Z kolei Jarosław Kaczyński tak pięknie odpłynął do krainy łagodności, że z rozpędu zaczął przepraszać przeciwników i ogłosił koniec wojny z PO. Tylko czekałem, aż jego partia spontanicznie odśpiewa: „Give PiS a chance!” lub „Kochamy cię Donaldu Tusku”, a w odpowiedzi premier ogłosi powstanie POPiS-u.
Tak, proszę państwa, nie ma się co śmiać, nadciągają walentynki. Chętnie przyznałbym z tej okazji kilku politykom tytuł „Zakochanego w Sobie”, gdyby nie to, że wielu z nich wpadnie na ten sam pomysł. Bo już 14 lutego całą politykę miłości szlag trafi po obu stronach barykady. Widzi mi się to mniej więcej tak:
– Wszystkiego dobrego, panie pośle, z okazji Dnia Zakochanych.
– A dziękuję panie senatorze. I wzajemnie. Tyle że pan to jest zakochany, ha ha ha, głównie w sobie...
– No, trudno, żebym był w panu. Zwłaszcza że mam żonę, he he he. A pan chyba nie?
– Ja mam więcej żon niż pan włosów na głowie.
– To muszę pana zmartwić, bo ja jestem łysy, perukę noszę...
– Pewnie podróbka...
– Niemiecka, oryginalna!
– O, niemiecka? To już w Polsce nie ma dobrych peruk?
– Ano nie ma. Do tego żeście doprowadzili polskie perukarstwo!
– Myśmy? Myśmy?! Jak ci przyfanzolę zaraz kodżaku jeden...
– Trochę szacunku dla siwych włosów, łapówkarzu!
– Jak cię dorwę na stołówce, to ci szczypior z zupy powyrywam...
A w tym czasie normalni ludzie będą się rzucać sobie w ramiona, całować, patrzeć głęboko w oczy i uszy. Czerwone balony w kształcie serc przesłonią niebo, i zrobi się 30 stopni, a na plaże i deptaki wylegną tłumy kochających – tak czy inaczej – rodaków. A ich wybrańcy, politycy miłości? Do gardła, do krtani, poniżej pasa, oko za ząb, ząb za oko... Święty Walenty, ty jeden widzisz, jak oni bardzo do nas nie pasują.