Księża, którzy podczas mszy świętej w warszawskim kościele Sióstr Wizytek przeprosili Bronisława Komorowskiego, wyświadczyli byłemu prezydentowi niedźwiedzią przysługę. Potraktowali go bowiem jak niepoczytalnego człowieka, który nie podlega braterskim upomnieniom, gdyż – jak mogłoby z tego wynikać – nie zdaje sobie sprawy z wyrządzanego zła. Tak to przynajmniej wyglądało, pod warunkiem, rzecz jasna, że założymy, iż kapłani ci mieli jak najlepsze intencje.
Szczucie wiernych na biskupów
Tymczasem w mediach krytycznych wobec Komorowskiego po doniesieniach o tym, co się wydarzyło podczas czwartkowego nabożeństwa, od razu pojawiły się pełne oburzenia opinie, że duchowni odcięli się od episkopatu. Okazało się jednak, iż była to nadinterpretacja, która jest poniekąd skutkiem prowadzonej przez „Gazetę Wyborczą" kampanii szczucia wiernych na biskupów. Hierarchom dostaje się mocno od „GW" ostatnio między innymi za to, że nie szczędzą oni cierpkich słów byłej głowie państwa. Powód to podjęcie przez Komorowskiego kilku kontrowersyjnych decyzji, w tym zwłaszcza podpisanie ustawy o in vitro, która przewiduje – niedopuszczalną w świetle nauczania Kościoła – możliwość uśmiercania nadliczbowych zarodków.
Jak więc było naprawdę? Ksiądz Aleksander Seniuk wyjaśnił na łamach „Wyborczej", zachwyconej zasianiem w warszawskiej świątyni fermentu, że w wygłoszonej przez siebie homilii bynajmniej nie przeciwstawiał siebie i pozostałych koncelebransów – księdza Andrzeja Lutra, księdza Stanisława Opielę i księdza Kazimierza Sowę – episkopatowi. Wersję tę potwierdził w TVN 24 ksiądz Sowa.
Przypomnijmy zatem dokładnie inkryminowany fragment homilii: „My nie jesteśmy episkopoi (biskupi), my jesteśmy tylko prezbiteroi (kapłani), a jednak czujemy się odpowiedzialni na naszą miarę za te niesprawiedliwości rzucane na pana". Duchowni chcieli tym samym zakomunikować, że w odróżnieniu od (a nie w przeciwieństwie do) biskupów nie formułują stanowiska, które w rozmaitych sprawach zajmuje Kościół w Polsce, ponieważ nie mają takiej władzy, i dlatego mogą sobie pozwolić na wyrozumiałość wobec Komorowskiego. Z tego możemy wnioskować, że – wbrew sugestiom „GW" – czarnym bohaterem tego przekazu nie był episkopat. W takim razie kto nim był?
Tu warto przytoczyć jeszcze jeden fragment homilii: „W ostatnim czasie spotkało pana, panie prezydencie, wiele niesprawiedliwości, także bardzo podłych. I, niestety, były one wypowiadane przez ludzi, których nazywamy ludźmi Kościoła. Zostały przez nich samych wypowiedziane i innych, z ich błogosławieństwem. Słowa, które nigdy nie powinny się pojawić w ustach takich ludzi".