fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Edukacja i wychowanie

Reforma edukacji: rodzice szykują precedensowy pozew przeciw państwu

Adobe Stock
Rodzice dzieci z tzw. podwójnego rocznika przygotowują pozew zbiorowy przeciw państwu. Uważają, że reforma edukacji to eksperyment polityczny - informuje Onet.pl.

Chcą dowieść, że organy państwa naruszyły prawa ich dzieci do równej edukacji - czytamy na Onet.pl. Do pozwu dołączyło już 50 rodziców, grupa osób zaangażowanych w sprawę liczy ponad tysiąc osób. Dzieci narażone były na dodatkowy stres jeszcze przed rekrutacją do szkół średnich, ich szanse na dostanie się do dobrych nowych szkół były mniejsze niż poprzednich roczników, a nowa rzeczywistość to często przepełnione klasy, zajęcia do późnego popołudnia i przypadkowa kadra - twierdzą rodzice. W dokumentacji medycznej dowodzą, że ich dzieci w wyniku stresu i rywalizacji cierpią na fobie szkolne czy depresję, a psychika wpłynęła też m.in. na kłopoty z odżywianiem.

Czytaj także: Będzie pozew zbiorowy samorządów za reformę edukacji

Pozew przygotowują rodzice dzieci z tzw. podwójnego rocznika. To dwie grupy dzieci, spotykające się w jednym czasie na poziomie szkoły średniej:

1. dzieci, które skończyły 6-letnią podstawówkę i 3-letnie gimnazjum;

2. rozpoczynały naukę z perspektywą 6-letniej podstawówki, 3-letniego gimnazjum i 3-letniego liceum, ale na pewnym etapie zmieniono plan ich ścieżki edukacyjnej. Skończyły 8-letnią szkołę podstawową i idą do szkoły średniej.

Magda Wrzos: Co skłoniło pana do tak radykalnego kroku - pozwania organów państwa?

Dobrosław Bilski - ojciec licealistki, pedagog: Przez dwa lata po ogłoszeniu reformy w 2016 r. narastało przekonanie, że jest to jakaś niesprawiedliwość. Nauczyciele utrzymywali dzieci w przekonaniu, że rekrutacja do dobrych liceów będzie dla nich dużo trudniejsza. Niektórzy mówili wprost: wybierzcie zawodówki - nie dacie rady. Już na tym etapie widać, że dostęp do edukacji nie był równy. Potem doszła praktyka, a więc koszmarna rekrutacja. Pojawił się element ogromnej rywalizacji między uczniami.

Rekrutacja przelała czarę goryczy?

W lipcu zadałem w internecie pytanie, czy inni też widzą, że prawa naszych dzieci zostały naruszone. Potężny odzew ze strony rodziców upewnił mnie, że to nie jest subiektywne wrażenie.

Teraz razem widzimy też smutne konsekwencje tej reformy. Część szkół zwiększyła liczbę klas, ale wielu dzieciom zmiana zasad pokrzyżowała plany. Jest też kolejny problem - przepełnione klasy, korytarze, stołówki szkolne i zmianowe zajęcia. To też dyskomfort dla starszych licealistów, których także dotyka to przepełnienie.

Problem podwójnego rocznika obejmuje kolejne? To ból też innych uczniów?

Społecznie tak. Moja córka była w pierwszym roczniku, który nie poszedł do gimnazjum i został w podstawówce do klasy ósmej. Znałem tę bliską mi perspektywę i dopiero, gdy zacząłem rozmawiać z innymi rodzicami, zrozumiałem, że inne dzieci również ucierpiały.

Ale jest pewne ryzyko nadmiernego rozszerzania naszego pozwu. Dlatego gromadzimy materiały dotyczące dzieci, które faktycznie były podwójnym rocznikiem, to dzieci urodzone w latach 2002-2005.

Trzy problemy

Jakie kwestie podnosi pozew?

Gromadzimy materiały o problemach podwójnego rocznika w okresie przygotowawczym - przed egzaminami. W drugiej kolejności przedstawiamy temat rekrutacji, dokumentujemy przy tym szczególnie ograniczenia, jakie spotkały dzieci, chcące dostać się do szkół artystycznych. Po trzecie przedstawiamy realia, w jakich funkcjonuje podwójny rocznik w szkołach ponadgimnazjalnych.

Pierwszym grzechem było więc budowanie w uczniach przekonania, że ich starania nie wystarczą i szanse na dobrą szkołę są małe?

Nauczyciele próbowali w ten sposób zwiększać motywację do uczenia się, ale jednocześnie osiągali odwrotny efekt. Często uczeń - mając świadomość, że jego los nie zależy od niego – reaguje brakiem wytrwałości i aspiracji. Myśli: po co mam wykonać ciężką pracę, skoro nie jest gwarancją sukcesu. Jest przekonany, że nie ma wpływu na sytuację.

Dla wielu uczniów był to stres dysfunkcyjny, paraliżujący. Powodował niechęć i ucieczkę przed uczeniem się.

Rodzice zgłaszają problemy zdrowotne dzieci?

Bardzo często. Są to skomplikowane historie dotyczące zdrowia psychicznego, ale też problemy, które somatycznie przełożyły się na cały organizm dziecka. Rodzice posiadają dokumentację medyczną, która pokazuje wyraźny uszczerbek na zdrowiu.

Jakie jeszcze błędy widzicie w tym okresie przygotowawczym?

W gimnazjum pojawił się problem "uciekających nauczycieli". Ci, którzy mogli, wcześniej przenieśli się do szkół, które miały nie być zamykane. Uczniowie w szkołach gimnazjalnych mieli nawet trzykrotnie zmienianych nauczycieli. W ostatnich klasach ośmioletniej podstawówki z kolei pojawili się nauczyciele bez doświadczenia w pracy na tym poziomie, z dziećmi w tym wieku. Co najbardziej oburzające - pracowali na fatalnym programie, zmontowanym w pośpiechu.

Rządzący będą się pewnie bronić. Minister Zalewska mówiła, że nie bierze odpowiedzialności za uczniów "przejściowych"... tylko dopiero za tych, którzy przejdą pełną zreformowaną podstawówką.

Kolejne napięcia u dzieci wywołała rekrutacja.

Przepotężny stres. Dorośli zaserwowali im rzeczywistość, która znacznie odbiegała od tej z poprzednich lat. Dzieci pisały egzaminy, analizowały, na ile punktów mogą liczyć i do jakiej szkoły startować, porównując znane z lat wcześniejszych progi przyjęcia. I tu niespodzianka. Progi szkół pierwszego i drugiego wyboru powędrowały wysoko w górę. Cały plan ucznia legł w gruzach. Nie dlatego, że uczniom źle poszło, ale dlatego, że zmieniły się zasady gry.

Wiele osób może wam zarzucić, że szukacie dziury w całym. Bo w rekrutacji zawsze są wygrani i przegrani. Waszą tezę potwierdzają liczby?

Limity punktowe, które wcześniej gwarantowały dostanie się do dobrej szkoły, teraz nie wystarczały. Z danych, które zebraliśmy w wydziałach edukacji poszczególnych gmin wynika, że progi przyjęć w szkołach tzw. pierwszego wyboru wzrosły wówczas średnio o 15 punktów. To ogromna różnica, wcześniej rzadko spotykana nawet między szkołami. Liczba kandydatów na miejsce w szkołach najbardziej obleganych – w Łodzi, gdzie mieszkam - była 10-15-krotnie większa niż liczba miejsc w szkole.

Faktycznie liczba uczniów rekrutowanych do szkół ponadgimnazjalnych po wygaszonych gimnazjach i po szkole podstawowej wzrosła do 700 tys. osób. Dla porównania w roku szkolnym 2018/19 ich liczba wynosiła 474 tys. Ale politycy obiecywali, że szkoły zwiększą liczby klas i dla nikogo nie zabraknie miejsca.

Żyjemy w państwie, w którym jest obowiązek zapewnienia edukacji do 18. roku życia. Nie oszukujmy się. Gdyby państwo nie stworzyło ku temu warunków, samo by się podłożyło. Cyferki się zgadzają, dane pokazują, że liczba miejsc we wszystkich szkołach jest wystarczająca. Ale nie chodzi o to, by dostać się do jakiekolwiek szkoły, wiele młodych osób ma wybrane konkretne liceum, ma już jakieś plany.

Na czym polega problem szkół artystycznych?

Te szkoły w ogóle nie zwiększyły limitów miejsc. Dostęp dzieci uzdolnionych do takich placówek był dużo trudniejszy niż w przypadku poprzednich roczników. Inni zderzają się z ograniczeniem czasowym. Proszę sobie wyobrazić ucznia, który chce po południu pobiec do szkoły muzycznej – tak jak to robił w podstawówce - i nie może, bo jego szkoła prowadzi zajęcia w systemie zmianowym.

To jedna z bolączek nowej szkolnej rzeczywistości po reformie?

Dwuzmianowości albo wydłużony czasu trwania zajęć. Rodzice zgłaszają przypadki zajęć prowadzonych do godz. 19. Im większe miasto i powiat, im większa racjonalność w zarządzaniu edukacją, tym większe problemy. Elastyczność takiego układu jest bardzo niewielka.

W mniejszych miejscowościach jest lepiej?

Łatwiej zwiększono liczbę miejsc, ale pojawiły się inne problemy. Do burs szkolnych przyjęto dzieci z innych powiatów, liczba osób zwiększyła się, ale nie zwiększyła się powierzchnia budynku. Nikt na trzy lata nie zbuduje przecież nowej bursy. Owszem, pojawiły się nowe łóżka, ale biurka, regały i szafy dokupili rodzice. Nikt im nie kazał, ale chcieli stworzyć dzieciom godne warunki do mieszkania i nauki.

Zwracacie też uwagę na przepełnienie klas. To faktycznie duży problem?

To dość proste zjawisko. Wiąże się z większą anonimowością, czyli" zniknięciem" ucznia w tłumie. Ścisk, większy hałas przekładają się na większą agresję. Dzieci mniej się kontrolują.

Dochodzą tu codzienne, zwykłe z pozoru sytuacje, które wzmagają frustrację. Stołówki są często przepełnione, niedostosowane do tak dużej liczby uczniów, długa przerwa nie wystarcza, by wszystkim wydać posiłki.

Chcecie dowieść, że zarówno rekrutacja i nowa rzeczywistość szkolna wpłynęły na zdrowie psychiczne dzieci.

W pozwie interesują nas te przypadki, których diagnoza wskazuje na stres szkolny. Chodzi tu o fobię szkolną albo nadmierny stres i depresje, zdarzały się też próby samobójcze.

Wielu rodziców z tych powodów planowało lub podejmowało decyzję o przeniesieniu dziecka do systemu edukacji domowej. Napięcie i rywalizacja między uczniami generowały konieczność zmiany, zapewniania "oddechu" i swobody dziecku.

Często stres przekładał się na zdrowie fizyczne. Pojawiały się zaburzenia układu pokarmowego, krążenia. Przez takie kłopoty dzieci nie mogły normalnie chodzić do szkoły. Te przypadki stanowią dużą część dokumentów i dobitnie pokazują, w jaki sposób stres ograniczał dostęp do edukacji.

Czy na jakimkolwiek etapie tej nowej edukacyjnej ścieżki uczniowie mogli liczyć na dodatkową pomoc szkolnego psychologa? Odbywały się dedykowane im spotkania i rozmowy?

Nie słyszałem o takim przypadku, rodzice nie mówili o takim wsparciu.

Co z poziomem edukacji? Podnosicie, że reforma jest niedopracowana także pod względem samego nauczania, na czym znów cierpią uczniowie.

Zwiększona liczba uczniów wymagała zwiększenia zatrudnienia. Wielu nauczycieli wie, że ten "tłum uczniów" gwarantuje zatrudnienie na trzy lata i wkrótce zabraknie dla nich pracy. W związku z tym, to często przypadkowa kadra.

Kto naruszył prawa dzieci

Na jakim etapie jest przygotowywanie pozwu?

Na razie nazywamy szkody, które powstały w wyniku reformy i je dokumentujemy. To potwornie trudne, ale wkrótce zaprezentujemy materiał dotyczący tych szkód.

Kogo konkretnie pozwiecie? Kogo rozumiecie pod pojęciem "państwo polskie"?

Tu jest pewien kłopot. Ustawę o zmianie systemu oświatowego uchwalił Sejm, podpisał ją prezydent. Sama inicjatywa pochodziła od Ministerstwa Edukacji. Wydawać się może, że to parlamentarzyści są odpowiedzialni za decyzję. Ale część szkód ma swoje źródło w aktach wykonawczych przyjętych przez ministerstwo.

Naruszenie jakich praw będziecie wskazywać?

To drugi dylemat. Prawnicy nie mają wątpliwości, że została naruszona konstytucja. Ale jedynym organem, który może się na ten temat wypowiedzieć, jest Trybunał Konstytucyjny. Tę ścieżkę nam odradzono.

Podnosimy też naruszenie Konwencji Praw Dziecka, której Polska jest stroną. W tym przypadku dochodzenie praw powinno być przeniesione na sądownictwo międzynarodowe.

Jako rodzice widzieliśmy naruszenie praw naszych dzieci i nie zastanawialiśmy się nad tym, jak trudne są kwestie prawne. Teraz się z tym mierzymy.

Skomplikowana materia. Kto wam pomaga?

Są wśród nas prawnicy, ale ta sprawa przekracza ich możliwości czasowe i kompetencje. Dlatego poprosiliśmy o pomoc kilka kancelarii prawnych, działają pro bono. Pracują nad ścieżką postępowania. Jednak bez względu na wielość pomysłów i sugestii, sami podejmiemy decyzję, jak działać.

Pierwszym celem jest doprowadzenie do tzw. werdyktu prejudykatywnego, który będzie jednoznacznym stwierdzeniem, że decyzjami organów państwa zostały naruszone nasze prawa. Ten werdykt otworzy możliwości dalszego działania.

Jaki jest finalny cel pozwu?

Chcemy doprowadzić do precedensowego wyroku. Po werdykcie prejudykatywnym osobiście zamierzam odstąpić. To mojej rodzinie wystarczy. Ale są rodzice, którzy będą oczekiwać odszkodowań i nie dziwię im się. Tu wchodzą w grę koszty leczenia dzieci z traumą, doposażania burs czy dojazdów do oddalonych od domów szkół. To wszystko w związku z wprowadzeniem reformy. Pamiętajmy też, że konstytucja daje nam prawo do dochodzenia odszkodowania szkód niematerialnych, a te trudno wycenić.

Są tacy, którzy dziwią się waszej inicjatywie, twierdząc, że państwo ma prawo przeprowadzać reformy.

Tak, ale nie w ten sposób. Chcemy doprowadzić do tego, by politycy przestali majstrować przy tych kluczowych systemach, jak oświata czy opieka zdrowotna, eksperymentując w imię chwilowych potrzeb politycznych. Chcemy, by mieli świadomość odpowiedzialności podejmowanych decyzji. Te decyzje mogą pociągać za sobą naruszenie praw obywateli i konieczność wypłacania odszkodowań.

Wiele osób twierdzi, że nie macie szans.

Udaje się wygrywać przed sądami, również międzynarodowymi, także kwestie naruszania praw przez organy państwa. Musimy spróbować.

Czy zainteresowani rodzice mogą jeszcze dołączyć do pozwu?

Oczywiście, utworzyliśmy elektroniczny formularz, rodzice mogą tam wyrazić wolę dołączenia do pozwu, udzielić nam niezbędnych informacji, przekazać zgodę na przetwarzanie danych osobowych i ewentualne dokumenty dotyczące dziecka. Można się z nami skontaktować przez Facebooka - grupa "Pozew rodziców podwójnego rocznika" lub Messengera – kontakt bezpośrednio ze mną.

Poświęca pan swój wolny czas na trudną walkę, która nie daje gwarancji wygranej. Warto?

Na początku był ogrom pracy, opracowaliśmy m.in. formularze do zbierania danych, samo zarządzanie grupą w wakacje było skomplikowane. Nie ukrywam, że cała czteroosobowa rodzina była w to zaangażowana. Teraz pośredniczę między grupą rodziców i prawnikami. Ta rozmowa nie jest łatwa ani szybka. Ale w tym wszystkim chodzi też o to, by pokazać córce, że o swoje prawa trzeba walczyć.

Dobrosław Bilski - doktor nauk humanistycznych, pedagog społeczny, szkoleniowiec. Od kilkunastu lat zajmuje się m.in. mediami w ich edukacyjnych kontekstach, dydaktyką oraz metodyką kształcenia na odległość i praktyką edukacji kulturowej. Wykładowca uczelni wyższych i dyrektor samorządowej instytucji kultury. W czasie wolnym: mąż i ojciec dwóch córek.

Źródło: onet.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA