Dotyczą bowiem wycinka polityki i służą często raczej dyskredytowaniu politycznego konkurenta niż prawdzie programów. Służą też oczywiście darmowej reklamie wytaczającego sprawę, niezależnie od jej wyniku. W myśl zasady: wygram, nie wygram, jest darmowa reklama wyborcza.

Komitety wyborcze, politycy ogólnopolscy i lokalni wytaczają procesy w trakcie kampanii, w trybie wyborczym, nie tylko dlatego, że chcą naprawienia wyrządzonej im w kampanii krzywdy wizerunkowej, politycznej nieprawdziwą informacją, ale często po to, by odnieść na wybranym przez siebie polu, w wybranym temacie, zwycięstwo w postaci sądowego nakazu sprostowania i gnębić nim przeciwnika do ostatniego dnia kampanii, bo po ogłoszeniu wyników nikt już nie zawraca sobie nimi głowy.

Czytaj także: Sąd oddalił wniosek PO przeciwko Morawieckiemu

Kilkadziesiąt tysięcy mandatów radnego do zdobycia, tym razem na dłużej, bo na pięcioletnią kadencję, prócz tego fotele prezydentów miast, burmistrzów i wójtów to łakomy kąsek dla setek tysięcy kandydatów i ich nie tylko politycznego otoczenia, więc dlaczego nie mieliby korzystać z tej wygodnej broni. Tym bardziej że, jak wszystko, ta kampania jest ostrzejsza. Czy jednak procesy wyborcze ją łagodzą? – a taki przecież jest ich cel. Wątpię. Z całą pewnością nie sprawiają, że walczący o mandaty politycy podają całą prawdę i tylko prawdę.

Weźmy pierwszy z brzegu i jak do tej pory najgłośniejszy w tej kampanii proces, jaki premierowi Mateuszowi Morawieckiemu wytoczył Komitet Wyborczy Koalicji Obywatelskiej. Jak już wiemy, po dwóch tygodniach procesu (który winien trwać dwa–cztery dni) i w czterech kolejnych różnych orzeczeniach ostatnie nakazało premierowi sprostowanie nieprawdziwej, w ocenie sądu apelacyjnego, informacji o tempie budowy dróg za rządów PO–PSL w stosunku do takich inwestycji za rządów PiS. Chociaż premier natychmiast sądowy nakaz wykonał i opublikował w dwóch ogólnopolskich stacjach sprostowanie, przyznam, że nie bardzo wiem, w jakim zakresie przestrzelił i co prostował. Tymczasem zaraz po owym sprostowaniu PiS wyemitowało post wyborczy, w którym lektor mówi m.in.: „...Dlatego przez półtora roku przeznaczamy na drogi lokalne 6,5 mld zł. To większe środki na drogi lokalne niż PO wydała przez osiem lat", co chyba jeszcze wyraźniej pokazuje różnice polityk drogowych obu politycznych konkurentów, w każdym razie w przekonaniu PiS. O ten jednak „poprawiony" tekst wyborczy raczej procesu już nie będzie. Nie przypuszczam zatem, by bliższa stała się prawda o dokonaniach drogowych, a tym bardziej programach wyborczych obu komitetów.

Być może takie procesy są jakimś ostrzeżeniem przed rzucaniem w kampanii informacji nieprawdziwych o konkurencie – i to jest ich plus, ale wstrzymują one też niestety przed podawaniem informacji prawdziwych, których rzetelności nie można w ekspresowym procesie wykazać. A to ogranicza debatę, która jest sednem kampanii.

Czy nie lepiej zatem czas spędzany na korytarzach sądowych przeznaczyć na spotkania wyborcze?