Kobieta, której historię opisał Onet, trafiła do Szpitala Południowego 21 czerwca. Była w 22. tygodniu ciąży. Wcześniej, w domu rodziców, straciła przytomność. Jak relacjonuje, była bardzo blada, miała siniejące usta, a przy próbie wstania pojawiały się zawroty głowy.
Wcześniej skarżyła się na narastający ból brzucha. W karetce mówiła również ratownikom, że trudno jej oddychać. Według jej relacji miała usłyszeć, że może hiperwentylować z powodu emocji.
Po przyjeździe do szpitala pobrano jej krew, podłączono kroplówkę i wykonano EKG. Kobieta twierdzi jednak, że przez kolejne godziny nie została zbadana przez ginekologa. Nie wykonano jej również KTG, czyli badania monitorującego czynność serca płodu i skurcze macicy.
Szpital Południowy. Ponad trzy godziny oczekiwania na ginekologa
Z dokumentacji, na którą powołuje się rozmówczyni Onetu, wynika, że karetka przywiozła ją do szpitala o godz. 14.23. Ginekolog miała pojawić się dopiero o 17.45.
W tym czasie kobieta miała kilkakrotnie pytać personel, kiedy zostanie zbadana. Jak twierdzi, za każdym razem słyszała, że personel czeka na wyniki badań krwi. Jej brzuch miał stawać się coraz bardziej twardy i wzdęty, a ból narastał.
Szczególnie mocno zapamiętała jednak wpis w dokumentacji medycznej. Jak mówi, w dokumentach z SOR-u znalazło się stwierdzenie, że jej „stan jest dobry, ciśnienie prawidłowe, jestem w kontakcie”. – Mój stan zagrażał życiu, a oni napisali, że był „dobry” – relacjonuje.
Po ponad trzech godzinach oczekiwania pojawiła się ginekolog z przenośnym aparatem USG.
Czytaj więcej
Dawid Kacprzyk, lekarz związany wcześniej ze Szpitalem Południowym w Warszawie i bohater głośnej sprawy dotyczącej m.in. funkcjonowania SOR, pracuj...
„Pewnie pękła pani macica”
Badanie wykazało nieprawidłowo niskie tętno płodu – około 90 uderzeń na minutę, podczas gdy według rozmówczyni powinno wynosić około 140–150. Lekarka miała również stwierdzić obecność dużej ilości płynu w jamie brzusznej.
Na pytanie pacjentki, jaki to płyn, odpowiedziała, że krew. Kobieta poinformowała lekarkę, że półtora roku wcześniej przeszła operację usunięcia mięśniaków macicy. Wówczas – jak relacjonuje – ginekolog powiedziała, że prawdopodobnie doszło do pęknięcia macicy, choć samo pęknięcie nie było widoczne w badaniu USG.
Wtedy, według jej relacji, sytuacja gwałtownie przyspieszyła. Wezwano chirurga i zdecydowano o natychmiastowej operacji.
Kobieta twierdzi, że dopiero wtedy personel zaczął działać w pośpiechu. Przed operacją przedstawiono jej zgodę na ewentualne usunięcie macicy. Podpisała dokument, ponieważ – jak mówi – lekarze wyjaśnili jej, że operacja ma ratować życie.
Czytaj więcej
Połowa ankietowanych Polaków uważa, że po ujawnieniu nieprawidłowości w Szpitalu Południowym rząd nie podjął wystarczających działań, aby zapobiec...
W jamie brzusznej było ponad dwa litry krwi
Podczas operacji lekarze mieli stwierdzić rozległy krwotok. Według relacji pacjentki z jamy otrzewnej usunięto ponad dwa litry krwi. Łącznie miała stracić około trzech litrów.
Pozostała po operacji 17-centymetrowa blizna. Kobieta mówi również o ponad 40 szwach.
Najważniejszej dla niej walki nie udało się jednak wygrać.
Jak dowiedziała się później od neonatologa, worek owodniowy z dzieckiem przemieścił się przez otwór w macicy do jamy otrzewnej, a odklejające się łożysko doprowadziło do spadku tętna płodu.
Dziecko urodziło się w 22. tygodniu ciąży. Według dokumentacji, na którą powołuje się matka, było sine, niedotlenione i wiotkie. Otrzymało 0 punktów w skali Apgar.
Z relacji kobiety wynika, że zespół reanimacyjny przez około dwie godziny próbował uratować dziewczynkę. Raz miała samodzielnie podjąć próbę oddychania. Ostatecznie zmarła.
Czytaj więcej
Niemal 16 mln zł zamierza przeznaczyć na dostawę wyposażenia meblowego Warszawski Szpital Południowy. Zwycięzca przetargu będzie musiał uzgodnić z...
„Mój stan zagrażał życiu”
Kobieta mogła pożegnać się z córką. Jak mówi, zobaczyła ją umytą, ubraną w czapeczkę i zawiniętą w becik. Nie wzięła jej jednak na ręce. – Cały czas mam przed oczami obraz ślicznej twarzy Misi. Była idealna – mówi.
Jej rodzina w czasie operacji czekała przed salą. Bliscy, jak relacjonuje, nie wiedzieli, w jakim jest stanie i obawiali się o jej życie.
Po operacji kobieta spędziła jeszcze kilka dni na oddziale ginekologicznym. Ten etap pobytu ocenia zupełnie inaczej niż pobyt na SOR-ze. Podkreśla, że pielęgniarki wiedziały, co ją spotkało, i zapewniały jej dobrą opiekę.
Pacjentka rozważa zawiadomienie prokuratury
Kobieta zapowiada, że chce zgłosić sprawę Rzecznikowi Praw Pacjenta. Konsultowała się również z prawnikami, którzy poinformowali ją, że może zawiadomić prokuraturę.
Nie zdecydowała jeszcze, czy to zrobi. Jak przyznaje, po śmierci córki może nie mieć na to siły.