fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Bez reflektorów

Magdalena Piekarska: splendor, sława i pieniądze widocznie nie są dla szermierzy

PAP
Moja mama mówi, że zawsze byłam wrażliwa, ale też twarda, że jest ze mnie płaczka i łatwo się wzruszam, ale mam grubą skórę – mówi Michałowi Kołodziejczykowi Magdalena Piekarska, szpadzistka, drużynowa złota medalistka mistrzostw Europy, która rok temu wygrała walkę z nowotworem układu chłonnego.

Plus Minus: Niedawny złoty medal w drużynie znaczy dla pani trochę więcej niż inne?

Jest czymś więcej i na pewno będzie dla mnie najcenniejszy. Pierwszy po powrocie, pierwszy po chorobie – jest dowodem na to, że po takich problemach ze zdrowiem, jakie miałam, można odnosić sukcesy. Ten medal na zawsze będzie miał specjalne miejsce w moim sercu i w moim domu.

Niesamowita była pani wiara w to, że będzie dobrze.

Wiedziałam, że do sportu wrócę, ale nie wiedziałam, jaki będzie tego efekt. Oczywiście marzyłam o tym, by jak najszybciej stanąć na planszy i żeby jak najszybciej pojawiły się dobre wyniki, ale chyba nie spodziewałam się, że będą aż tak dobre w tak krótkim czasie. Nie mogłam przecież być nawet pewna, że trener Bartłomiej Język da mi szansę na starty w drużynie. Teraz jest tylko radość, bo stanęłyśmy na najwyższym stopniu podium, ale jeszcze ciężko mi się o tym mówi, jeszcze się wzruszam. Nie potrafię ubrać w słowa emocji, które towarzyszyły mi w Duesseldorfie, kiedy mogłam walczyć i pomóc w wywalczeniu złota. Tym bardziej że to dopiero drugi taki medal dla Polski i smakuje bardzo dobrze.

Wie pani, skąd brała siłę do walki o powrót do zdrowia, do sportu?

Jestem i zawsze byłam silna. Mam charakter. Moja mama mówi, że zawsze byłam wrażliwa, ale też twarda, że jest ze mnie płaczka i łatwo się wzruszam, ale mam grubą skórę. Przed chorobą w moim życiu nie wydarzyło się nic takiego, co miałoby mnie utwierdzać w tym, że mam siłę, ale jestem przekonana, że to także efekt sportu, który kształtuje charakter. Musiałam mieć pazur, bo inaczej nie nadawałabym się do walki na planszy przez 20 lat. Oczywiście mój charakter nie zawsze pomaga, to jednocześnie moja zaleta i wada. Byłam grzeczna, poukładana i kulturalna, ale też miałam w sobie tę zaciętość, która pozwoliła mi odnosić sukcesy.

Rodzice tak panią wychowali?

To, jak podchodzę do życia, jest zasługą obojga moich rodziców. Przekazali mi piękne wartości, są wspaniałymi ludźmi. Często i dużo mówię o mamie, ale za wszystkimi moimi sukcesami stoi też tata. Oboje są silni, mama wiele przeszła w życiu i jest moją bohaterką. Moja choroba też jej nie złamała, mama cały czas wierzyła, że zwyciężymy, ale to było mocne i trudne przeżycie. Myślę, że w pewnym momencie to ja musiałam bardziej uspokajać rodziców niż oni mnie. Tata dość szybko przeczytał jakiegoś bloga medycznego i wiedział, że nowotwór układu chłonnego jest do wyleczenia, ale mama, jak to mama – krwawiło jej serce i bywało, że musiałam być silniejsza od niej. Czasami obie byłyśmy słabe.

Kiedy?

Bywało, że wchodziłyśmy do gabinetu lekarskiego i żadna z nas nie umiała słowa wydusić. Obie jesteśmy płaczkami, a ja do tego na początku bardzo się bałam. Ale skoro pytał pan o wpływ rodziców na mój charakter, to kiedy wcześniej – delikatnie mówiąc – przytrafiały mi się zachowania przez mamę nie do zaakceptowania, mówiłam jej, że od 17. roku życia wychowywała mnie plansza szermiercza i świat. Jako nastolatka trafiłam do kadry kadetów, później byli juniorzy, seniorzy, ciągle w rozjazdach.

Szybko wyfrunęła pani z domu.

Ale pępowina nie została przecięta na ostro, bo bardzo długo mieszkałam z rodzicami. Zawsze było miło i ciepło, gdy wracałam do gniazda, w którym czekała zupa pomidorowa. Przez częste wyjazdy musiałam jednak dość szybko odnaleźć się w nowych dla mnie sytuacjach. Pamiętam mistrzostwa świata w Korei przed 15 laty, jak bardzo bolała mnie rozłąka. Tylko Amerykanki miały wtedy telefon komórkowy, my dzwoniłyśmy, używając karty, nie było na niej zbyt wielu impulsów, szybko się kończyły. Pamiętam te rozmowy z mamą, bardzo tęskniłam. W rolę rodzica wszedł trochę trener – od samego początku ten sam, pan Mariusz Kosman. Był dla mnie trochę jak drugi ojciec. Spędzaliśmy razem bardzo dużo czasu, był świadkiem wielu moich sukcesów i porażek, był pierwszą osobą, która albo mnie wspierała, albo krzyczała – w zależności od sytuacji. Stał się testerem moich humorków. Nauczył mnie wielu rzeczy.

Te relacje bywały trudne?

Zawsze potrafiłam wypowiedzieć głośno moje zdanie, ale nie sprawiałam problemów ani rodzicom, ani trenerowi. Czasami tylko ciężko było wytrzymać z moim uporem, dochodziło między nami do sprzeczek. Mój tata zawsze mówi, że jeśli wszystkie dziewczyny w drużynie są takie jak ja, to on trenerowi bardzo współczuje. Z panem Kosmanem jesteśmy trochę jak stare małżeństwo i mamy za sobą różne etapy komunikacji. Od krzyku przez milczenie po obrażanie się – wydaje mi się, że w końcu się jednak dotarliśmy i od lat funkcjonujemy razem na zdrowych zasadach. Trener już wie, że to nie najlepszy pomysł, aby ze mną analizować przegraną walkę na gorąco, bo nie jestem wtedy otwarta na konstruktywną krytykę. Muszę najpierw ochłonąć. Cały czas uczę się cierpliwości i pokory, ale nigdy nie przekraczałam granic. Jestem przeciwieństwem mojej siostry. Ona była rozrabiaką chodzącą po drzewach, a ja bałam się zeskoczyć z piętrowego łóżka.

Bała się pani zeskoczyć z łóżka, a nowotworu się pani nie bała?

Też się bałam, ale ten strach wynikał z niewiedzy. Jakbym stanęła z boku i popatrzyła chłodno na całą sytuację, wiedziałabym przecież, że rak czy nowotwór nie oznacza wyroku śmierci, ale kiedy choroba dotknęła właśnie mnie, było inaczej. Bałam się, że umrę. Pierwsze myśli były abstrakcyjne, zaczęłam się zastanawiać, co będzie z kredytem na mieszkanie. A może to nie abstrakcyjne, lecz pragmatyczne, logiczne? Bałam się, bo nie wiedziałam, z kim walczę. Nauczyłam się jednak dość szybko pozyskiwać informacje o przeciwniku i strach przed śmiercią przestał mi towarzyszyć, ale pojawiły się lęki przed nieznanym. Przed chemioterapią. Nie wiedziałam, jak na nią zareaguję, a pani doktor ostrzegała mnie, że najgorszy moment dopiero przyjdzie. Czekałam, ale tak naprawdę się nie pojawił. Początki były najtrudniejsze, bo trzeba było się oswoić, przyzwyczaić do nowej sytuacji, ale z perspektywy czasu myślę, że wcale nie było tak źle. Musiałam więc zacząć martwić się czymś innym.

To znaczy?

Zastanawiałam się, czy wrócę do sportu. Pojawiały się jakieś hasła o tym, że trzeba będzie usunąć mi trochę płuca, nie wiedziałam, jak będzie z wydolnością. Ale to były tylko dywagacje, tezy lekarzy, którzy nie są onkologami, gorące myśli przed diagnozą.

Spisała pani testament?

Nie. Może dlatego, że nie mam dzieci. Teraz rodzina mi się powiększy, na razie na papierze, bo we wrześniu biorę ślub. Potem pomyślimy nad dalszym ciągiem.

No właśnie. Ślub to jeden z efektów tych wolnych dni na przemyślenia i porządkowanie życia?

Kiedy chorowałam i nie mogłam być aktywna, miałam mnóstwo teorii i planów, czego to ja nie zrobię i czego się nie nauczę. Może zapiszę się na kurs językowy, a może będę jeździć konno. Następnego dnia przypominałam sobie, że jednak konno nie pojeżdżę, bo jak spadnę, to połamię sobie kości. Odpada. Mama mnie ochrzaniła, że skoro przez 20 lat treningów miałam wszystko zaplanowane, to może teraz pozwoliłabym swojemu organizmowi w końcu odpocząć. „Leż, chodź na spotkania ze znajomymi, rób wszystko tylko dla przyjemności, a nie dlatego, że musisz coś zrobić ze swoim czasem" – powtarzała. Ślub zaczęliśmy planować już po chorobie, zostały mi jeszcze dwa miesiące.

Dwa miesiące wolności? Boi się pani?

Absolutnie nie. Jeśli chodzi o uczucie, to chyba trudno wyobrazić sobie trudniejszy test na jego scementowanie niż choroba jednego z partnerów. Chociaż mówi się, że kredyty łączą ludzi jeszcze bardziej, ale to chyba jednak tylko żart. Moja choroba była próbą dla tej relacji, nie był to łatwy czas, ale go przetrwaliśmy i ostatecznie zdecydowaliśmy, że chcemy być razem do końca. Jesteśmy ze sobą już siedem lat, po takim okresie związki idą w różną stronę, a my jesteśmy coraz mocniejsi. Paweł spisał się na medal, jestem pewna, że będzie mnie kochał, nawet jeśli będę łysa. To już przeszliśmy, w gorszej wersji chyba mnie nie zobaczy.

Utrata włosów to był dla pani jeden z trudniejszych momentów?

Wiedziałam od początku, że je stracę, i teoretycznie byłam na to przygotowana.

Teoretycznie?

Dzień, w którym zaczęły mi wypadać, był słaby. Wcześniej nie miałam jeszcze nawet pierścionka zaręczynowego, a mówiłam, że zapuszczam włosy do ślubu. Zresztą teraz zamierzam doczepić sztuczne, nie odpuszczając swojemu dziecięcemu marzeniu. Kiedy włosy zaczęły mi wypadać, niby zaczęłam się z tym oswajać, ale specjalnie ich nie czesałam, żeby jak najmniej ich wylatywało. Długo się z nimi żegnałam, aż nadszedł taki moment, że nie było wyjścia, bo to, co zostało, nie nadawało się do publicznego pokazywania. Maszynka poszła w ruch, przyjaciółka obcięła mnie na jeżyka. Byłam bardziej grunge'owa, kupiłam sobie wielkie koła do uszu, założyłam skórzaną kurtkę i stworzyłam nowy wizerunek.

Publikowanie zdjęć w mediach społecznościowych działało jak terapia?

Wrzuciłam zdjęcie, jak włosów było już trochę więcej. Tak naprawdę to ich brak wcale nie był największym problemem.

Nie rozumiem...

No, mam wielki kompleks uszu. Mam gigantyczne uszy. Bałam się, że to będzie fatalnie wyglądało. Wie pan, co mi pomogło? To, że wszyscy znajomi i bliscy mówili mi, że wyglądam super. Moja mama była zakochana w nowej fryzurze, to było mi bardzo potrzebne. Jakoś nikt na te uszy nie zwracał uwagi. Dobrze się czułam, nawet na Pucharze Świata w Estonii, gdzie pojechałam towarzysko, spotkałam się tylko z turbodobrymi opiniami.

Były chwile, kiedy bała się pani o swój związek?

Tak, ale nie wiem, czy to był strach naprawdę, czy tylko wołanie do Pawła, by cały czas mi potwierdzał, że będzie dobrze. Dużo rozmawialiśmy o tym od początku – jak będę wyglądać, co nas czeka. Ale czasami miałam wrażenie, że ja też muszę o niego zadbać. Na pewno pan wie, że mężczyźni zawsze mają gorzej niż kobiety. Jak boli paluszek, to trzeba z nimi do szpitala jechać. Paweł musiał zająć się domem, mną i psem, czyli spadła na niego lawina obowiązków. Ale bez żartów – przeszliśmy przez ten czas i mamy go za sobą. Nie zawsze było kolorowo, ale kolorowo to nie jest w żadnym związku, a poza tym świat byłby nudny, gdyby zawsze było pięknie. Nie jestem łatwym człowiekiem.

Fochy co chwila?

Co chwila to nie, ale zdarzają mi się. Zwłaszcza jak jest dużo wyjazdów i jestem zmęczona, pod presją, zestresowana. Wtedy najłatwiej wyładować się na najbliższej osobie, nawet jeśli nie jest niczemu winna. Drobiazgi potrafią wyprowadzić z równowagi. Mama powtarzała mi, że Paweł trafił mi się jak ślepej kurze ziarno i żebym się na niego tak nie denerwowała, bo jeszcze mnie zostawi. Oboje jesteśmy uparciuchami, więc czasami dochodzi do spięć, ale najważniejsze jest to, by tych dobrych chwil było więcej. Każdy ma wady – ja mam wybuchowy charakter, ale też potrafię przyznać się do błędu.

Jak się ma 192 centymetry wzrostu, to trudno znaleźć faceta?

Trudno. Mój jest niższy o 3 centymetry, ale to przecież żadna różnica. Nie wiem, skąd to się brało, ale do tej pory zawsze interesowali się mną panowie po półtora metra. A wysocy faceci woleli dużo niższe dziewczyny. Wysoki sportowiec ma małe szanse na poznanie kogoś równego sobie wzrostem, niższe kobiety nie mają takich problemów. Ja mojego Pawła znalazłam w internecie. Przy tylu wyjazdach, jeśli sportowiec nie pozna swojego partnera w szkole albo na zawodach, to ma małe szanse powodzenia. Zdecydowałam się na internet, a siedem lat temu nie było to jeszcze tak popularne jak teraz. Trochę się wstydziłam, krępowałam, nie wiedziałam, czy się do tego przyznawać. Teraz wiem, że nie ma to żadnego znaczenia, bo to moja wielka miłość. Był ze mną w najgorszych momentach mojego życia, będę mu zawsze wdzięczna, że został i nie przestraszył się tego łysolka.

Wzrost zawsze był pani kompleksem?

Wzrost i coś chyba jeszcze gorszego – stopa rozmiar 46. Dzieci są, jakie są, w szkole nie było dla mnie litości. Nazywali mnie dzieckiem po Czarnobylu, urodziłam się w 1986 roku, łatwo połączyć. Bardzo mocno to przeżywałam. Dopiero sport i dobre wyniki pozwoliły mi zaakceptować to, jaka jestem, i przestałam patrzeć na swoje warunki fizyczne jak na wadę, a zaczęłam je traktować jak zaletę. Najtrudniej było z ubraniami, nie było wielkich możliwości znalezienia długich spodni. Rybaczki mi wychodziły. Teraz to moda wszystko przełknie, ktoś pomyśli, że tak specjalnie, ale kiedyś nie było wyboru. Dzisiaj znajduję przyjemność w tym, że kiedy ktoś szepcze o mnie za moimi plecami, odwracam się, zagaduję i delektuję zmieszaniem tej osoby. O ciuchy też już łatwiej, chociaż z butami nadal mam problem. Sportowe unisexy znajduję oczywiście bez problemu, ale z obuwiem, że tak powiem, cywilnym jest już gorzej. Znalazłam sklep we Włoszech, ale to droga sprawa, głupie balerinki kosztują mnie 100 euro. Dla mnie to dużo, nie jestem milionerką. Czasami w nagrodę za dobry występ pozwalam sobie jednak na jakąś fajną parę.

Na coś trzeba pieniądze wydawać.

No właśnie. Tyle że do nas sponsorzy specjalnie się nie pchają. Niektórzy mają jakieś drobne kontrakty, ale to nie jest piłka nożna albo siatkówka.

Macie szansę przebić się do świadomości kibiców tylko raz na cztery lata podczas igrzysk olimpijskich?

Tylko wtedy. Teraz reprezentacja młodzieżowa w piłce nożnej przegrała 0:5, a i tak był to większy news niż nasze mistrzostwo Europy. Pamiętam, jak dziewięć lat temu po pierwszym mistrzostwie kontynentu wracałyśmy autokarem z Lipska i kupiłyśmy na stacji benzynowej „Przegląd Sportowy". Byłyśmy bardzo podekscytowane naszym sukcesem, a z pierwszej strony przywitał nas tytuł: „Porażka Lecha Poznań". Nie walczyłyśmy po to, by trafić na okładkę, ale znalazłyśmy się chyba na przedostatniej stronie. Po 20 latach trenowania to boli, jednak ileś tam medali już zdobyłam i powinnam być przyzwyczajona, że nie wzbudza to większego zainteresowania.

Powinna pani być, czyli wciąż nie jest?

Czasami sobie myślę, że jak zakwalifikowałam się na mistrzostwa Europy, to żadne szychy do mnie do szatni nie przychodziły przybijać piątkę. A kwalifikuję się od lat, poza chorobą niemal zawsze, a później przychodzą przecież dobre wyniki na samych zawodach. Ewa Trzebińska dwa lata temu była wicemistrzynią świata i nie znalazła się nawet w dwudziestce najlepszych sportowców w Polsce. Musimy odnosić sukcesy tylko w latach, kiedy nie ma piłkarskich Euro, mundiali i wielkich zawodów lekkoatletycznych. Mówię to wszystko trochę z przymrużeniem oka, bo wiem, na czym stoimy – może jest to trochę niesprawiedliwe, ale trudno, skupiamy się na pracy, bo splendor, sława i pieniądze widocznie nie są dla szermierzy. Szermierka nie jest medialna. Nawet znam powód.

Jaki?

Nie widać naszych twarzy. Nie żebym ja specjalnie piękna była, ale naprawdę są u nas dziewczyny, na które miło się patrzy. Tyle że jesteśmy całe zasłonięte. Telewizja się nami nie interesuje, a szkoda – bo ja bym się chętnie przedstawiła. Mówię całkiem nieźle, a co nie dopowiem, to dowyglądam, i odwrotnie. Może to zadanie dla jakiegoś marketingowca, nie znam się. Poza tym szermierka i jej zasady są trudne dla laika i żeby pokazać cały turniej, trzeba byłoby przynajmniej kilku godzin czasu antenowego, a na to nie ma pieniędzy.

A może wystarczy wywalczyć medal w Tokio?

Dążymy do tych igrzysk i wiemy, że mamy realne szanse na nie pojechać, ale skupiamy się zawsze na najbliższych celach. W lipcu są mistrzostwa świata. Renia Knapik-Miazga, koleżanka z drużyny, mówi, że wczoraj było wczoraj, dziś jest dziś, a jutro jest turniej drużynowy. Dzisiaj rozmawiam z panem o tym, co wydarzyło się kilka dni temu, ale już jadę na zgrupowanie do Zakopanego i będę się przygotowywała do kolejnej imprezy. A jeśli nie znajdę się w kadrze, to trudno, wszystkie myślimy o tym, żeby zakwalifikować naszą drużynę na igrzyska, więc nie ma miejsca na obrażanie się i płacz. Ma być jak najlepiej dla naszej broni, a jak będzie dla broni, to będzie i dla całej dyscypliny.

Czym są dla pani medale? Spogląda pani na nie czasem i myśli sobie, jak wiele udało się osiągnąć? Patrzy pani na wszystkich z góry?

Nie pamiętam, jak to było, kiedy odnosiłam więcej sukcesów indywidualnych, może byłam dziewuchą z zadartym nosem. Staram się żyć w zgodzie z własnym sumieniem i nie krzywdzić innych swoim zachowaniem. Do medali nie zaglądam. Kiedyś po powrocie z mistrzostw Polski to nawet zapomniałam jeden wyjąć z worka szermierczego i pojechał ze mną na kolejne zgrupowanie. Medale czasami zabieram na jakieś spotkania, gdzie opowiadamy o naszych sukcesach, ale to naprawdę rzadko. Nie jest tak, że przed snem otwieram szufladkę i mówię: „O, jesteście, moje wszystkie medaliki! To mogę już iść spać!". Wolę pisać nowe historie, jeszcze dużo jest do zdobycia. Wierzę, że to wszystko jeszcze przede mną, że Bóg po tych wszystkich przejściach pozwoli mi się cieszyć sukcesami.

Wiara pomogła pani w walce z chorobą?

Jestem wierząca, ale długo nie praktykowałam. Ale wiadomo – jak trwoga, to do Boga. Zbliżyłam się do Kościoła, to działa. Teraz często rozmawiamy z księdzem, bo przygotowujemy się do ślubu kościelnego.

Pytała pani Boga: „Dlaczego ja?"?

Nie, powiedziałam mu tylko, że będę go częściej odwiedzać, żebyśmy przeszli przez to razem. Nie pytałam „Dlaczego ja?", bo to nie ma sensu. I tak nie dostałabym odpowiedzi. Wolałam po prostu uznać, że padło na mnie i że trzeba coś z tym zrobić. Traktowałam nowotwór jak kontuzję, pytałam, kiedy się skończy i będę mogła wrócić do treningów. Te nasze pytania to zmora lekarzy, bo jak się przytrafiał jakiś uraz i słyszałam, że leczenie potrwa sześć tygodni, to zwyczajnie mówiłam, że nie mam tyle czasu, bo za dwa tygodnie jadę na Puchar Świata. Tym razem nie dało się przyspieszyć. Ale i tak chciałam wiedzieć, ile to potrwa i kiedy mogę zacząć coś robić. Nogami przebierałam cały czas. Dwa tygodnie po ostatniej chemioterapii już wyruszyłam na pierwszy marszobieg. No dobra, bardziej marsz, ale zawsze coś. W trakcie chemioterapii tez próbowałam delikatnego stretchingu i zabawy z bronią w ręku. Z czystym sumieniem wróciłam do ćwiczeń już po oficjalnej zgodzie, po ostatnich wynikach.

Zdaje sobie pani sprawę, że pani przypadek może dać siłę innym chorym?

Taki jest mój cel. Miałam dużo czasu, żeby to sobie spokojnie przemyśleć i zdecydować, czy o chorobie mówić, czy zostawić to dla siebie. Postanowiłam mówić, właśnie żeby komuś pomóc. Dostawałam wiadomości nie tylko od ludzi chorych, nie tylko od sportowców, ale takie zwyczajne: „zainspirowałaś mnie", „będę robił tamto czy owamto, bo pokazałaś mi, że można". Bo nie ma takiej góry, której nie można przenieść. Wyszłam z chorobą do ludzi nie dla źle pojętej sławy, choć przecież wiedziałam, że będzie się wam „klikało". Czasami mnie to denerwuje, bo potem przychodzą sukcesy, a telefon milczy. Tak było w tym roku, wygrałyśmy Puchar Świata w Barcelonie, Dubaju i nikt nie dzwonił, ale miałam świadomość, że złoty medal na mistrzostwach Europy sprawi, że dziennikarze znowu sobie o mnie przypomną, bo fajnie jest połączyć temat mojej choroby z sukcesem.

Ma pani żal?

Nie mam pretensji, to inspirująca historia, dlatego godzę się na to wszystko. To czas, którego nie da się zapomnieć, ale Renia Knapik-Miazga mówi: „Wyparłam ten okres, kiedy ciebie nie było". I ja chyba też ten czas wypieram, ale z szermierki, bo z życia się nie da. Dzielę się siłą. To bardzo miłe, kiedy ludzie piszą, że dzięki mnie wierzą, że podjęli walkę, że wyzdrowieli. Chciałabym też pokazać, jak ważna jest profilaktyka – kiedy tylko mogę, to krzyczę, żeby się badać. Przecież mnie tylko drapało w gardle, myślałam, że to po popcornie. Miałam szybką diagnozę, dobrych lekarzy, a gdybym cały proces zaczęła kilka miesięcy później, leczenie mogłoby być dużo trudniejsze. Nie ma co czekać. A ja się po szpitalach nachodziłam i nasłuchałam historii. Jeden guza ukrywał przed rodziną, drugi postanowił się nie leczyć, bo się bał, a jeszcze inny – bo przecież i tak nie ma nadziei.

Czuje pani, że dostała nowe życie? Dostała pani skrzydeł, żeby robić jakieś szalone rzeczy?

Mówiłam panu, że skok z piętrowego łóżka był dla mnie do tego stopnia wyzwaniem, że nigdy tego nie zrobiłam, ale zapomniałam dodać, że pomogła mi siostra i mnie zepchnęła. Skończyło się krwią, uderzyłam nosem w krzesło. Są rzeczy, których nie zrobię mimo nowego życia, na bungee nie skoczę, bo nie mam duszy ryzykanta. Zapiszę się za to na kurs języka rosyjskiego, bo Paweł zapisał się na kolejne studia i mnie zmotywował. Ale nie jest tak, że nagle zrobię 48 tysięcy rzeczy, których nie zrobiłam wcześniej, bo przecież wróciłam do sportu, a to jednak czasochłonne zajęcie. Po chorobie na pewno jestem spokojniejsza. Nie denerwuję się, stojąc w korku. Nie ma sensu wszystkiego przyspieszać, jeśli i tak nie ma się na to wpływu. Potrafię się też zatrzymać i cieszyć różowym niebem. Ktoś nie zwróci na to uwagi, a ja staję i patrzę.

Czy ten spokój pomógł pani także w finale mistrzostw Europy z Rosją, kiedy nie wszystko układało się po waszej myśli? Miała pani większy dystans do tego, co się dzieje?

Kiedy wracałam do sportu, to chciałam więcej i szybciej. Tak krzyczało serce, a rozum uspokajał, przypominając, że mam jeszcze braki. Myślałam, że powrót będzie trochę łatwiejszy, że jeśli już pokonałam chorobę, to będę teraz wygrywała ze wszystkimi przeciwniczkami. A tak nie było. W kraju szło mi całkiem nieźle, ale starty zagraniczne nie były wybitne. Dostałam po łapkach, bo ciągle chciałam więcej. Po mistrzostwach Europy też martwiłam się tym, że mogłam więcej dać drużynie, a przecież przegrałam dwie walki. Trener na mnie nakrzyczał, zabronił mi tak myśleć. Widzi pan – mnie nawet po chorobie nie zawsze wychodzi cieszenie się teraźniejszością, nie zawsze udaje mi się zwolnić. Czy ja zawsze muszę? Może tyle, ile zrobiłam, to jest właśnie wystarczająco? Zdobyłyśmy przecież złoty medal, nie da się więcej, nie ma medali platynowych.

—rozmawiał Michał Kołodziejczyk

redaktor naczelny WP SportoweFakty

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA