Najpóźniej w przyszły poniedziałek prezydent podpisze rozporządzenie o wyborach do Parlamentu Europejskiego. Prawdopodobnie odbędą się one 7 czerwca.
Partie wystawiają do boju znane postacie: o mandat europosła w stolicy walczyć będzie dzisiejsza komisarz europejska Danuta Hübner (PO), prezydencki minister Michał Kamiński (PiS) i ludowiec Janusz Piechociński. O głosy lewicy powalczą Wojciech Olejniczak (SLD) i Dariusz Rosati (PdP).
Partie będą walczyć o jak najwyższe słupki poparcia, a poszczególni kandydaci o prestiż. Ale nie tylko. Mandat eurodeputowanego to także świetne zarobki. Od nowej kadencji każdy poseł będzie otrzymywał miesięcznie z unijnej kasy 7665 euro uposażenia brutto (około 35 tys. zł). Dla wielu z nich oznacza to prawdziwą rewolucję. Teraz eurodeputowani dostają tyle, ile wynosi podstawowe wynagrodzenie posła w kraju, z którego ich wybrano. Polacy dostawali zatem dotąd 10 tys. 300 zł (ok. 2200 euro). Od czerwca nowy polski europarlamentarzysta zarobi więc ponad trzy razy tyle co jego poprzednik.
Inni stracą. Najwięcej deputowani z Włoch, którzy otrzymywali dotąd 13 tys. euro miesięcznie (ponad 60 tys. zł). Między innymi z myślą o nich, przygotowano rozwiązanie przejściowe. Posłowie obecnej kadencji, którzy zostaną wybrani na nową, będą mogli zachować przez kolejne pięć lat stare zasady wynagradzania. Z kolei Niemcy, zarabiający dziś ponad 7 tys. euro, zmiany nie odczują.
Do pensji podstawowej dochodzą diety, zwroty kosztów podróży oraz 4 tys. euro na prowadzenie biur. I właśnie te dodatki stały się dla wielu europarlamentarzystów dodatkowym źródłem, nie zawsze legalnego, zarobku.