Listy partyjne mają w Polsce złą sławę, lecz tak naprawdę jest jeszcze gorzej, niż przedstawiają to zwolennicy ruchu na rzecz JOW. W ich opinii w ten sposób władze partii dzięki listom rozstrzygają o tym, kto jest posłem. Potwierdzeniem takiej tezy zdaje się być to, że w tej chwili partie żyją głównie układaniem list wyborczych. Kształt listy ma kluczowe znaczenie dla układu sił wewnątrz ugrupowania, lecz nie jest to bynajmniej proste przełożenie.
Związek kolejności na liście z szansami wyborczymi podlega paradoksowi, jakim jest równowaga między samospełniającą się przepowiednią a samoniszczącym się proroctwem. Gdyby partie potrafiły dobrze rozpoznać realną popularność polityków i następnie obsadzić ich w tej kolejności na liście, to werdykt wyborców idealnie pokrywałby się z kolejnością.
Takie sytuacje zdarzają się w polskich realiach we wszystkich partiach, ale nie są wcale dominującym schematem. Jeśli jednak na podstawie takich sytuacji ktoś w partii dojdzie do wniosku, że za sprawą kolejności na listach można wykreować popularność kandydatów, to może się okazać, że całe wrażenie, iż od kolejności zależy wynik wyborczy, zostanie zatarte.
Tak stało się w okręgu kaliskim na liście PiS w 2011 roku, kiedy kandydaci umieszczeni w kolejności 1–2–3–4 zostali ustawieni przez wyborców w kolejności 4–3–2–1. Jest to oczywiście skrajny przypadek, ale w polskich partiach równowaga dwóch sprzecznych tendencji jest względnie stała. Od początku stosowania tego systemu co piąty poseł jest wybieranych wbrew kolejności narzuconej przez partie. Każda z tych historii jest inna, ale świadczą one o tym, że toczy się tutaj gra, nad którą nikt nie ma pełnej kontroli. Gra, w której są wygrani i przegrani.
Iluzja jedynki
Pierwsza odsłona tej gry dotyczy jedynego miejsca, które daje niepodważalną przewagę, czyli jedynki. Część wyborców (odmienna w różnych okręgach) głosuje na pierwszego od góry kandydata. Przewagę tę widać wyraźnie, jeśli porównać wyniki tych samych kandydatów przesuniętych na jedynkę lub z jedynki zrzuconych w kolejnych wyborach.