Spór o to, czy wyjść z Unii czy w niej pozostać, rozgrywa się w poprzek partii politycznych, doprowadził do głębokich podziałów w Partii Konserwatywnej. Cameron uznał, że rozstrzygnięcie w referendum raz na zawsze naszej przynależności do zjednoczonej Europy to jedyny sposób, aby przełamać paraliż wśród torysów. W pewnym momencie był też pod presją populistów z UKIP (Partii Niepodległościowej Zjednoczonego Królestwa Nigela Farage'a – red.).
Sześciu członków rządu Camerona, a także burmistrz Londynu Boris Johnson, przyłączyło się do kampanii na rzecz Brexitu. Jest pan tym zaskoczony?
Znam to środowisko od bardzo dawna, przynajmniej od pół roku wiedziałem, że tak zrobią. Zaskoczył mnie tylko Johnson. Ale sposób, w jaki podjął decyzję, nie dodaje mu chwały. Dlatego wątpię, aby miał aż tak duży wpływ na opinię publiczną. Niedawno z nim o tym rozmawiałem, sprawiał wrażenie człowieka, który chce się usprawiedliwić, który nie czuje się dobrze z tym, co zrobił. Ale najwyraźniej doszedł do wniosku, że większość działaczy Partii Konserwatywnej będzie głosowała za Brexitem, a on musi mieć ich poparcie, jeśli chce wygrać kampanię o przywództwo torysów i przejąć schedę po Cameronie. Jeszcze niedawno Johnson starał się zresztą apelować do obu stron debaty. Twierdził, że najpierw będzie głosował za wyjściem kraju z Unii, aby uzyskać większe przełożenie na Brukselę, a potem wynegocjuje lepsze warunki członkostwa i w drugim referendum będzie już głosować za członkostwem. Wahał się więc, która strona pozwoli mu zapokoić polityczne ambicje.
Był pan przez lata jednym z najbliższych współpracowników Margaret Thatcher. Dziś byłaby za Brexitem czy przeciw?
To ryzykowne rozważania: minęło ćwierć wieku, od kiedy przestała być premierem, i kilka lat od jej śmierci. Ludzie się zmienili, zmieniły się okoliczności. Ale doskonale pamiętam, jak w poprzednim referendum o naszym członkostwie w Unii w 1975 roku była jednym z najbardziej zaangażowanych polityków na rzecz pozostania Wielkiej Brytanii w Unii. Mam ją przed oczami, jak rozmawia z ludźmi ubrana w kurtkę z flagami wszystkich krajów członkowskich Wspólnoty. Byłem wtedy członkiem opozycyjnego gabinetu cieni, którym kierowała. Wówczas, a także później, gdy została premierem, Margaret Thatcher nigdy nie sugerowała, że powinniśmy wyjść z Unii. Owszem, nie była tak proeuropejska jak ja, widziała integrację o wiele bardziej pragmatycznie. Ale zawsze mianowała proeuropejskich ministrów i przejęła wiodącą rolę w przejściu z unii celnej do jednolitego rynku, jaki dziś znamy. Dlatego podejrzewam, że teraz byłaby zwolenniczką pozostania w Unii. I uważam, że za tym samym głosowałby dziś Winston Churchill.
Cameron uczynił ze strachu przed imigracją sedno kampanii przed referendum. Czy to nie był błąd? W ramach jednolitego rynku po prostu nie da się zabronić obywatelom pozostałych krajów Unii pracy na Wyspach.