Rozdział 4. Po stronie Europy
Zdumiewająco przeciwstawne przesłania – zauważa Andrzej Mencwel – niosą czytelnikowi przedmowy do dwóch książek, które latem 1946 roku zainaugurowały działalność wydawniczą Instytutu Literackiego. Jan Bielatowicz swój wstęp do Legionów Henryka Sienkiewicza kończy podniosłym cytatem z książki: „...gdy zginą nas setki i tysiące, przyjdą po nas inni i polska siła się ostoi, i legia nas przeżyje. Po świecie mówią: nie masz już Polski! a Polska tu jest! I może Bóg da, że nie dziś, to jutro, bagnet nasz przewierci przez Austrię drogę do ojczyzny... To jest idea Legionów. I to także dziś jest nasz pacierz narodowy”. Herling-Grudziński we wstępie do Ksiąg narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego ów romantyczny pacierz narodowy przewartościowuje i właśnie jego tekst Giedroyc uznaje za manifest i program Instytutu. Żadne doraźne rozporządzenia i ustawy nie zatrą kolein, jakie wyżłobiło sobie w umysłowości polskiej przeszło stuletnie wychowanie romantyczne – pisał Herling-Grudziński. – Natomiast można ten wyczerpujący się w jałowych problemach moralno-religijnych i psychiczno-narodowych dynamizm skierować na inne łożysko. Można i trzeba marzyć, za Brzozowskim, o zasadniczych zmianach w „strukturze polskiej duszy kulturalnej”.
Komuniści włoscy traktowali ich jak trędowatych. Giedroyc powiedział, że za dwa, trzy lata zniszczą Instytut. Finansowo oficyna „wisiała w powietrzu”, jak redaktor skarżył się w listach. Zaczynała się dekoniunktura. Żołnierze rozjeżdżali się po świecie i nie w głowie im był zakup książek. Opustoszały z Polaków Rzym leżał na uboczu, daleko od kraju. A wszystko, co dotyczyło Polski, rozgrywało się w Londynie i Paryżu. W stolicy Francji placówkę II Korpusu, odpowiedzialną za propagandę, prowadził Józef Czapski. Giedroyc postanowił przenieść Instytut do Paryża. W maju 1947 roku zgodę na przeprowadzkę dał generał Anders. Zofia pisała do Giedroycia: „Na przyjazd do Francji obydwoje naturalnie się zgadzamy, dobrze rozumiejąc, że właściwie nic nie możesz gwarantować, ale Allach jest wielki, może jakoś będziemy kręcić”. Z zyskiem sprzedali drukarnię. Spakowali książki, sprzęt biurowy, garnki, pościel, fotel klubowy Zygmunta oraz kilka garniturów kupionych za pieniądze z odprawy wojskowej. I wtedy Herling-Grudziński zatwierdzony już rozkazem Andersa jako doradca literacki Instytutu w Paryżu i współredaktor „Kultury” oświadczył, że do Paryża nie pojedzie. W połowie sierpnia 1947 roku zamieszkał na parę dni u Hertzów, bo gospodyni wymówiła mu pokój. (Zofia: „Naturalnie nie mogłam mu odmówić, ale bardzo nie jestem tym zachwycona”). O świcie 19 sierpnia wyjechał z Krystyną transportem wojskowym do Holandii. Pięć dni później Grudzińscy znaleźli się w Londynie. Darzył Giedroycia w tamtym czasie wielką admiracją, jak opowiadał po latach. Łączyła ich wspólnota poglądów na temat zadań emi- gracji. Wyczucie Rosji. Obaj uważali, że człowiek spełnia się w drodze, w dążeniu do celu. Mieli podobny stosunek do historii. „Pod powierzchnią, na której zatrzymywał się wzrok polityków i historyków – mówił pisarz – dostrzegaliśmy skomplikowane zjawiska rzeczywistości. Wierzyliśmy, że w historii jest coś znacznie więcej niż tylko fakty, programy i statystyka. Wierzyliśmy, że istnieją postawy nie tylko społeczeństwa, ale i władzy,...które nie tylko zależą od konkretnych czynników gospodarczych i politycznych, ale od rzeczy trudnych bardzo do uchwycenia, tajemniczych, nieprzewidywalnych”. Pragnął pracować wspólnie z Giedroyciem. A jednak opuścił Instytut.