Sekretarz miała wskazać, że działania londyńskich prawników opóźniają wysiłki rządu w celu wprowadzenia sankcji przede wszystkim na rosyjskich oligarchów, którzy posiadają szereg nieruchomości oraz interesów w stolicy Królestwa. Jak mówiła pozostałym posłom, prawnicy kwestionują wprowadzanie sankcji. 

Według Truss, ale także Bena Bradshawa członka parlamentu rząd powinien ujawnić firmy, które są za to odpowiedzialne - Brytyjczycy mają prawo wiedzieć, które firmy z siedzibą w Londynie próbują zapobiec nałożeniu sankcji na "przychylnych Putinowi". 

Czytaj więcej

Putin odpowie za zbrodnię agresji przed MTK? Ekspert: To całkowicie niemożliwe

Truss poinformowała również podczas briefingu z mediami, że Wielka Brytania nie może podejmować decyzji tak szybko jak chcieliby tego rządzący, ponieważ działania muszą być "szczelne" z prawnego punktu widzenia, bo kancelarie reprezentujące m.in. rosyjskich oligarchów nie godzą się na ich wprowadzanie i mogą je podważać.

Minister zapowiada jednak, że Wielka Brytania "nie przestanie zadawać ekonomicznego bólu Kremlowi, dopóki nie zostanie przywrócona suwerenność Ukrainy". 

Do zarzutów polityk odniosło się środowisko prawnicze, które odpowiada, że nie są w stanie nic zrobić dla swoich klientów-oligarchów jeśli rząd wprowadzi kolejne sankcje. W niedzielę jednak Liza Truss w wywiadzie dla "Sunday Times" miała potwierdzić, że Ministerstwo otrzymuje listy od prawników z groźbami. 

Do sytuacji odniósł się również oficjalny rzecznik Borisa Johnsona, James Slack, który potwierdził, że Wieka Brytania chce podjąć wszelkie możliwe działania w celu zwiększenia presji na Putina i jego reżim, a firmy, kóre chcą im ułatwić działanie, a tym samym kontynuowanie przemocy powinny się z tego wycofać. 

Wskazał jednak, że wymienianie kancelarii z nazwy nie jest pomocne, ale jednocześnie poprosił by każdy zastanowił się nad tym jak nawet nieumyślnie może wspierać reżim.