Powszechnie się mniema, że zawody sportowe rozładowują nastroje nacjonalistyczne i przyczyniają się do pokoju między państwami. Prawda jest dokładnie odwrotna.

Członkami narodu nie stajemy się z chwilą urodzenia – by być Polakiem, Belgiem czy Południowoafrykańczykiem musimy przejść długotrwały, choć niezauważalny, trening. Zaczyna się on nauką wierszyków o treści: „Kto ty jesteś? Polak mały"; kontynuowany jest w szkole, gdzie kwestie narodowe są centralnym tematem zajęć z literatury (dlatego błędnie uważamy, że Mickiewicz był znanym i cenionym na świecie poetą), historii (stąd nasze niezrozumiałe przekonanie o ważności Powstania Warszawskiego) czy geografii (mapa zawsze umieszcza nasz kraj w centrum świata).

Od najmłodszych lat jesteśmy socjalizowani w ten sposób, by przynależność do narodu była dla nas oczywista. Państwo nie szczędzi wysiłków i środków, byśmy czuli się częścią większej wspólnoty, a także byśmy byli wobec niej lojalni.

Służy temu także sport zawodowy. To dlatego w budżecie są co rok na niego niemałe środki.

Podczas igrzysk w Rio ściskaliśmy kciuki za „naszych", cieszyliśmy się, gdy wygrywali z „Rosjanami", wzruszaliśmy się, gdy grano nasz hymn i wciągano na maszt naszą flagę. Kibice byli dumni, widząc na koszulkach sportowców orzełka, a gdy Maja Włoszczowska jechała z biało-czerwoną flagą w ręku (w biało-czerwonym stroju), wielu miało łzy w oczach.

Wszystko to Michael Billig nazywa banalnym nacjonalizmem. W swej książce pod tym właśnie tytułem śledzi uważnie proces „flagowania" czy też codziennego prezentowania barw i symboli narodowych. Dochodzi do wniosku, że tego typu działania są świadomą polityką władz każdego państwa, by wkładać do głów obywateli poczucie lojalności wobec wspólnoty i by budować solidarność wobec siebie.

Sport nadaje się do tego idealnie – jest atrakcyjny i odwołuje się do atawistycznych potrzeb bycia w grupie, walki z obcymi, rywalizacji o przywództwo. Zwłaszcza atrakcyjny jest dla mężczyzn, którzy podczas oglądania go przyswajają patriotyczne wartości i identyfikują się z narodem.

Dlaczego jest to w interesie państwa? Billig pisze: „Dzień po dniu miliony mężczyzn poszukują tam (w sporcie – M.M.) przyjemności, podziwiając heroizm w imię spraw wagi państwowej oraz dobrze się bawiąc przy czytaniu treści, które, jeśli spojrzeć na nie intertekstualnie, przypominają opisy działań wojennych. Tego typu przyjemności nie mogą być niewinne. Jeśli flaguje się narodowość, to takie rutynowe przypominacze mogą także spełniać funkcję treningów; echa przeszłości nierzadko stanowią przygotowania do przyszłych czasów. Być może to my – albo nasi synowie, bratankowie czy wnuki – któregoś dnia zareagujemy należytym entuzjazmem, lub z mniej radosnym poczuciem obowiązku, na wezwanie, że nasz kraj potrzebuje nas w sytuacji swojego być albo nie być. a wezwanie to wówczas zabrzmi znajomo: zobowiązania wszak już zagruntowano; ich słowa dawno już zadomowiły się w polu naszej przyjemności".

Billig stawia kropkę nad i: „Kryzys polityczny prowadzący do wojny da się stworzyć błyskawicznie, ale chęci poświęcenia się już nie. Konieczne są wcześniejsze próby, treningi i przypomnienia (...). Zatem codziennie mamy banalne przygotowania. Kiedy mężczyźni przebiegają wzrokiem strony sportowe w poszukiwaniu wyników ulubionej drużyny, czytają o czynach innych mężczyzn staczających bitwy w imię większego ciała, jakim jest drużyna. A często drużynę taką stanowi naród walczący z obcymi o swój honor".

Autopromocja
Od 29.10 w "Rzeczpospolitej" i "Parkiecie"

Wszystko o zrównoważonym rozwoju i pozafinansowym raportowaniu spółek

Sprawdź szczegóły

Sport ma zatem służyć państwu w dziele wbijania do głów obywatelom, że są członkami jednego narodu i że z tego tytułu spoczywają na nich obowiązki – np. ochoczy udział w wojnie. Ma być narzędziem do spajania wspólnoty, utrwalać w nas przekonanie, że łączy nas coś więcej, niż zamieszkiwanie jednego terytorium.

Nie wspominam już o oczywistych zyskach rządzących akurat polityków, którzy zawsze chętnie ogrzeją się w blasku zwycięstw „naszych chłopców" i „naszych dziewczyn". O wiele mniej oczywisty jest zysk państwa jako takiego – dzięki sportowi utwierdza ono swoich obywateli w przekonaniu, że są jednością (w dodatku prastarą i uświęconą). To zaś oznacza, że w przypadku próby ostatecznej (ale także na co dzień) winni są owej wspólnocie lojalność. A nawet życie.

Bo gra toczy się o najwyższą stawkę – sport ma petryfikować w nas poczucie wspólnoty najważniejszej. Mamy być przede wszystkim członkami narodu, a dopiero w drugiej kolejności rodzin, religii czy opcji ideologicznych. Nacjonalizm nie znosi konkurencji – już wiadomo, że wygrał z innymi konkurencyjnymi wobec niego w XIX wieku ideami, czyli marksizmem i liberalizmem. Okazał się od nich bardziej atrakcyjny. Dziś, gdy zawładnął świadomością miliardów ludzi na świecie, wykorzystuje każdą sposobność, by swoje władztwo utrwalić.

Sport służy mu do tego idealnie. Wbrew pozorom nie chroni nas on przed konfliktami zbrojnymi. Raczej nas do nich przygotowuje. To nie tak, że wojen nie ma, bo mamy międzynarodowe rozgrywki sportowe. Jest odwrotnie – mamy owe rozgrywki, bo akurat ze sobą nie wojujemy. Ale tylko do czasu – gdy znów wrócimy do zabijania się wzajemnie, dotychczasowe zawody sportowe pozwolą szybko zmobilizować armie rozentuzjazmowanych żołnierzy, którzy jeszcze wczoraj byli równie rozemocjonowanymi kibicami.