fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Analizy

Dąbrowska: Opozycja musi poszukać artystów

Fotorzepa, Jerzy Dudek
Platformie opłaca się postawić na takich kandydatów do Senatu, którzy ugrają jakieś „nadróbki" w stosunku do obecnego stanu posiadania PO.

Na oko, przy większościowej ordynacji do „izby refleksji", Platformie, drugiemu co do wielkości ugrupowaniu politycznemu, wcale nie opłaca się oddawać mandatów przedstawicielom innych partii opozycyjnych. Wiadomo przecież, że najlepsze wyniki będą mieć dwaj najwięksi gracze. Tyle że w przypadku wyborów większościowych, drugie miejsce to porażka, a nie stanowisko wicekróla. Brak mandatu to klęska i skazanie tych kolegów i koleżanek, którym udało się dostać do Senatu i stworzyć mniejszościowy klub, na wyłącznie bierny sprzeciw i polityczne „wołanie na puszczy".

Już w Sejmie przy stabilnej większości rządzącej jest ciężko czegoś dokonać, a przy niegdysiejszym marszałku Kuchcińskim graniczyło to (dla opozycji) z cudem. Jednak przy kilku partiach jakieś polityczne gry były jednak możliwe, choćby przy konkretnych projektach w komisjach. W Senacie, przy dwóch głównych partiach, z których jedna ma 27 mandatów, pole manewru jest bardzo ograniczone.

Gdyby opozycji udało się jednak zebrać większość mandatów, sytuacja zmieniłaby się diametralnie.

Senat mógłby tak uprzykrzyć życie większości sejmowo-rządowej, gdyby zbudował ją PiS, że rządzenie za pomocą ustaw mogłoby się stać bardzo utrudnione i być obiektem parlamentarnej obstrukcji.

Zgodnie z opisem procedury zamieszczonym na stronie Senatu „ostateczna decyzja co do kształtu ustawy należy do Sejmu, który może bezwzględną większością głosów (liczba głosów za jest większa niż suma głosów przeciw i wstrzymujących się) odrzucić proponowane poprawki lub uchwałę Senatu odrzucającą ustawę w całości. (...) Również sprzeciw Senatu co do całości ustawy staje się skuteczny, jeżeli Sejm nie odrzuci go bezwzględną większością głosów. W takim wypadku postępowanie nad ustawą zostaje zamknięte".

Senat ma także prawo wyboru członków wielu państwowych instytucji, takich jak KRS, kolegium IPN, KRRiT oraz Rady Polityki Pieniężnej. Łatwo można stwierdzić, jak znaczny uszczerbek taki niepoprawny politycznie Senat uczyniłby w sprawowaniu władzy.

Ale żeby tak się stało, senackie propozycje trzeba zbudować i pokazać takich kandydatów i kandydatki, którzy są znani, pełni energii i chcą się bić z konkurencją z PiS. W dodatku, o ile w wyborach parlamentarnych wyborca lewicowy może sobie wybrać nie tylko listę, ale także w jej ramach konkretną partię lewicową czy kandydata, o tle głosowanie na prawicowego kandydata o znanym nazwisku, takiego jak np. Roman Giertych, może być barierą nie do przebicia. Odwrotnie zresztą też. Oczywiście, można się także postarać o kandydatów kompromisu, możliwych do zaakceptowania przez różne siły polityczne. Ale skąd ich wziąć? Każde wielkie nazwisko w polityce jest przecież kontrowersyjne. Zostają artyści i sportowcy...

Oto więc paradoks i przyczyna opóźnień w prezentacji kandydatów do Senatu: chęć wstawienia własnych ludzi, którzy są co prawda słuszni, ale nie mają nazwisk, kłóci się z ideą wstawiania osób znanych, ale kontestowanych przez część opozycji. Wyjdzie więc pewnie „coś pomiędzy". Nie taka była istota pomysłu wspólnych opozycyjnych kandydatów.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA