 78-letni senator Sanders. Buttigieg, burmistrz miasta South Bend w Indianie, zyskuje więc wśród umiarkowanych wyborców.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA