fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Bez reflektorów

Adam Waczyński: Byliśmy przygotowani na sukces

PAP
Miałem taki moment. Usiadłem, założyłem ręce na głowę i pomyślałem: „Kurczę, czego my dokonaliśmy". Ile meczów musieliśmy przegrać, ile mistrzostw musiało nam się nie udać, żeby w końcu wypalić w tym najważniejszym momencie – mówi Michałowi Kołodziejczykowi kapitan koszykarskiej reprezentacji Polski Adam Waczyński.

Plus Minus: Dotarło już do pana, co wydarzyło się na mistrzostwach świata w Chinach?

Trochę tak, ale nie do końca. Z czasem będzie przychodziła pełna świadomość. Jesteśmy z siebie bardzo dumni i zadowoleni. Zaprezentowaliśmy się naprawdę dobrze, bo mimo, że zakończyliśmy turniej czterema porażkami, to jednak znaleźliśmy się w ósemce najlepszych zespołów świata. Mam wrażenie, że w każdym meczu daliśmy z siebie 100 procent i cieszę się, że nasze występy miały taki odzew w Polsce. Chyba pierwszy raz kibice witali nas na lotnisku po powrocie z wielkiej imprezy i mam nadzieję, że nie stało się to po raz ostatni. Mogę tylko obiecać, że w kolejnych meczach nie zabraknie nam zaangażowania.

Mówił pan, że jest pan uparty. To właśnie ten upór doprowadził w końcu do sukcesu?

Przekonanie, że możemy coś osiągnąć, rosło w nas z każdym meczem. Spotkania przygotowawcze nie dawały kibicom zbyt wielu podstaw do optymizmu, jednak pamiętaliśmy o naszych przykrych doświadczeniach, kiedy przez turniejem graliśmy super, a jak przychodziło co do czego, to brakowało nam jakości i formy. Teraz trzeba się cieszyć, że wszystko się odwróciło.

Wierzyliście w siebie?

Od samego początku. Mieliśmy wiele rozmów z trenerem Mikiem Taylorem – i indywidualnych, i w drużynie. Byliśmy przygotowani na to, żeby odnieść sukces. Uznaliśmy, że nie mamy wpływu na to, na kogo trafiliśmy w grupie, i jedyną metodą jest walka do upadłego od samego początku. Super, że się udało – wygraliśmy pierwsze cztery spotkania, które tak naprawdę ustawiły nas na resztę turnieju. Jestem dumny z naszej ekipy.

Dla kibiców byliście przed turniejem wielką niewiadomą. Na koszykarskim mundialu reprezentacji Polski nie było 52 lata.

I ja się kibicom nie dziwię, świat w ogóle o nas nie słyszał. Na mistrzostwach Europy było różnie, raz awansowaliśmy nawet do 1/16 finału, ale umówmy się – było to wydarzenie z gatunku tych, które będą pamiętane raczej przez samych zawodników. A teraz na mundialu w Chinach mieliśmy okazję być w ćwierćfinale, grać i wygrywać mecze o wielką stawkę. Z gospodarzami, z Rosją, kiedy przez 35 minut wydawało się, że nie mamy szans. Rzeczywiście powoli wychodzimy z cienia i cieszymy się, że nasza praca się opłaciła. Przeszłość była przecież różna i raczej ciężko doszukiwać się w niej jakichś sukcesów.

Sami sobie też musieliście udowodnić, na co was stać?

Tak, każdy kolejny mecz budował nas jako zespół i jako indywidualności. Morale skakało. Czuliśmy, że gramy coraz lepiej, i było to niesamowite uczucie. W pierwszym meczu świetnie wypadli rezerwowi, w drugim A.J. Slaughter i Mateusz Ponitka, w trzecim mnie się udało w końcu wypalić. W naszej ekipie fajne jest to, że nie ma jednego człowieka, który by to wszystko ciągnął. Potrafiliśmy przejmować od siebie liderowanie, dzieliliśmy się odpowiedzialnością.

Dla polskich kibiców, którzy na co dzień nie interesują się koszykówką, ten sport to Marcin Gortat i Maciej Lampe.

To prawda, Marcin i Maciej to zawodnicy dużo bardziej rozpoznawalni, medialni. Gortat przez 12 lat grał w NBA, Lampe z powodzeniem grał w Barcelonie, Maccabi Tel-Awiw, Chimki Moskwa, a teraz występuje w Chinach. Te nazwiska wiele znaczą w naszej koszykówce, to wielka klasa. A my na mistrzostwach świata mieliśmy siedmiu zawodników z polskiej ligi, naturalizowanego Slaughtera, który grał za granicą, Mateusza Ponitkę i mnie, bo przecież Unicaja Malaga to także dobry klub europejski. Nigdy o nas się jednak głośno nie mówiło, zawsze byliśmy w cieniu Maćka i Marcina. Myślę, że to też na nas zadziałało, byliśmy zdeterminowani, żeby pokazać Polsce i całemu światu, że nasza koszykówka to nie są tylko ci zawodnicy, ale że są też inni, którzy potrafią grać. Dlatego tak bardzo się cieszę, że wreszcie trafiliśmy z formą i razem mogliśmy odnieść sukces.

Myśli pan, że już przedarliście się do świadomości gospodyń domowych?

Przed mistrzostwami byliśmy w telewizji śniadaniowej, ale w trakcie turnieju mówiło się o nas coraz więcej, dziennikarze zadawali coraz więcej pytań. Przyjmowano nas z uśmiechem. Fajnie, że mówi się o nas bardzo pozytywnie, chociaż nie przyjechaliśmy z Chin z medalem, bo tak naprawdę nasza gra zasługiwała na medal. Ile drużyna robiła na parkiecie, ile zostawiła walki, serca – tego nie da się opisać słowami.

Czy Mike Taylor przed każdym meczem miał tak płomienną przemowę jak ta, która trafiła do sieci przed spotkaniem z gospodarzami turnieju?

Trener był świetnie przygotowany do mistrzostw pod każdym względem. Rzeczywiście, przemówienie za każdym razem było inne. Zespół był świadomy tego, z kim się mierzy za każdym razem, mieliśmy rozpracowanych przeciwników, nazwiska, taktykę, ale ta odprawa 40 minut przed meczem zawsze dodawała sił, zawsze była bardzo emocjonalna. Z Taylorem współpracujemy już od sześciu lat, znamy się, robi postęp, jeśli chodzi o takie rzeczy. Zresztą od samego początku był świetnym motywatorem, chciał z nas wyciągnąć to, co najlepsze. Nigdy nie myślał o negatywach, tylko starał się uwidocznić nasze dobre cechy. Udawało mu się. W Chinach na każdej z ośmiu przemów przed meczami miałem ciary na plecach. I aż chciało się grać. Zostanie mi to w głowie do końca kariery.

Przemówienie pełne przekleństw prezesa Radosława Piesiewicza po wygranej z Chinami też?

To był niekontrolowany strumień radości, wiadomo, jak to się w emocjach mówi. Przyjęliśmy jego słowa z uśmiechem na twarzy, nie braliśmy tego oczywiście do końca na serio. Prezes cieszył się tak samo jak my. Też krzyczeliśmy różne rzeczy, ale nie wszystko się nagrało i to nas trochę uratowało. To była niesamowita radość, nikt nie próbował się hamować.

Trudno było utrzymać nerwy na wodzy w tym spotkaniu, kiedy sędziowie ciągle podejmowali błędne decyzje na korzyść gospodarzy?

Byliśmy mocno zdeterminowani. Patrzyłem na każdego z kolegów z osobna i u żadnego nie dostrzegłem krzty wątpliwości – wszyscy wiedzieli, co trzeba zrobić. Musieliśmy dowieźć ten mecz do końca na naszych zasadach, mimo że warunki były bardzo ciężkie. Wynik przez długi czas nie był satysfakcjonujący, ale potrafiliśmy zachować zimną krew, powstrzymać wszelkie emocjonalne zachowania. Broniliśmy ile się dało, staraliśmy się nie skupiać na złych decyzjach sędziów, nie myśleć o nerwach, ale wydobyć z siebie ogień na parkiecie. Jechaliśmy na rezerwach, ale wierzyliśmy, że warto, bo zwycięstwo z Chinami mogło nas przecież ustawić na kolejne mecze podczas turnieju.

To był mecz z największym bagażem emocjonalnym?

Każdy miał swój smaczek i żaden nie był łatwy. Z Wenezuelą mecz otwarcia – wiadomo, że ważny. Chiny to gospodarz, przy 19 tysiącach kibiców na trybunach – niesamowita sprawa. Wybrzeże Kości Słoniowej – trzeba było utrzymać koncentracje i skończyć to, co zaczęliśmy. Z Rosją było arcytrudno, mierzyliśmy się z doświadczoną drużyną i dopiero w końcówce udało nam się wyciągnąć wynik na naszą stronę. Argentyna była niesamowita, nie mieliśmy szans na nic więcej, Hiszpania ograła wszystkich. Z Czechami został niedosyt, bo byli w naszym zasięgu, ale przez to, że z nimi przegraliśmy, mogliśmy się zmierzyć ze Stanami Zjednoczonymi. Wszystko więc fajnie się poskładało. Ten mundial będziemy wspominać jako coś pięknego.

Ma pan nadzieję, że teraz w Polsce rozpocznie się moda na koszykówkę?

Liczę, że tak się stanie. Nasz turniej może być początkiem czegoś nowego. Nie twierdzę, że wcześniej nie było gdzie grać, ale ten występ może popchnąć całą dyscyplinę szybko i mocno do przodu. Czas pokaże, ale już teraz mamy bardzo pozytywny odzew od trenerów szkolnych zespołów, zresztą z klubów także. Dzieciaki przychodzą na trening, chcą nas naśladować, rzucają naszymi nazwiskami. Mam nadzieję, że to będzie motywacja dla tej młodzieży. Że warto marzyć i ciężko pracować, żeby dochodzić do takich rzeczy.

A pan kim chciał być na swoim podwórku?

Oczywiście, że Michaelem Jordanem. To były moje czasy. Oglądało się mecz, gadało o nim, wspominało, próbowało naśladować. Później, jak Jordan się kończył, w mojej wyobraźni królował Dwayne Wade, przyszła też pora na Stephena Curry'ego. Nawet dzisiaj mam swoich idoli, których podpatruję. Całe moje życie to była koszykówka i kolejni zawodnicy, których obserwowałem z pasją.

Pan na koszykówkę był chyba skazany.

Mój dziadek Szczepan był reprezentantem Polski, tata również grał w koszykówkę. Rzeczywiście nie miałem wyjścia. Tylko śmiesznie się moja kariera zaczynała, bo od końca – zacząłem chodzić na treningi oldbojów. Ale bardzo miło to wspominam. Tata mnie ciągał... To znaczy nie ciągał – sam chciałem w tym wszystkim uczestniczyć. Od małego pyrdka koszykówka była ze mną na co dzień.

Dziadek specjalnie dla pana stworzył nawet klub.

Bardziej ojciec, razem zakładali. Budując od podstaw WAX Toruń, myśleli o mnie, moim bracie i dwóch kuzynach, też wnukach Szczepana. Chcieli, żebyśmy mogli trenować i grać w fajnych warunkach. Byli tam młodzicy, juniorzy, juniorzy starsi i później trzecia liga – klub był na każdym szczeblu, mogliśmy się ogrywać, podnosić umiejętności i zdobywać doświadczenie. I tak do 14., 15. roku życia byłem zawodnikiem WAX-u. Moim kuzynom i bratu nie powiodło się tak jak mnie i nie grają na takim poziomie, ale na pewno wszyscy miło wspominamy tamte czasy. Jestem wdzięczny tacie i dziadkowi, że chcieli w nas zainwestować. Później, kiedy odszedłem do Prokomu, tata po kilku latach zamknął klub, dziadek odszedł od nas kilkanaście lat temu. Wszyscy zawodnicy, którzy przewinęli się przez WAX, spotykają się jednak raz w roku na memoriale mojego dziadka – gramy takie towarzyskie spotkanie młodzi na starych, granicą jest rocznik 1985. Później idziemy na tak zwane piwo. Jest pizza, pogaduchy i wspomnienia. Dziadek był fantastycznym człowiekiem, który łączył nie tylko zawodników, ale generalnie wiele osób w środowisku dziennikarskim. Ten memoriał jest zawsze okazją, żeby to wszystko przeżyć jeszcze raz, żeby przypomnieć, jak był dla nas ważny.

A gdyby się panu nie udało zrobić kariery, w rodzinie byłoby rozczarowanie?

Nie sądzę. Mój cztery lata starszy brat nie osiągnął takiego poziomu jak ja, a jakoś żyje i jest szczęśliwy. Ma rodzinę, pracę, tragedii nie było. Ale na pewno jakieś podświadome ciśnienie dało się wyczuć, tata zawsze chciał, żeby któryś z nas grał w koszykówkę. Dziadek z chmury też obserwuje, jak mi idzie, i mam go zawsze z tyłu głowy. Myślę, że byłby teraz bardzo dumny.

Kiedy na mistrzostwach świata grali przed meczem hymn, był czas, żeby o tym wszystkim pomyśleć?

Tak, wspomnienia przelatują przez głowę z prędkością błyskawicy. Kiedy słuchałem Mazurka Dąbrowskiego, widziałem tych wszystkich ludzi, którzy siedzą przed telewizorem, kibicują, także o tych, którzy chcieliby być na moim miejscu. Myślałem też o wdzięczności, jaką muszę w sobie nosić do wszystkich, którzy pomogli właśnie mnie znaleźć się w tym miejscu. Myślałem o żonie, dzieciach, dziadku, który z góry spogląda i trzyma rękę na wszystkich sprawach, żeby potoczyły się dobrze. A potem trzeba się było szybko otrząsnąć i włączyć tryb sportowej walki. Pokazać się z jak najlepszej strony i udowodnić, że nie jest się w tym miejscu przypadkowo.

Jest pan twardy? Czy jak się wyjeżdża z domu w wieku 15 lat, to trzeba być twardzielem?

Wyjazd mocno hartuje. I tak naprawdę polecam takie rozwiązanie każdemu młodemu zawodnikowi.

Dlaczego?

Myślę, że nie chodzi tylko o sport, ale po prostu o życie. Trzeba się wszystkiego nauczyć, nawet nie od początku, ale od podstaw. Wcześniej zwyczajnie pewnymi rzeczami nie musiałem się przejmować. Śmieję się, bo później rozmawiałem z moją babcią, z którą wtedy mieszkaliśmy, a która stwierdziła: „Adasiu, jak ty wyjeżdżałeś, to nie wierzyłam, że jesteś w stanie sobie ze wszystkim poradzić". Było ciężko, bo nie wydawałem się osobą, która mogłaby być samodzielna, ale nawet jeśli najbliżsi mieli wątpliwości, to podświadomość działała inaczej. Coś w środku mówiło mi, że muszę sam się zmotywować, żeby wszystko – jak to się mówi – ogarnąć.

Co dawało panu siłę w trudnych momentach – i tych na początku, i później w trakcie kariery?

Zawsze byłem bardzo zdeterminowany. Od samego początku, jak podpisywałem kontrakt w Prokomie Treflu Sopot, nastawiłem się na sukces. Koledzy, z którymi trenowałem, mogą to potwierdzić – cały czas myślałem tylko o koszykówce, o niczym innym. Już w liceum poznałem swoją przyszłą żonę, ale ona też była koszykarką i wszystko doskonale rozumiała. To też pchało mnie, żeby wszystko robić jeszcze lepiej, to była całkowita koncentracja. Taka świadomość, że jeśli chce się w życiu coś osiągnąć, to najpierw trzeba zainwestować dużo wysiłku. Dostałem nagrodę.

Ten mundial?

Moją największą nagrodą jest rodzina. Kiedy poznałem Natalię, w grze nie było żadnych pieniędzy. Zakochaliśmy się w sobie i jestem niesamowicie wdzięczny, że mogę mieć z taką kobietą tak wspaniałe dzieci. To jest moje osiągnięcie, wielkie szczęście. Natalia była ze mną na miejscu w Chinach, ośmioletnia Julia i pięcioletni Alex oglądali mecze na mistrzostwach w telewizji. Dostawałem zdjęcia, zawsze ubrani na biało-czerwono, kibicowali mi i dodawali sił przed kolejnymi spotkaniami.

Od dwóch lat jest pan kapitanem reprezentacji. Podobno na początku nie do końca radził pan sobie z nową rolą?

To prawda. Chciałem trochę wyjść poza rzeczy, którymi powinien zajmować się kapitan. Wydaje mi się, że za bardzo się przejmowałem, co działało na moją niekorzyść. Jakoś się oswoiłem, rozmawiałem dużo z ludźmi, którzy doradzali mi spokój, przekonywali mnie, że nie mogę wszystkiego robić od razu, że są rzeczy, które przyjdą spokojnie z czasem. Kapitan nie musi przecież dbać o wszystkie kwestie organizacyjne. Okazało się, że wystarczy, jeśli będę wsparciem na boisku, a reszta się jakoś ułoży. Teraz jest już lepiej, jestem dumny, że mogę reprezentować kolegów, pomagać doświadczonym, ale też młodym, takim jak Olek Balcerowski czy Dominik Olejniczak.

Kapitanem został pan po głosowaniu drużyny. To chyba było miłe? Jak pan myśli, jakie cechy zadecydowały, że koledzy wskazali właśnie pana?

Chyba zostałem wychowany w taki sposób, że zawsze chciałem dla wszystkich dobrze. Nigdy nikomu źle nie życzyłem, starałem się pchać do przodu całe otoczenie. Nawet dziś widzę swoją rolę w zespole tak troszeczkę z boku, staram się robić wszystko, żeby zespół wygrywał. Może dlatego zostałem obdarzony takim zaufaniem? Z każdym mam dobry kontakt i cieszę się, że zostałem przez drużynę tak bardzo wyróżniony.

Pan w ogóle kiedyś się denerwuje? Nawet jeśli nie na boisku, to może za kierownicą?

Szczerze mówiąc, bardzo rzadko. Jestem bardzo ugodowy. Z żoną też się nie kłócę, bo nie ma takiej potrzeby. Zawsze staram się znaleźć jakieś rozwiązanie pokojowe, kompromis. Jak ktoś zrobi coś złego, to na siłę go tłumaczę, że pewnie nie chciał, że to nie specjalnie. Może sam siebie trochę w tym wszystkim oszukuję, ale tak żyje mi się lepiej. Z wiekiem, kiedy wie się więcej i rozumie więcej, traci się naiwność, nerwy czasami się pojawiają, ale gdybym miał się ocenić całościowo – jestem bardzo spokojny.

O czym pan teraz marzy?

Rodzinę mam zdrową, szczęśliwą. A cele sportowe? Najważniejsze jest, żeby cieszyć się koszykówką i dawać radość najbliższym. Taka cierpliwość popłaca. Teraz pokazałem się na mundialu i chciałbym grać tak samo, a może jeszcze lepiej, w swoim klubie. Ale nie wybiegam za daleko w przyszłość, biorę do głowy tylko co najlepsze na teraz.

Malaga to piękne miejsce do życia. Myślał pan o zostaniu w Hiszpanii po zakończeniu kariery?

Skłamałbym, mówiąc, że nie miałem takich pomysłów. Jest nam tu wyśmienicie, dzieci chodzą do szkoły, uczą się hiszpańskiego i angielskiego, a po polsku mówimy w domu. Bardzo podoba nam się system edukacji, więc nie wykluczam, że zostaniemy tu na stałe, chociaż furtka do powrotu oczywiście pozostaje otwarta. Nie podjęliśmy żadnej decyzji, bo wszystko zależy też od tego, jak potoczy się moja kariera. Nie zawsze można wybierać miejsca, w których chce się grać. Czasami gra się tam, gdzie cię chcą. Dlatego na razie wieloletnie plany nie mają zwyczajnie sensu.

Usiadł pan po powrocie z Chin i pomyślał, że dokonał czegoś wielkiego?

Miałem taki moment. Usiadłem, założyłem ręce na głowę i pomyślałem: „Kurczę, czego my dokonaliśmy". Ile świetnych reprezentacji nie znalazło się w ósemce, na kogo stawiali przed turniejem, na kogo nie. Ile meczów musieliśmy przegrać, ile mistrzostw musiało nam się nie udać, żeby w końcu wypalić w tym najważniejszym momencie na mistrzostwach świata. Nie oszukujmy się – te zwycięstwa mogą ustawić nas na przyszłość. Radość była tym większa, kiedy dotarło do nas, jak nasze występy przeżywali kibice. Teraz mamy nadzieję, że ten sen się nie skończy, że będzie trwał, dopóki wystarczy nam sił.

Wy się w tej kadrze w ogóle lubicie czy jesteście po prostu znajomymi z pracy?

Mamy superkontakt. Jesteśmy całkiem fajną grupą ludzi. Rozmawiamy ze sobą w trakcie sezonu, piszemy do siebie, śmiejemy się. Czas na zgrupowaniach, bez rodzin, spędzamy wspólnie. Potrafimy ze sobą żyć i funkcjonować poza parkietem. Wydaje mi się, że każdy z nas jest charakterologicznie świetnie dobrany do tej drużyny. Tak, można o nas powiedzieć: „kompania braci". 

—rozmawiał Michał Kołodziejczyk

redaktor naczelny WP SportoweFakty

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA