Od wczesnego ranka większymi i mniejszymi grupami Ukraińcy cofali się na północ z terenu otoczonego przez separatystów w ciągu poprzednich czterech dni. Mimo zaciekłych ataków Rosjan w północno-zachodniej części miasta pozostał rejon kontrolowany przez ukraińską armię.
Dalej droga odwrotu prowadziła długim „korytarzem" między rosyjskimi pozycjami znajdującymi się na wschód i zachód od niego. Tam też ukraińskie oddziały, ostrzeliwane z obu stron, ponosiły największe straty. Według prezydenta Poroszenki jednak „oddziały wyszły z miasta w sposób zaplanowany i zorganizowany. Wyszły wraz ze sprzętem, czołgami, wozami bojowymi, ciągnikami i innymi pojazdami".
„Rosja została publicznie upokorzona – jeszcze wczoraj domagała się od naszych żołnierzy złożenia broni, wywieszenia białej flagi i pójścia do niewoli" – powiedział prezydent o żądaniach wysuwanych w ciągu dwóch dni przez Władimira Putina.
Znajdujący się na miejscu dziennikarze informowali o „długich kolumnach wielkiej ilości sprzętu": ukraińskich czołgów i ciężarówek zmierzających na północ. „Odeszliśmy dopiero po otrzymaniu rozkazu, ale nie jedliśmy od pięciu dni" – mówił jeden z brudnych i nieogolonych żołnierzy z ochotniczego batalionu „Kriwbas".
Nie wiadomo, ilu żołnierzy broniło debalcewskiego przyczółka i ilu udało się wycofać. Poroszenko mówił o 80 proc. ze zgrupowania liczącego 2 tysiące ludzi. Ale prezydent powiedział też, że było jedynie 30 rannych, gdy tymczasem tylko do szpitala w Artiomowsku przywieziono ich 167, a do sąsiedniej kostnicy – kilkadziesiąt ciał.
Poroszenko przyznał, że decyzję o opuszczeniu bronionych pozycji podjął we wtorek późnym popołudniem, gdy otrzymał wiadomość, że separatyści nie wpuszczają w rejon walk misji obserwacyjnej OBWE. Utknęła ona po ukraińskiej stronie linii frontu. Rosyjska odmowa oznaczała, że Debalcewo będzie nadal atakowane.
Miasto zajęte w końcu przez separatystów całkowicie utraciło jednak znaczenie jako węzeł komunikacyjny, gdyż infrastruktura została zniszczona w czasie walk.