fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Brexit

Brexit: Theresa May straciła panowanie nad sterem

Ekscentryczny lider eurosceptycznej frakcji torysów Jacob Rees-Mogg utrzymuje maniery XVIII-wiecznego dżentelmena. I uważa, że nawet bez żadnej umowy o współpracy z Unią Wielka Brytania może prosperować. Ale we wtorek poparł umowę rozwodową May.
AFP
Pierwszy raz od stuleci parlament przejął od rządu inicjatywę ustawodawczą. Jak wyjść z takiego kryzysu ustrojowego?

Mark Field co chwila nerwowo rzuca okiem na komputer, gdzie wyświetlana jest liczba podpisów pod petycją na rzecz odwołania procedury z artykułu 50 traktatu o UE i uznania brexitu za niebyły. W skali kraju to już przeszło 5,7 mln osób. W okręgu Westminster w centrum Londynu, z którego Field jest deputowanym z ramienia Partii Konserwatywnej, pod listą miało się podpisać ponad 40 proc. wyborców. W poniedziałek 55-letni prawnik uznał więc, że nie będzie kończył tak dobrze zapowiadającej się kariery politycznej z powodu brexitu i jako pierwszy torys w Izbie Gmin zadeklarował, że on także chce skończyć z całą procedurą wychodzenia z Unii.

Głos z Wallis i Futuny

– Coraz więcej deputowanych zastanawia się, czy nie zrobić tak samo. W nocy z poniedziałku na wtorek najlepsi politolodzy byli przekonani, że Izba Gmin nie poprze przejęcia od rządu kontroli nad agendą brexitu. A stało się tak większością aż 27 posłów. Zmiana nastrojów w parlamencie jest teraz niemożliwa do przewidzenia – mówi „Rzeczpospolitej" Ian Bond, dyrektor w londyńskim Center for European Reform (CER).

Ale jest nawet gorzej, niż sądzi Bond. Bo choć petycja jest umieszczona na oficjalnej stronie parlamentu, może się pod nią podpisać każdy, czy mieszka na wyspach Wallis i Futuna na południowym Pacyfiku, czy też pochodzi z Demokratycznej Republiki Konga. Sprawdziliśmy to w redakcji. Petycja, na którą w myśl brytyjskiego prawa musi odpowiedzieć brytyjski rząd, bez trudu może się więc okazać kolejnym wygodnym narzędziem w rękach Kremla destabilizowania świata Zachodu.

Ale i bez tego Wielka Brytania pogrążyła się w bezprecedensowe kłopoty. Zgodnie z przyjętą rezolucją w środę deputowani będą głosowali nad różnymi opcjami strategii rozwodowej – od ponownego referendum po wyjście kraju bez żadnego porozumienia, od pozostania królestwa w jednolitym rynku na wzór Norwegii po, jak tego chce Field, wstrzymanie całego procesu. Taka procedura z punktu widzenia zasad ustrojowych pozostaje jednak wątpliwa, bo to rząd powinien mieć monopol na inicjatywę ustawodawczą. Premier Theresa May ostrzegła zresztą, że jej rząd wcale nie będzie czuł się zobowiązany do wprowadzenia w życie decyzji deputowanych.

– Nie wiadomo nawet, jak będzie wyglądała procedura głosowania, czy wszystkie projekty będą głosowane jednocześnie, czy jeden po drugim, a może stopniowo będą odrzucane te, które mają najmniejsze poparcie – mówi Bond.

Poważne sondaże pokazują, że 80 proc. Brytyjczyków, którzy w czerwcu 2016 r. głosowali za brexitem, teraz ocenia, że May źle poprowadziła negocjacje. Ale mimo to premier jest wciąż zdeterminowana, aby zdobyć dla swojej umowy rozwodowej, która już dwukrotnie była odrzucana w Izbie Gmin, większość parlamentarną. Zgodnie z ustaleniami ostatniego szczytu UE w Brukseli musi tego dokonać do piątku pod groźbą, że 12 kwietnia królestwo wyjdzie z Unii bez żadnego porozumienia.

Ale to tylko teoretyczne ultimatum. W Izbie Gmin, podobnie jak w rządzie, brexit bez żadnych uzgodnień jest porównywany do skoku na główkę do pustego basenu i, rzecz jasna, nie znajduje zbyt wielu zwolenników. Jest więc całkiem realne, że w nadchodzących dwóch tygodniach Londyn zaproponuje Brukseli odłożenie brexitu na bardzo długo i uzgodnienie w tym czasie znacznie bliższej współpracy lub w ogóle porzucenie rozwodu.

We wtorek Jacob Rees-Mogg, ekscentryczny lider eurosceptycznej frakcji torysów (ERG), przyznał więc, że wybór, przed jakim staje teraz kraj, sprowadza się do umowy May albo pozostania w Unii. I należy wybrać to pierwsze.

Diabeł skradł brytyjski pragmatyzm

Do tej pory licząca około 80 posłów frakcja ERG odrzucała umowę wynegocjowaną przez premier z uwagi na tzw. backstop – system obligujący Irlandię Północną do pozostania w unii celnej z kontynentem, dopóki Bruksela i Londyn wspólnie nie podpiszą nowego porozumienia o współpracy. Dla eurosceptycznych torysów to jest jak łańcuch, który uniemożliwia psu oddalenie się od unijnej budy o więcej niż kilka metrów.

Czy zmiana stanowiska Rees-Moga wystarczy zatem, aby wreszcie przepchnąć przez Izbę Gmin umowę May? Bond wskazuje na kilka punktów, które powodują, że będzie to niezwykle trudne. Po pierwsze, w grupie ERG 20–30 posłów, w tym być może i Boris Johnson, w żadnych okolicznościach nie poprze układu z backstopem. Po drugie, we wtorek dziesięciu posłów Demokratycznej Partii Unionistycznej, na której opiera się większość parlamentarna ekipy May, nadal było przeciwnych porozumieniu (woleli nawet roczną zwłokę w brexicie) i trudno sobie wyobrazić, że zmienią zdanie. Wreszcie w nocy z poniedziałku na wtorek wśród posłów głosujących za przejęciem od rządu agendy brexitu było 29 torysów i nie bardzo widać, dlaczego mieliby teraz poprzeć szefową rządu.

– Wszystko to premier musiałaby zrekompensować przeciągnięciem na swoją stronę kilkudziesięciu deputowanych Partii Pracy. Będzie to niezwykle trudne – przyznaje Ian Bond.

Głosowanie, jeśli miałoby do niego dojść, najpewniej zostałoby przeprowadzone w czwartek. Wcześniej, na środę wieczorem, May zapowiedziała wystąpienie w Izbie Gmin. Brytyjskie media spodziewają się, że może ona wówczas ogłosić datę swojej dymisji, pozostawiając następcy niewdzięczną rolę wynegocjowania porozumienia dotyczącego przyszłych stosunków z Unią.

Jeśli parlament rzeczywiście przegłosuje umowę wynegocjowaną z Brukselą zgodnie z ustaleniami ostatniego szczytu w Brukseli, kraj wyjdzie z Unii 22 maja. Co prawda do końca przyszłego roku będzie obowiązywał okres przejściowy, w trakcie którego wiele z dotychczasowych regulacji pozostanie w mocy, jednak Izba Gmin będzie też musiała przyjąć w ciągu kilku tygodni wiele regulacji o współpracy ze Wspólnotą. Na wszelki wypadek odwołano więc tegoroczną przerwę wielkanocną.

Ale jest też całkiem możliwa zupełnie abstrakcyjna sytuacja, w której Unia, nie doczekawszy się ani zatwierdzenia przez brytyjski parlament umowy rozwodowej May, ani innego pomysłu na brexit, uznaje, że 12 kwietnia Wielka Brytania przestaje być członkiem Wspólnoty. A jednocześnie Izba Gmin odrzuca brexit na takich warunkach i go w ogóle nie uznaje.

– Co do diabła stało się z naszym pragmatyzmem, wstrzemięźliwością i zdrowym rozsądkiem? – pytał we wtorek 71-letni deputowany Partii Konserwatywnej Nicholas Soames.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA