fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Dobra osobiste

Fake news – jak z nim walczyć i czy da się wygrać

Ślepy pozew pomoże walczyć z fake newsami – zgodzili się uczestnicy debaty z 4 marca w redakcji Rzeczpospolitej. Od lewej: adwokat Zbigniew Krueger, wiceminister sprawiedliwości Sebastian Kaleta, b. prezes TK Andrzej Rzepliński, wicenaczelny
Fotorzepa, Robert Gardziński
Ślepy pozew pozwoliłby bronić się przed pomówieniami w sieci bez podawania danych autora.

Kłamliwa informacja, plotka czy oszczerstwo rzucone w przestrzeń publiczną w dobie internetu ma niezwykłą siłę rażenia. Może doprowadzić do zawirowań politycznych, społecznych, ale i gospodarczych w skali makro czy mikro, gdy adresatem stanie się np. określona firma.

O tym, jakie narzędzia mogłyby posłużyć do walki z fake newsami, rozmawiano podczas debaty zorganizowanej w „Rzeczpospolitej".

Czytaj także: Ślepym pozwem w fake newsa

Pozew bez adresu

– Fałszywe informacje oddziałują na wszystkich. Zazwyczaj nie zgadzam się z poglądami pana rzecznika praw obywatelskich. Nasze postulaty dotyczące walki z dezinformacją są jednak podobne. Chodzi m.in. o postulat powództwa ślepego, gdy w obiegu znalazłyby się nieprawdziwe informacje rozpowszechniane przez nieznany, posługujący się np. pseudonimem podmiot – mówił Sebastian Kaleta, wiceminister sprawiedliwości.

Koncepcja została zaprezentowana przez dr. hab. Adama Bodnara w wystąpieniu generalnym skierowanym do ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry w 2016 r. Posłużyć miała m.in. walce z mową nienawiści. Ślepy pozew (John Doe lawsuit) funkcjonuje od lat z powodzeniem w procesie amerykańskim. Sprowadza się do możliwości wniesienia do sądu cywilnego pozwu bez określania pozwanego (nawet podstawowych danych, takich jak jego imię i nazwisko). Ustalenia tożsamości oraz innych jego danych osobowych potrzebnych dla prowadzenia procesu dokonuje sąd.

Ta ścieżka pozwala uniknąć wszczynania postępowań karnych, administracyjnych i sądowoadministracyjnych tylko po to, aby uzyskać w nich dane osobowe.

– Dziś uzyskanie informacji od serwisu społecznościowego czy zarządzających serwisami hostingowymi jest utrudnione, a zatem osoba fałszywie pomawiana nierzadko jest bezbronna. Na pewno jest pole do stworzenia przepisów, na mocy których sąd mógłby pozyskiwać dane o tożsamości naruszyciela – akcentował wiceminister Sebastian Kaleta.

Drżyjcie, naruszyciele

Obecny na debacie Adam Bodnar, RPO, podkreślił, że przed laty resort nie podjął tematu, ale obecnie przedstawioną koncepcją jest zainteresowany.

– Co jednak ciekawe, w tym czasie pojawił się projekt ustawy autorstwa Nowoczesnej z propozycją konkretnej procedury w kodeksie postępowania cywilnego, że gdy nie wiemy, kto jest sprawcą kłamstwa czy oszczerstwa, sąd bierze na siebie jego ustalenie. Naszą rolą jest tylko uprawdopodobnienie, że doszło do naruszenia dóbr osobistych. Moim zdaniem po prostu trzeba wrócić do tego projektu – zaznaczył Adam Bodnar.

Projekt Nowoczesnej zakładał, że pozywający miał obowiązek złożyć oświadczenie, że podjął próbę powiadomienia pozwanego za pośrednictwem internetu o zamiarze wytoczenia przeciwko niemu powództwa, bądź że powiadomienie takie nie było możliwe. Do pozwu należało dołączyć zapis wypowiedzi naruszającej dobra osobiste w formie elektronicznej oraz w formie wydruku przedstawiającego skopiowany obraz ekranu z widocznym adresem URL oraz datą i godziną publikacji. Pewne zagrożenia w tej koncepcji znalazł jednak profesor Andrzej Rzepliński, były prezes Trybunału Konstytucyjnego.

– Przy tym projekcie sąd stawiany jest w trudnej sytuacji, bo nie jest organem zbierającym w sprawie dowody winy. Powstaje więc pytanie, kto po ich zebraniu powinien dalej daną sprawę prowadzić. Na pewno nie bezstronny z natury sąd. I tutaj dochodzimy do potrzeby powołania instytucji sędziego śledczego – uznał prof. Rzepliński.

– Powyższy problem można rozwiązać również inaczej. A mianowicie sędzia nie tyle szuka dowodów, ile zobowiązuje operatorów telekomunikacyjnych do zbadania danych naruszyciela. Powyższe może zostać wykonane jeszcze przed etapem wskazania sędziego, który będzie prowadził sprawę. Nie będzie wtedy obaw, że sędzia jest w jakiś sposób uprzedzony – zauważył adwokat Zbigniew Krüger.

Sceptyczna wobec tych rewelacji jest profesor Ewa Łętowska.

– Nasze sądy, wewnętrznie rozbite i już dziś obarczone zbyt dużą ilością spraw, nie udźwignęłyby nowego obowiązku. W efekcie stworzylibyśmy kolejne fasadowe rozwiązanie – komentuje. – Gdyby w naszym kraju wymiar sprawiedliwości funkcjonował dobrze, może nad wprowadzeniem tej instytucji jeszcze bym się zastanowiła. Dziś jednak mówienie o pozwie ślepym i konieczności jego wprowadzenia wygląda na kpinę, jeśli spojrzymy na kondycję sądów. Kreowanie instytucji, która dużo obiecuje, a w obecnej sytuacji niewiele może, jest niewybaczalne – akcentuje prof. Łętowska.

Zaznacza przy tym, że postulowana konstrukcja mogłaby zwolnić z odpowiedzialności pośredników, a więc właścicieli platform, za pomocą których dochodzi do naruszenia dóbr osobistych.

Opinia dla „Rzeczpospolitej"

Adwokat Agnieszka Chajewska, partner, szef sektora Media w kancelarii Kochański & Partners

Stworzenie narzędzia prawnego, które pozwoli na skuteczną walkę z anonimowym oszczerstwem w internecie, postulujemy od dawna. Obecne regulacje w praktyce nie zapewniają ochrony ofiarom. O ile bowiem nie przyjmuje postaci przestępstwa, to w praktyce nie ma skutecznych instrumentów, które pozwalają na ustalenie danych personalnych sprawcy. Te zaś są konieczne do skierowania sprawy na drogę sądową. Powstaje jednak pytanie, czy powinien te dane ustalać sąd. Sądy w Polsce są bardzo obciążone i coraz częściej postuluje się ograniczenie spraw, które mają być przez nie rozpatrywane. Ważne jest także, aby precyzyjnie określić, czym jest fake news internetowy, tak aby w praktyce tzw. ślepy pozew nie stał się narzędziem do walki chociażby z tajemnicą dziennikarską i działalnością dziennikarską.

Jak z tym walczyć i czy da się wygrać

Rozsiewanie nieprawdziwych informacji ma negatywne skutki społeczne, polityczne, jak również gospodarcze. Tymczasem liczba fake newsów, które do nas docierają, wciąż rośnie. Jak walczyć z tym zjawiskiem? Czy potrzebne są nowe przepisy? Jaką rolę w procesie walki z dezinformacją powinny odgrywać profesjonalne media? Te i inne tematy poruszono podczas debaty w siedzibie „Rzeczpospolitej".

Tomasz Pietryga, wicenaczelny „Rzeczpospolitej"

Manipulacja faktami czy fake news rozumiany jako przemycanie do przestrzeni publicznej kłamstwa to zjawisko bardzo szerokie i obecne na całym świecie. W związku z postępem cywilizacyjnym, rozwojem internetu i przede wszystkim portali społecznościowych rozprzestrzenianie się nieprawdziwych informacji nabrało nowego znaczenia. Obserwowaliśmy kampanię Donalda Trumpa, którego elementem był właśnie fake news. Manipulacja faktami była też ważnym elementem wojny informacyjnej, jaką prowadziła Rosja w czasie konfliktu na Ukrainie.

Przekazywanie nieprawidłowych informacji ma także wymiar lokalny – w Polsce mieliśmy wiele kampanii wyborczych, w których fake news był wykorzystywany. Dziennikarze i portale internetowe, żeby zyskać większą popularność, często produkują nieprawdziwe informacje. To oczywiście ma bardzo negatywne skutki społeczne, polityczne czy ekonomiczne. Czy da się ograniczyć to niepokojące zjawisko? Jak z nim walczyć? Czy potrzebne są nowe regulacje? A może wystarczy edukacja?

Marcin Lewicki, prezes Press Club Polska

Wydaje mi się, że rozmowę trzeba rozpocząć od warstwy językowej. Ona jest ważna nie tylko dlatego, że fake news jest potworkiem, który mocno się w polszczyźnie zakorzenił, ale też dlatego, że to określenie bardzo mocno osłabia odbiór. Mamy inne określenia, jak plotka, fałszywa informacja, kłamstwo. Kłamstwo brzmi mocniej niż fake news.

W mojej ocenie zapobieganie rozpowszechnianiu się kłamliwych informacji poprzez edukację nie powinno rozpoczynać się w szkole, tylko w domu. Odnoszę wrażenie, że młodzi ludzie wchodzą w olbrzymi szum informacyjny. Szkoła nie uczy krytycznego patrzenia, tylko myślenia odtwórczego – zapamiętywania i recytowania. Na pewno ogromne znaczenie ma również edukacja dziennikarzy, którzy wchodzą do zawodu. Ale też pogłębianie umiejętności weryfikacji źródeł informacji. Bo to przecież dziennikarze przekazują i prezentują opinii publicznej to, czego się dowiedzieli. Mam jednak wrażenie, że często za mało sprawdzają, czy nie padli ofiarą manipulacji.

Sebastian Kaleta, wiceminister sprawiedliwości

Komisja Europejska zapowiedziała pracę nad Digital Services Act. Elementem tych przepisów ma być walka z dezinformacją i uregulowanie zasad funkcjonowania wielkich portali społecznościowych. Dyskusja o problemie fake newsów ma zatem charakter globalny. We Francji i Niemczech wprowadzone zostały już pewne rozwiązania. I tak we Francji w ustawie z grudnia 2018 r. uznano, że jeśli dezinformacja odbywa się poprzez podmiot z kapitałem zagranicznym, państwo ma prawo usunąć ten podmiot z rynku. W tym kraju odpowiednik naszej Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji ma szersze uprawnienia w nadawaniu i odbieraniu koncesji. We Francji wreszcie wprowadzono specjalny tryb pozwalający szybko usuwać z mediów społecznościowych dezinformację czy obowiązek oznaczania reklam w internecie.

To pokazuje, że duże państwa europejskie dostrzegły potrzebę wprowadzenia zmian i że w Polsce musimy obserwować, jak wygląda realizacja tych przepisów.

dr hab. Adam Bodnar, rzecznik praw obywatelskich

Myślę, że na problem dezinformacji musimy patrzeć z trzech punktów widzenia. Po pierwsze, ważna jest edukacja medialna. Należy ustalić, na ile uczniowie są przygotowani do oddzielania informacji prawdziwych od nieprawdziwych. Po drugie, należy zweryfikować, jakie istnieją społeczne formy reagowania na fake newsy. W tym kontekście możemy mówić o portalach, takich jak Demaskator czy Konkret24. Także o aktywnym prowadzeniu mediów społecznościowych, które może przeciwdziałać rozpowszechnianiu fake newsów. W Polsce mamy świetny przykład – profil twitterowy muzeum Auschwitz, który jest bardzo dobrze prowadzony, ma ogromne zasięgi i z wielkim zaangażowaniem przeciwdziała rozpowszechnianiu kłamliwych informacji. Trzecia rzecz to szczególna rola pośredników, czyli miejsc, za pośrednictwem których rozpowszechniane są informacje. Wreszcie czwarta przestrzeń to otoczenie regulacyjne. I na tym chciałbym najmocniej się skoncentrować. Gdy w naszej dyskusji pojawia się hasło „musimy walczyć z fake newsami", to zaraz dość płynnie przechodzimy do myślenia o tym, jak należałoby zmienić prawo. Nawet jednak gdybyśmy wyobrazili sobie najlepszą ustawę mówiącą, jak reagować na podobne sytuacje, to powinniśmy jednocześnie zdawać sobie sprawę, że żyjemy w otoczeniu prawnym, które nie daje gwarancji rzeczywistego, porządnego i odpowiedzialnego stosowania tych przepisów. Mowa o rządach prawa. Jeśli bowiem doszłoby do sporu na tle faktycznego rozpowszechniania takich informacji, to ktoś musi rozsądzić, gdzie leży granica między tym, co jest opinią, a czymś, co przez niektórych może być uznane za rozpowszechnianie kłamstwa. Jeżeli sędzia może znaleźć się pod presją, jeżeli minister sprawiedliwości jest jednocześnie prokuratorem generalnym i ma duże możliwości wpływania na karierę sędziego, to zaczyna się kłopot polegający na tym, czy sędzia jest faktycznie w stanie tego rodzaju sprawy rozstrzygnąć w sposób pewny i bezstronny.

Dlatego nawet gdybyśmy przyjęli dużą ustawę, trzeba zapytać, komu ona będzie służyć. Czy wszystkim osobom, które są dotknięte fake newsami, czy ostatecznie będzie używana głównie przez tych, którzy rządzą i dzięki niej zyskają narzędzie do poszerzania wpływów oraz ograniczania wolności innych osób.

Bogusław Chrabota, prezes Izby Wydawców Prasy, redaktor naczelny „Rzeczpospolitej"

Problem z fake newsem polega na tym, że on pochodzi spoza środowiska dziennikarskiego, a zwłaszcza szanowanych tytułów. Fake news jest parainformacją. Ontologicznie nie różni się od newsa, to ta sama konstrukcja. Dla laików jest trudny do odróżnienia od newsa. Istotna jest intencja wprowadzenia nieprawdy. Jako społeczeństwo mamy ograniczone możliwości weryfikacji takiej informacji. Mamy natomiast możliwość sprawdzenia, czy źródło jest wiarygodne, i tak ocenić wartość informacji. W ciągu ostatnich lat z „Rzeczpospolitej" fake newsy do opinii publicznej raczej nie trafiły. To świadczy o naszych procedurach, które są ściśle przestrzegane, oraz o profesjonalnym podejściu naszych dziennikarzy do weryfikacji newsów. Natomiast głównym problemem jest to, że fake news to produkt systemów świadomie dezinformujących. Instytucje bądź całe państwa prowadzą przy użyciu fake newsa wojny hybrydowe. Dobrym przykładem jest putinowska Rosja.

Mamy wystarczającą liczbę potwierdzonych faktów, żeby powiedzieć, że państwo rosyjskie finansuje farmy trolli, które uprawiają ideę skutecznej dezinformacji. Im bardziej dana władza jest wyalienowana z demokracji, tym to jest częstsze.

Zbigniew Krüger, adwokat z kancelarii Krüger & Partnerzy

Moim zdaniem pierwszy problem – i przykro mi to mówić, ponieważ gości mnie redakcja – to przyzwolenie na podawanie zmanipulowanych informacji i akceptacja tego. Zapytać więc chcę trochę żartobliwie, dlaczego redaktor Krzysztof Suwart nie został zaproszony na tę debatę? A pytam, ponieważ reakcja środowiska dziennikarskiego na komercyjną działalność Wirtualnej Polski, a więc jednego z największych portali internetowych w Polsce, była zbyt słaba. To zdarzenie nie odbiło się takim echem, jak powinno. Były jakieś żarty na Twitterze. A mieliśmy do czynienia z największym skandalem w polskim dziennikarstwie od lat. Redaktor naczelny został zwolniony. W Wielkiej Brytanii czy Stanach Zjednoczonych taka sprawa zakończyłaby się zamknięciem portalu.

Tomasz Pietryga

W mojej ocenie reakcja środowiska była adekwatna i stanowcza. Ta praktyka została jednoznacznie potępiona. Zjawisko fake newsa jest jednak znacznie szersze i wykracza poza samą branżę. W tej chwili mamy na świecie – jeśli chodzi o samego Twittera – 350 milionów kont. 50 milionów z nich to konta fałszywe.

Marcin Lewicki

Wszyscy tutaj obecni mają w swoich środowiskach coś takiego jak odpowiedzialność dyscyplinarna. Nie ma natomiast samorządu dziennikarskiego. Czy to dobrze czy źle – to już pytania na zupełnie inną dyskusję. Pytanie, jakiej reakcji pan mecenas by oczekiwał? Co mieliśmy zrobić? Pójść pod Wirtualną Polskę i protestować? Są mechanizmy prawne, którymi można na to reagować. Myślę, że firma Wirtualna Polska zareagowała. Czy w sposób wystarczający, to znów kwestia dyskusyjna. Nie istnieje natomiast coś takiego jak środowisko dziennikarskie. Ze względu na to nie ma narzędzi, którymi – poza wydaniem kilku napuszonych oświadczeń, że się nie zgadzamy – można zareagować.

Zbigniew Krüger

Uważam jednak, że problem został zlekceważony. W tym na płaszczyźnie biznesowej i reklamodawców. Po tej historii nic się nie stało. Ludzie nadal wchodzą na portal, klikają na teksty.

Tomasz Pietryga

Według badań Wirtualnych Mediów sprzed dwóch lat aż 43 procent dziennikarzy w ciągu jednego miesiąca uwierzyło w jednego fake newsa. Co pokazuje, że jednak siła tego zjawiska jest dosyć duża. Czy istnieje potrzeba uregulowania tego problemu? Czy potrzebna jest odrębna ustawa?

profesor Andrzej Rzepliński, były prezes Trybunału Konstytucyjnego

Przepisy są. Jeśli chodzi o zniesławienie i znieważenie, mamy artykuł 212 i 213 kodeksu karnego. Gdy w okresie, w którym byłem sędzią konstytucyjnym, Trybunał kontrolował konstytucyjność obu tych przepisów, uznał, że są z nią zgodne. Jak patrzyłem do statystyki kryminalnej Ministerstwa Sprawiedliwości – a nie mam podstaw, żeby nie wierzyć w rzetelność przedstawionych tam danych – w latach 2004–2018 z art. 256 kodeksu karnego, który kryminalizuje rozpowszechnianie zachowań propagujących faszyzm lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, nie skazano praktycznie nikogo. A przecież chodzi o niebagatelną rzecz. Chodzi o podglebie mowy nienawiści. Demonstrowana w ciągu lat bezczynność czy bezradność organów ścigania zachęca radykałów do takich zachowań i do zaostrzania języka oraz form propagandy. Sprzyja temu duża łatwość zachowania anonimowości sprawców w przestrzeni wirtualnej.

Zbigniew Krüger

Przepisy i w mojej ocenie są wystarczające. Tryb wyborczy funkcjonuje bardzo dobrze. Jest skrojony wręcz pod nieprawdziwe informacje. Nie dotyczy opinii czy ocen. Dotyczy faktów. Jeśli chodzi o inne przypadki – tak jak wspomniałem – nie uważam, że nie ma regulacji prawnych. Jest art. 165 kodeksu karnego, który może znaleźć zastosowanie do walki z dezinformacją choćby w przypadku koronawirusa. Zgodnie z nim kto sprowadza niebezpieczeństwo dla życia lub zdrowia wielu osób albo dla mienia w wielkich rozmiarach, działając w okolicznościach szczególnie niebezpiecznych, podlega karze pozbawienia wolności od sześciu miesięcy do lat ośmiu. Przepis ten można zastosować do zjawisk siania paniki. Mamy też przepisy z art. 255 i 256 kodeksu karnego, choć dotyczą one bardziej mowy nienawiści.

Jeśli natomiast chodzi o art. 212 kodeksu karnego, to jeżeli miałbym postawić na szali walkę z fake newsem za pomocą regulacji prawnokarnych i ewentualne zagrożenie dla wolności słowa, to moim zdaniem dobrem o wyższej wartości jest wolność wypowiedzi i wolność twórcza. Angażowanie aparatu państwa, represji prawnokarnej w postaci pozbawienia wolności nie jest właściwą drogą.

Sebastian Kaleta

Artykuł 212 kodeksu karnego jest przedmiotem ciągłych analiz w resorcie. W tym momencie konkretnej propozycji na stole jednak nie ma. Pan mecenas wskazał, że dziś przepisy są wystarczające, żeby dochodzić swoich roszczeń. Owszem, w powództwie o ochronę dóbr osobistych można dojść swoich praw, ale zajmuje to czas. Tryb wyborczy ma natomiast ograniczony katalog odpowiadających w tym trybie. Na przykład popularny portal szkalujący polityków wcale mógłby pod ten tryb nie podpaść, bo orzecznictwo jest rozbieżne. Żeby złożyć wniosek o wydanie orzeczenia w trybie wyborczym, trzeba także wiedzieć, kto konkretnie stoi za daną treścią, bo przecież nie można pozwać strony internetowej. Z art. 165 kodeksu karnego trudno byłoby zaś pociągnąć do odpowiedzialności osobę, która np. na Filipinach umieściła wpis dotyczący koronawirusa, który wywołał w Polsce panikę. Oczywiście abstrakcyjność prawa jest ważna, ale pewne okoliczności, które nastąpiły wraz z rozwojem informacyjnym, sprawiły, że niewątpliwie dotychczasowe przepisy nie wystarczają. Nie jest natomiast tak, że z miejsca można zaprezentować rozwiązania, które staną się niepodważalnym i skutecznym panaceum.

Sprawa fałszywych informacji i funkcjonowania informacji w obiegu publicznym dotyka bezpośrednio wolności słowa. I każda próba zmiany prawa, biorąc również pod uwagę aktualne okoliczności i atmosferę, jaka towarzyszy procesowi ustawodawczemu, musiałaby być przedmiotem konsensusu. Fałszywe informacje oddziałują na wszystkich. Zazwyczaj nie zgadzam się z poglądami pana rzecznika. Nasze postulaty dotyczące walki z dezinformacją są jednak podobne. Chodzi między innymi o postulat dotyczący powództwa ślepego, z którym można by wystąpić, gdyby w obiegu znalazły się nieprawdziwe informacje rozpowszechniane przez nieznany, posługujący się np. pseudonimem podmiot.

Adam Bodnar

Z pewnością mamy kłopot z tym, jak uregulować kompleksowo to zjawisko, kiedy dochodzi do naruszenia prywatności, reputacji czy do rozpowszechniania kłamstw. Nie chodzi tylko o to, który przepis stosować i w jakich sytuacjach, ale też o to, na ile jest to skuteczne. Jeżeli mamy anonimową osobę, która rozpowszechnia daną informację, to faktycznie obecne rozwiązania siłą rzeczy wpychają nas w system prawnokarny. Bo nie można inaczej ustalić osoby sprawcy niż poprzez art. 488 kodeksu postępowania karnego. Jeżeli już to zrobimy, to obejmuje nas albo art. 212, albo art. 216 kodeksu karnego. Oczywiście po ustaleniu tożsamości sprawcy teoretycznie możemy wystąpić z powództwem cywilnym, ale to jednak stawianie kroku wstecz. Stąd właśnie powstała koncepcja ślepego pozwu.

Bardzo ciekawy jest również wątek trybu wyborczego. To jest bowiem pewien paradoks, że mam procedury sprawnie działające w trakcie wyborów, ale poza nimi one już nie działają.

Sebastian Kaleta

Tryb wyborczy w tej chwili nie działa tak, jak powinien. Byłem uczestnikiem trzech ostatnich kampanii i doskonale wiem, że politycy w swoich słowach są bardzo ostrożni, mając na uwadze, że mogą być pozwani w trybie wyborczym. Natomiast zwolennicy polityków prowadzący jakieś anonimowe profile już w tym trybie nie odpowiadają. W ten sposób nierzadko szerzona jest dezinformacja.

Adam Bodnar

Co nie zmienia faktu, że sądy działają nieefektywnie. Jeśli natomiast wymyślimy nawet najlepsze prawne procedury, to i tak dobre prawo nie zrekompensuje tego, co się wydarzyło. Dlatego rola pośredników jest bardzo istotna, szczególnie portali społecznościowych.

W naszej debacie publicznej mamy do czynienia z Facebookiem i Twitterem. Na rynek wchodzą jednak nowe podmioty, które mogą służyć temu samemu celowi, ale nie są już poddane jakiejkolwiek regulacji. Bardzo popularny wśród młodzieży TikTok jest własnością chińską. Liczba użytkowników tej platformy rośnie w tempie geometrycznym, lecz mam wrażenie, że dyskusja na temat standardów dla tego rodzaju podmiotów jest dużo trudniejsza.

Tutaj widzę rolę państwa: jak prowadzić dialog, czy to na poziomie międzynarodowym, czy choćby ogólnoeuropejskim, żeby powodować większą odpowiedzialność i dostosowanie się do odpowiednich standardów moderacji zawartości w mediach społecznościowych.

Bogusław Chrabota

Na forum europejskim i w nowym budżecie temat bezpieczeństwa cyfrowego, walki z mową nienawiści, fake newsem jest obecny, a nawet coraz ważniejszy. Uczestniczę w tej debacie jako prezes Izby Wydawców Prasy. Ze względu na to, że fake news działa nie tylko na poszczególne osoby, ale jest również zagrożeniem dla interesu publicznego, bardzo ważne będzie nowe instrumentarium do identyfikacji źródeł fake newsa. Niedługo pewnie te instrumenty będzie można zobaczyć w akcji. Druga bardzo ważna rzecz to włączenie Polski w te procesy. Jako coraz ważniejszy kraj w Unii musimy w tym uczestniczyć, ale też brać na poważnie prawo europejskie, które musi być u nas implementowane. Tutaj dotykam bardzo delikatnego tematu, a więc dyrektywy o prawie autorskim na jednolitym rynku cyfrowym, która, przekazując prawa pokrewne wydawcom, wyposaża nas w nowe instrumenty w świecie cyfrowym. Niestety polski rząd jest wrogo nastawiony do dyrektywy, dystansując się od potrzeby jej szybkiej implementacji oraz skarżąc jej zapisy do TSUE. Nie chcę wnikać w motywy i liczę na szybką zmianę nastawienia. I jeszcze jedna sprawa, w świecie informacji istnieje zasada referencyjności. Jeśli coś podaje Bloomberg, „NYT" czy „Financial Times", to wiarygodność takich mediów dla odbiorców jest bardzo ważna. Szczęśliwie w Polsce „Rzeczpospolita" do takich referencyjnych mediów należy. Myślę, że poważnym problemem, problemem również rządu, jest natomiast wiarygodność mediów publicznych, która w ostatnich latach została mocno naruszona. TVP to nie jest medium referencyjne i w najlepszym interesie państwa polskiego jest, by taką referencyjność, wiarygodność przywrócić. Tak się składa, że na początku lat 90. byłem jednym z tych, którzy reformowali telewizję publiczną i budowali służby informacyjne. To, co dziś dzieje się w służbach informacyjnych TVP, jest dla ich twórców upokarzające.

Sebastian Kaleta

Odwołuje się pan tylko do jednej stacji telewizyjnej. Tymczasem jeśliby spojrzeć na pryzmat pokazywania świata przez np. „Fakty" TVN, również można podnieść pewne zastrzeżenia.

Marcin Lewicki

Oczywiście każdy dziennikarz i każda redakcja mają obowiązek przestrzegania zasad kanonu dziennikarstwa. Dodatkowo obowiązkiem mediów publicznych jest świecenie przykładem. Przechodząc jednak do podsumowań, w mojej ocenie nowelizacja art. 212 k.k. jest bardzo prosta. Wystarczy ten przepis znieść. Ochrona reputacji powinna natomiast znaleźć się przede wszystkim w kodeksie cywilnym. Przypomnę również, że w prawie prasowym mamy instytucję sprostowania. Kolejna rzecz to konieczność usprawnienia procedur sądowych, by na rozstrzygnięcie czekać w najgorszym przypadku nie latami, ale miesiącami.

Profesor Andrzej Rzepliński

Mowa jest paliwem – dobrym i złym. Administrowanie tym paliwem jest bardzo trudne. Nie oznacza to, że nie powinniśmy walczyć z rozpowszechnianiem nieprawdziwych informacji. Luki w systemie prawnym należy wypełniać, patrząc z perspektywy ofiary nieznającego granic nienawistnika, słabszego, zaszczuwanego.

Zbigniew Krüger

Dyskusję można zamknąć w pięciu punktach. Potrzebna jest nam edukacja, a także odformalizowanie procedury sprostowania w prawie prasowym. Jak już sprawa jest na tyle poważna, że sprostowanie nie wystarczy, to na poziomie procedury cywilnej powinno się wdrożyć instytucję ślepego pozwu. Kolejna rzecz to zastanowienie się nad reformą zadośćuczynienia. Choć zasadą jest kompensacyjna funkcja zadośćuczynienia, to należałoby się zastanowić nad wprowadzeniem czegoś na kształt amerykańskiej instytucji punitive damages, żeby wysokość zasądzanego zadośćuczynienia mogła być także powiązana z przychodami uzyskanymi przez naruszyciela. Obecnie, gdy publikacja treści kłamliwych i oszczerczych generuje zasięgi i zyski, ewentualne kwoty zadośćuczynienia są wkalkulowane. Zasądzane zadośćuczynienia powinny być w takiej wysokości, by nie było opłacalne świadome publikowanie nieprawdziwych treści. Trzeba oczywiście również wykreślić art. 212 kodeksu karnego.

Sebastian Kaleta

W przyszłości nie da się uciec od wprowadzenia regulacji w tym obszarze. Nie planujemy jednak przedstawienia żadnego projektu, dopóki nie zostanie wyeliminowane ryzyko opacznego zrozumienia. Jeśli jakiekolwiek propozycje legislacyjne się pojawią, poprzedzone zostaną wieloma dyskusjami, takimi ja ta dziś.

Adam Bodnar

Konsekwentnie utrzymuję oczywiście moje poparcie dla wdrożenia ślepego pozwu. Wykreślenie art 212 kodeksu karnego jest również konieczne. Warto się jeszcze zastanowić nad powrotem do koncepcji z lat 60. i przestępstwa oszczerstwa, czyli umyślnego rozpowszechniania nieprawdziwych informacji.

Konieczna jest także edukacja medialna. Z naszych badań wynika, że młodzież prawie nie korzysta już z tradycyjnych mediów, a swoją wiedzę pozyskuje przez media społecznościowe i różnego rodzaju portale. Musimy więc nauczyć dzieci i młodzież korzystać również z mediów tradycyjnych, mediów referencyjnych, z wielu różnych miejsc pozyskiwania informacji, bo tylko wtedy będą potrafiły wyrobić sobie pogląd na daną sprawę. Jeżeli o to nie zadbamy, to grozi nam coraz większy rozdźwięk i chaos w debacie demokratycznej, coraz większe zagrożenie populizmem i dezinformacją.

Zobacz całą debatę:

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA