Reklama

Filip Memches: Platforma skazana na kłamstwa

Lewicowe inicjatywy w konserwatywnym opakowaniu

Aktualizacja: 22.04.2015 15:08 Publikacja: 21.04.2015 21:02

Filip Memches

Filip Memches

Foto: Fotorzepa, Waldemar Kompała

Skręt Platformy Obywatelskiej w lewą stronę staje się faktem. Skończyło się lawirowanie, przyszedł czas decyzji, które ideowo określają tę partię. Po konserwatyzmie Macieja Płażyńskiego czy Jana Rokity – bądź co bądź dawnych liderów PO – nic nie zostało. Forsowanie przez rząd Ewy Kopacz takich inicjatyw jak powszechny dostęp do in vitro czy konwencja antyprzemocowa stanowi więc istotną cezurę.

Oczywiście chodzi nie o jakąś głęboką przemianę światopoglądową czołowych polityków Platformy, lecz o doraźne kalkulacje polityczne. Głównym rywalem PO pozostaje PiS, z którym licytacja na bogoojczyźnianą retorykę nie wróży obozowi władzy sukcesów. Platformie nie pozostaje więc nic innego, jak bić się o wyborców SLD i Twojego Ruchu oraz szukać wsparcia wśród lewicowo-liberalnych środowisk opiniotwórczych – w tym takich mediów jak „Gazeta Wyborcza" czy „Polityka" – które od niemal dziesięciu lat usiłują ją pozyskać do realizacji swoich ideologicznych celów.

Zgodnie z nastrojami

Na początku lutego bieżącego roku „Rzeczpospolita" pisała o przeprowadzonym dla niej przez IBRiS sondażu dotyczącym stosunku Polaków do inicjatyw światopoglądowych. Okazało się, że 89 proc. badanych opowiedziało się za ratyfikacją konwencji antyprzemocowej (w tym aż 78 proc. wyborców PiS), 62 proc. – za uchwaleniem ustawy o in vitro, lecz już tylko 32 proc. – za instytucjonalizacją związków partnerskich.

Jakie są tego efekty? Tydzień temu Bronisław Komorowski podpisał konwencję antyprzemocową, a w Sejmie trwa dyskusja nad rządowym projektem ustawy o in vitro. Natomiast w sprawie instytucjonalizacji związków partnerskich obóz władzy żadnych konkretnych kroków nie podjął. I można śmiało postawić hipotezę, że ponieważ nastroje społeczne są takie, a nie inne, na razie jej nie podejmie.

O czym to świadczy? O tym, że PO przepycha tylko te lewicowe projekty, które pozytywnie ocenia większość Polaków. Warto jednak zastanowić się nad przyczynami, dla których konwencja antyprzemocowa i ustawa o in vitro zdobyły uznanie społeczeństwa, a instytucjonalizacja związków partnerskich – nie.

Reklama
Reklama

Zacznijmy od konwencji. Przywołajmy tu komentarz Jarosława Gowina do wyniku przywołanego wyżej sondażu: „Opinia publiczna dała się zmanipulować propagandzie rządowej. Okazuje się, że nazwa konwencji, w której nie chodzi o zwalczanie przemocy, ale o szerzenie ideologii gender, była dobrym trickiem jej autorów".

Trudno się w tej sprawie nie zgodzić z byłym ministrem sprawiedliwości. W ciągu minionego ćwierćwiecza Polacy nieraz narzekali na pobłażliwość swojego państwa wobec różnych form brutalnej przestępczości i postulowali zaostrzenie kodeksu karnego. Do takich nastrojów odwoływała się jednak zawsze prawica. Można zatem przypuszczać, że jeśli chodzi o konwencję, to chwytliwy okazał się slogan walki z przemocą jako taką. Tymczasem, jak przekonują chociażby eksperci z fundacji Ius et Lex, konwencja nie wnosi w tym zakresie do ustawodawstwa polskiego nic nowego. Otwiera natomiast furtkę lewicowej inżynierii społecznej, która jako jedno ze swoich zadań stawia delegalizację „represyjnego" tradycyjnego modelu rodziny. A już do takich rewolucyjnych przedsięwzięć Polaków nie da się przekonać.

Podobnie sprawa się ma z ustawą o in vitro, której rządowy projekt w swojej nazwie mówi o leczeniu niepłodności. Rzecz jasna to, że dziecko się pocznie w rezultacie zapłodnienia pozaustrojowego, nie oznacza, że udało się wyleczyć niepłodność jego rodziców. Niemniej i w tej kwestii rząd skutecznie wmówił Polakom, że chodzi o leczenie, a poza tym – co powinno miło brzmieć w uszach konserwatystów – o rozwiązanie problemów demograficznych i realizację polityki prorodzinnej.

Optujący za ustawą prezydent nieraz deklarował, że jest za in vitro, bo jest „za życiem". I bynajmniej nie wykazywał zakłopotania z tego powodu, iż będąc katolikiem, neguje publicznie nauczanie Kościoła. Ono bowiem akurat nie pomija takich ważnych kwestii jak uśmiercanie nadliczbowych zarodków i – budzące z bioetycznego punktu widzenia kontrowersje – oddzielenie prokreacji od aktu małżeńskiego.

Powtórka z PRL

Zabieg, który się udał w przypadku konwencji antyprzemocowej czy ustawy o in vitro, nie może się jednak na razie udać w przypadku instytucjonalizacji związków partnerskich. Rozgrywając także ten temat, Platforma chciałaby pozyskać głosy lewicowych wyborców, ale nie ma pomysłu na to, jak go sprzedać w wersji konserwatywnej, a więc takiej, która przesłaniałaby idące za takim rozwiązaniem przywileje małżeńskie dla mniejszości seksualnych.

To zatem poniekąd powtórka z PRL. PZPR oficjalnie miała w programie internacjonalizm proletariacki, ale usiłowała pozyskać zaufanie społeczne za pomocą argumentów patriotycznych. Wystarczy przypomnieć słowa Wojciecha Jaruzelskiego z okresu stanu wojennego: „Socjalizmu będziemy bronić jak niepodległości".

Reklama
Reklama

Tak samo jest i teraz. Lewicowe inicjatywy światopoglądowe mogą liczyć na poklask społeczeństwa pod warunkiem, że jawią się jako przedsięwzięcia co najmniej nienaruszające konserwatywnej wrażliwości, która cechuje większość Polaków. PO, skręcając w lewo, musi więc manipulować, jeśli wręcz nie kłamać. Przeprowadza kontrkulturową rewolucję, ale udaje, że zaspokaja wyłącznie oczywiste, bezsporne potrzeby obywateli.

Wydarzenia
Szpiegu, szpiegu, chodź na tortury!
Wydarzenia
Poznaliśmy nazwiska laureatów konkursu T-Mobile Voice Impact Award!
Wydarzenia
Totalizator Sportowy ma już 70 lat i nie zwalnia tempa
Polityka
Andrij Parubij: Nie wierzę w umowy z Władimirem Putinem
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama