Sylwetki poległych powstańców odznaczonych Virtuti Militari

Plus Minus: Jak patrzę na pana życie, to widzę, że układa się tragicznie, ale i pięknie.

Tym pięknym dopełnieniem było niewątpliwie małżeństwo z Joanną.

Ale zanim do tego doszło, wspomnijmy nieco o tradycjach patriotycznych domu, w którym pan dorastał. Już sama pana rodzina warta jest krótkiej wzmianki.

Wyliczanie rzeczywiście trochę potrwa, ale skoro pan pyta, ja odpowiadam, a właściwie opowiadam. Mój dziadek był marszałkiem Senatu, mama szefową biura w Senacie, ojciec Szczepan Kulma był kapitanem Wojska Polskiego, należał do Batalionu Szkolnego Saperów Kolejowych.

Do tego dodajmy pojawiającego się we wspomnieniach wujka Bronka, czyli honorowego prezesa polskiej sekcji YMCA, ciocię Kazię, żonę marszałka Senatu, oraz członka BBWR Juliana Szymańskiego. W takim domu nie sposób nie nasiąknąć patriotyzmem.

Tylko wie pan co, patriotyzm, który wyniosłem z domu, polegał na czymś, co dzisiaj trudno jest zrozumieć. Myśmy czuli się zobowiązani dawać krajowi wszystko, co było dla kraju potrzebne. Bez żadnych kalkulacji i warunków wstępnych. Czasem nawet mimo rodzących się wątpliwości. To była gotowość oddania siebie, włącznie z własnym życiem. Tak byłem wychowywany. Poszedłem do podziemia na cztery lata. To było w ramach tego, co się...

...wyniosło z domu...

Powiem brutalnie. Po prostu nie wypadało w tym wszystkim nie brać udziału.

Mieszkał pan z rodzicami w pałacyku obok Senatu, musiał czuć się pan dzieckiem uprzywilejowanym.

Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP TERAZ

Na szczęście miałem bardzo mądrych rodziców, którzy konsekwentnie robili wszystko, by nie uderzyła mi palma. Pamiętam, że kiedy miałem siedem lat, ojciec zabrał mnie na obrzeża sejmowego ogrodu. W jego sąsiedztwie na wąskim, brukowanym podwórku bawiła się cała chmara dzieci. „Widzisz – powiedział mi – ty masz do zabawy park sejmowy i jeszcze dodatkowo park senacki. A te dzieci, biegające między śmietnikami i trzepakami, tu mają wstęp wzbroniony". Wtedy poczułem wstyd, że ja jestem uprzywilejowany, że czuję się kimś lepszym. I to była przestroga na całe życie.

Ale dzięki tej uprzywilejowanej pozycji i koneksjom rodzinnym mógł pan na własne oczy z bliska zobaczyć marszałka Piłsudskiego. Jak przebiegało to spotkanie?

Wuj Julek zabrał mnie do Sulejówka na imieniny Wandy, córki Marszałka. Zebraliśmy się wszyscy w wielkim salonie, tuż za frontowym gankiem. Wuj podniósł mnie w górę i widziałem, jak przez drzwi z prawej strony, w głębi, wszedł ON. Miał w sobie coś magnetycznego, bo nastała raptowna cisza i wtedy wszystko przestało dla nas istnieć. Tłum zamarł, jakby nikogo nie było. Piłsudski miał tak silną osobowość, że ja, jako człowiek teatru, jego pojawienie się przyrównałem kiedyś do wejścia Juliusza Osterwy w „Fantazym" w 1946 roku. Widownia krakowskiego Teatru Słowackiego zamarła, wszyscy z zapartym tchem patrzyli na Hrabiego, idącego wolno z głębi na pierwszy plan. Nagle przestawała istnieć cała wspaniała scenografia. A najdziwniejsze, że Osterwa nic nie robił, tylko po prostu BYŁ, a to jest największym mistrzostwem.

Przejdźmy do nieco późniejszych czasów, czyli wybuchu II wojny światowej i Powstania Warszawskiego, w którym zapisał pan piękną kartę.

Po wybuchu wojny mój ojciec trafił do niewoli sowieckiej. Po kapitulacji Warszawy moja mama została wyeksmitowana przez Niemców z przedwojennego mieszkania. Zamieszkaliśmy u jej brata, czyli wuja Bronisława, przy ul. Czackiego 14. W 1939 r. miałem 15 lat, przez pierwsze trzy miesiące wojny w okupowanej Warszawie byłem całkowicie unieruchomiony, bo z rozpoznaną gruźlicą płuc i kręgosłupa leżałem w łóżku gipsowym. Miałem wystarczająco dużo czasu na zgłębianie filozofii, która stała się moją pasją.

A potem zanotował pan: „Rok 1942, na głowie mam mały sabotaż i małą maturę, i wielki codzienny strach. A ja – w środku tego paroksyzmu Wojny Światowej – zadręczam się pytaniem o sens życia".

Bo tak rzeczywiście było.

Adres przy Czackiego, czyli mieszkanie wuja Bronisława, odegrało bardzo istotną rolę w konspiracji.

Odbywały się tam spotkania Delegatury Rządu na Kraj, drukowano bibułę, w której znalazły się opracowania treści niemieckich gazet. Gdański kredens zasłaniał małą wnękę, w której wuj ukrywał swego przyjaciela mecenasa, dla którego przygotowywano dokumenty, które umożliwiłyby mu wyjście z rodziną z getta.

Tam spotkała pana przygoda, która mogła zakończyć się tragicznie.

Na Czackiego Niemcy zarządzili rewizję. Na szczęście było to po opuszczeniu mieszkania przez wspomnianego mecenasa, któremu wuj zdążył załatwić fałszywe kenkarty. Wuja aresztowali, a kiedy podczas rewizji kazali mi opróżnić kieszenie, uświadomiłem sobie, że w jednej mam tajny podręcznik podchorążówki „Walka w mieście". Wiedziałem, że już po mnie. I wtedy ku mojemu zdziwieniu okazało się, że ta feralna kieszeń jest pusta. Zacząłem wierzyć w cuda. Ale prawdę poznałem po kilku dniach. Mój kolega odwiedził dom podczas mej nieobecności, by pożyczyć podręcznik. Mama nie mogła go znaleźć, poradziła, by zajrzał do kieszeni mojej kurtki...

Niezwykle tragiczne losy powstańcze zapisał pan w swych „Dykteryjkach przedśmiertnych".

Trzeba raz wreszcie to powiedzieć wszem i wobec, że Powstanie Warszawskie zaczęło się w Ogrodzie Botanicznym. Według wszystkich oficjalnych danych powstanie zaczęło się od przypadkowej strzelaniny na Żoliborzu i od zaplanowanego ataku na Prudential. Po wojnie tworzono całe tomy o powstaniu, ale ani słowa nie było o Ogrodzie Botanicznym. Historycy wyraźnie czują antypatię do tego fragmentu polskiej historii. Widocznie coś im nie pasuje. A może za mało zostało świadków, bo kompania Tadeusza Bartoszka przestała istnieć?

Jak więc to wyglądało z pańskiej perspektywy?

1 sierpnia 1944 roku należałem do plutonu 125. Była to 2. kompania kapitana Tadeusza Bartoszka „Cegielskiego". Rozlokowano nas w zaroślach przy Alejach Ujazdowskich w pobliżu miejsca, w którym o godzinie 16.30 pluton 126. zamontował w Ogrodzie Botanicznym trzycalowy ciężki moździerz. Pochodził ze zrzutów angielskich, a przechowywany był do Godziny „W" w garażu willi wuja Julka przy Parkowej 31. Niemcy, odpierający silny moździerzowy atak z Ogrodu Botanicznego, nie zwrócili uwagi na inną kompanię Batalionu „Ruczaj" – Dywizjon „Jeleń", który atakował gmach gestapo od góry, nacierając dachami od strony ul. Litewskiej – oraz na natarcie trzeciej kompanii od ul. Nowowiejskiej. Kompanii, która zdobyła kasyno na rogu Szucha.

Niemiecki atak z użyciem karabinów maszynowych i czołgów zmusił waszą kompanię do wycofania się. Opisał pan ze szczegółami te niezwykle tragiczne chwile, które do dziś robią wstrząsające wrażenie. A jak z obecnej perspektywy, pomny ogromnych ofiar i wielu tragedii, ocenia pan decyzję o wybuchu powstania?

Pisałem o tym niejednokrotnie i teraz powtórzę raz jeszcze: Nie ma sensu doszukiwać się sensu w powstaniu. Musiało być jako coś koniecznego. A jeśli ktoś chce szukać tego sensu, niech sięgnie do osobistej wypowiedzi Józefa Korzeniowskiego, czyli Josepha Conrada, który opisał, jak po powstaniu styczniowym zobaczył kraj zbroczony krwią. Najlepszych rozstrzelano lub wywieziono na Sybir. A majątki skonfiskowano i całe rody znalazły się w skrajnej nędzy. 17-letni chłopak zrozumiał wtedy, że trzeba się ratować, uciekać jak najdalej, że to wszystko nie ma sensu. Pięknie to Conrad opisał w „Lordzie Jimie", gdy bohater skacze do morza z tonącego statku. Ja jednak nie wyskoczyłem ze statku, który nazywa się Polska. A w ogóle dlaczego postanowił pan rozmawiać ze mną o powstaniu?

Wiem, że ma pan na ten temat sporo do opowiedzenia. I wiem też, że nie będzie to typowa opowieść okolicznościowa, prowadzona zwykle przed 1 sierpnia.

Ten termin coraz bardziej zaczyna mnie irytować. Bo kiedy zastanowiłem się nad tą datą, to przyszła mi do głowy zupełnie inna: 1 maja 1941 roku.

Dlaczego właśnie ten dzień?

Otóż w moim kombatanckim dowodzie jest właśnie ta data. I to jest przedziwna historia. Wstąpiłem wtedy do ZWZ (Związku Walki Zbrojnej), który potem, jak wiadomo, przekształcił się w AK. I niech pan sobie pomyśli, zrobili rzecz niezwykłą. Nikt, żadne miasto, żaden kraj nie stworzył armii do walki z Niemcami. Polacy zaś oddolnie stworzyli konspiracyjną armię. Pełną armię. Przede wszystkim w tym samym momencie Warszawa przestała być miastem otwartym. Jeżeli miasto mówi, że się broni, jest miastem zamkniętym. Kiedy miasto było otwarte, żołnierze nie mieli żadnych przywilejów, a jak zrobili jakiekolwiek nadużycie wobec mieszkańców, po prostu byli rozstrzeliwani. Jeden mój przyjaciel opowiadał, jak oni się szykowali na Warszawę. Oni się nie rozbierali przez dwa tygodnie. Bo ubranie komandosa wymagało nieco wysiłku. Wszystko było przygotowane. A zaczęło się, dlaczego to mówię, w 1941 roku.

Czyli właściwie sprawa była już przesądzona, że to powstanie musiało wybuchnąć?

Musiało. To było jak w tragedii greckiej. Coś się zaczyna dziać i to narasta. I w pewnym momencie już nie ma odwrotu. Oczywiście pojawiały się wątpliwości, czy Polska jako jedyna w Europie musiała wdać się w wielką walkę z Niemcami. Spójrzmy na Czechów. Poddali się i – jak czas pokazał – wyszli z tego obronną ręką. Praga nie została jak Warszawa obrócona w perzynę, a oni szli w paradzie zwycięzców i jeszcze o swoim heroizmie stworzyli operę, która idzie po całym świecie. Pokazuje, że są wielcy i wygrali wojnę.

A był taki decydujący moment, kiedy wiedzieliście, że to wszystko skończy się klęską? Dopuszczaliście taką myśl, że będziecie zwycięzcami, ale tylko moralnie?

Tak. Ale wszystko to wygląda inaczej z zewnątrz, a inaczej od środka.

Dlatego pana o to pytam.

Człowiek po czterech latach w wojsku dostaje wiadomość – to idzie. Rozkaz to rozkaz. Czy pan myśli, że żołnierz w jasny sposób może myśleć, czy to jest rozsądne, czy nierozsądne, gdzie mnie posyłają i po co?

Tak, jest rozkaz i trzeba go wykonać.

Oczywiście, że są pewne wybory. Ja do końca lipca miałem urlop, bo zdawałem do wyższej szkoły muzycznej na kurs wirtuozerski. I coś musiało wisieć w powietrzu, bo ten kurs zrobili 6 lipca, choć planowali znacznie później. Słyszało się też, że nie wolno ruszyć na Niemców, dopóki nie będzie porozumienia z Rosjanami. Nie ma porozumienia, więc ja sobie tak myślę: spokojnie, mam urlop do końca lipca. I w pewnym momencie wykonuję telefon do przyjaciela, bo telefony były wtedy czynne. Niesamowite, całą wojnę czynne były telefony... 30 lipca dzwonię więc do kolegi i słyszę od jego mamy: „Tadzia nie ma". A ja: „A kiedy będzie?" „Nie wiem". No, to ja już wiem, jest skoszarowany. To już wiedziałem, jak mam postąpić, by nie ustępować kolegom.

Inaczej skompromitowałby się pan przed przyjaciółmi.

Oczywiście. Pojechałem do Warszawy i istotnie wszyscy byli skoszarowani. Otwiera mi Małecki w mundurze, uzbrojony i mówi: „A co ty, Jasiu, tutaj robisz?". „To wy tu jesteście?" – pytam. Oni: „My tu jesteśmy". Ja: „To wpuście mnie". On: „O nie, najpierw muszę zapytać komendanta". A ja: „No, nie wygłupiaj się. Stoi za drzwiami". Zostałem w końcu przyłączony, walczyłem. Ale ta niepewność... 31 lipca miałem jakieś koszmary senne. A dopiero 1 sierpnia telefoniczna wiadomość, której się baliśmy i na którą bardzo czekaliśmy. Nie wiem, co się działo, ale 31-ego, gwarantuję panu, powstanie zostało odwołane. Na własnej skórze to przeżyłem.

A proszę powiedzieć, choć w kilku słowach, o swoim szlaku powstańczym.

Jak powiedziałem, zaczął się on w maju 1941 roku. Zaczęło się od ZWZ. No i potem już pan wie, robiłem to, co do mnie należało. Kiedy miałem wątpliwości, czy to jest słuszne, przypominałem sobie, jak było z Wilnem. Kiedy Rosjanie weszli, część Polaków rozstrzelali, część wywieźli, a pozostałych wzięli do swojego wojska. Decydując się na udział w powstaniu, wiedzieliśmy, w czym bierzemy udział. Nie było żadnych nieporozumień. No i to poczucie honoru, które dzisiaj już nie istnieje.

Opowiedzmy jeszcze coś na temat życia codziennego w trakcie powstania.

Nie było żadnego życia codziennego. Dzisiejsze życie codzienne polega na tym, że je się śniadanie, je się obiad, je się kolację, spotyka się. To jest życie codzienne. Takiego życia wtedy nie było. Wszyscy w czasie wojny mieliśmy uczucie, że nasze życie wisi na włosku.

Kiedy się podkreśla, jak masowo warszawiacy przystąpili do powstania, zawsze zastanawiam się, czy podobnie zareagowałoby dziś moje pokolenie? I nie mam prostej odpowiedzi. Bo oczywiście nie chodzi mi o czcze deklaracje, które łatwo można składać. A jak pan to widzi?

Przede wszystkim musielibyśmy mieć autentycznych wrogów. A przeciwko komu byśmy dzisiaj walczyli? Brukseli? Ameryce? Niemców też trudno uznać za nieprzyjaciół.

A Rosję?

Kochany... Rosji z Polską jest bardzo wygodnie. Ma taki bufor między sobą a Europą. Robią sobie z Polską, co chcą. Zwłaszcza teraz widać, jak sobie nami manipulują. I fakt, że jesteśmy bardzo podzieleni, bardzo im odpowiada.

Przyzna pan, że nasza historia ciągle dostarcza nam niespodzianek.

O, tak. Gdy spojrzy się na historię II wojny światowej, to cały nasz wysiłek, bohaterstwo, walki na wszystkich frontach, obrona Anglii w 1940 r., mocne i zwarte państwo podziemne i armia podziemna, i całe powstanie – to wszystko, co mogło być naszym atutem w powojennym rozliczeniu – zostało przegrane 15 kwietnia 1943 roku, gdy rząd polski upomniał się o swoich oficerów zabitych w Katyniu. Ale czy rząd polski w Londynie mógł stanąć po stronie kłamstw moskiewskich? A z kolei, czy cała koalicja antyhitlerowska mogła stanąć przeciwko Sowietom, które były główną siłą w walce z Hitlerem?

Pan przynajmniej może spojrzeć w lustro bez uczucia zażenowania.

Pewnie tak. Wszystko robiłem dla Polski, co mogłem. Brałem udział we wszystkich dziejowych zakrętach. Także tych, które zapowiadały się szlachetnie, a potem pięknie się skompromitowały. Robiłem, co mogłem, a potem często lizałem rany. Wie pan, co uratowało mnie w wielu sprawach? Filozofia. Ona pokazała wszystko w odpowiednich proporcjach. Dziś oglądam sobie w telewizji dyskusje ludzi, którzy nie mają świadomości, że tematy, które wydają się im istotne, za kilka lat staną się zupełnie bez znaczenia. I nawet nie będą pamiętać, o co i po co tak zażarcie kruszyli kopie.

Zaczęliśmy od poczucia wstydu, który przeżywał pan jako dziecko, które czuło, że z racji pochodzenia i rodzinnych koneksji może uważać się za szczególnie wyróżnione i uprzywilejowane.

To piękna klamra tej opowieści, do której, pozwoli pan, wykorzystam własny cytat. Po wojnie prawie zapomniałem o swoim wstydzie. Zresztą zdecydowanie stałem się gorszym. Żyłem na fałszywych dowodach i różne tajne służby obmacywały mnie, dopadały, szarpały – z trudnością się wywijałem. A na życiorysie wisiał ojciec – oficer w Anglii, wuj Julek – marszałek przedwojennego Senatu i chyba najgorszy wuj Bronek, bo nie tylko Honorowy Prezes Polskiej YMCA, ale i przyjaciel Brzezińskich w Ameryce (wuj Bronek za te powiązania siedział po wojnie w więzieniu dwa lata). Na pewno więc po 1945 roku należałem, chwalić Boga, do „gorszych" i pozbyłem się wszelkiego wstydu. Czyli, jak się dziś mówi, zostałem człowiekiem drugiego sortu.

A żeby zakończyć optymistycznie, wspomnijmy o pana żonie, Joannie Kulmowej.

Żyliśmy wspólnie 60 lat i nasze życie było tak udane, bo byliśmy zupełnie inni. Od początku do końca. Daliśmy sobie pewne słowo, że nigdy w życiu nie będziemy robili niczego dla pieniędzy, tylko dla przyjemności. Sprawdziliśmy, że można tak żyć. Że to nieprawda, że trzeba mieć takie straszne pieniądze. Są ludzie, którzy wygrywają. I mnie się wydaje, że Joanna wygrała mnie, a ja ją.

Joanna Kulmowa zasługuje z pewnością na osobną rozmowę.

Oczywiście. Tylko niech się pan spieszy, bo ja mam już 95 lat.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95