Hasłem trylogii „Cały smutek Belgii” w reżyserii Luka Percevala może być wielość: wielojęzyczność, wieloetniczność, wielokulturowość. Również wielość emocji. Część widzów była poruszona tematem, część zachwycona i zaskoczona formą (jej prostotą i interpretacyjnym skomplikowaniem jednocześnie), część zmęczona lub wręcz oburzona. Siedząca obok nas osoba szeptała do sąsiada, że nie lubi teatru, który na siłę wzbudza poczucie winy, wymusza negatywne uczucia, próbuje doprowadzić do płaczu.

Inspiracją dla trylogii była autobiograficzna powieść Hugo Clausa o tym samym tytule, opowiadająca z perspektywy osoby urodzonej w latach 20. XX w., o konflikcie flamandzko-walońskim i kolaboracji Flamandów z nazistami. Ten temat podejmuje reżyser w drugiej części trylogii, „Żółtym”. Pierwsza część, „Czarny: Kongo” to z kolei historia z czasów Leopolda II i wyzysku Konga. „Trzecia, Czerwony: Święta wojna”, opowiada o atakach terrorystycznych w Brukseli w 2016 roku. Konstrukcja całości nawiązuje do trylogii Krzysztofa Kieślowskiego, z tą różnicą, że tutaj mamy do czynienia z trzema kolorami belgijskiej, a nie francuskiej flagi. Trzy mroczne obrazy z historii Belgii, ojczyzny reżysera, można było obejrzeć po raz pierwszy w całości podczas tegorocznego Festiwalu Malta w Poznaniu.

Perceval zaczyna od opowieści o belgijskim kolonializmie. Wychodzi od pamiętników afroamerykańskiego misjonarza, Williama Shepparda, który jako jeden z pierwszych dotarł do Konga pod koniec XIX wieku. W pierwszej scenie aktorzy i aktorki stoją przed ogromną mapą centralnej Afryki, po której wodzą palcami, szukając nieznanych im nazw. Gdy mapa-kurtyna opada, Sheppard razem z towarzyszami i widzami odkrywa nowy świat. Z sufitu zwisają długie sznury, przypominające korzenie, które są wykorzystywane raz jako baty, raz jako liany, a czasem jako metaforyczne więzy. Przemocy dokonują tu wszyscy Belgowie, sami mieszkańcy Afryki i Arabowie handlujący niewolnikami. Mnogość perspektyw jest zaskakująca, dominuje jednak kwestia wyzysku i opresji w imię wyższych wartości.

O ile w pierwszej i trzeciej części występują biali i czarni aktorzy i aktorki, w drugiej części, „Żółtym”, pojawiają się tylko biali. Może dlatego, że kolaboracja dotyczyła białych Flamandów, a może dlatego by podkreślić, że Inny (w tej części Żyd) może pochodzić z tego samego państwa i wcale nie musi różnić się kolorem skóry.

W trzeciej części Innym jest ojciec-zamachowca. Siedzi na krześle pośrodku sceny, bez emocji, wpatrzony w publiczność. Bity, poniżany, wyzywany. Przerywa milczenie opowieścią o swoim doświadczeniu jako dziecka imigrantów. Od tego momentu spektakl budowany jest poprzez osobiste, fragmentaryczne wyznania dziesięciu postaci – ofiar ataków, duchów, bliskich zabitych. Wiszą nad nimi potężne betonowe gruzy, kable, telefony, tablety i laptopy.

Trzy spektakle pracują na siebie nawzajem, podejmując kwestie kolonialnego dziedzictwa, przemocy, odpowiedzialności, zbiorowego wstydu, obcości. Tym, co je łączy są również ramy scenograficzne (operowanie światłem, oszczędność scenograficznych elementów) oraz muzyka grana na żywo przez Sama Gysela. Warstwę dźwiękową buduje także wielość języków, którymi posługuje się wielokulturowy zespół. Ze sceny słychać głównie flamandzki, francuski i angielski, ale pojawia się również niemiecki, ukraiński i arabski. W rozmowie po spektaklach Luk Perceval powiedział, że praca z wielojęzyczną obsadą pokazała mu muzyczny potencjał języka, i w tym sensie uczyniła go muzykiem.

Jako całość trylogia stawia przede wszystkim pytanie o kondycję człowieka, który niezależnie od sytuacji i czasów, wykorzystuje swoją pozycję, władzę i pieniądze, by zawłaszczyć, zdominować i zdobyć. W imię różnych wartości. Przeciwko różnym Innym. Mechanizmy i instynkty, które ludźmi powodują pozostają jednak podobne. Perceval podkreśla, że przemoc nigdy się nie kończy, a ludzie czekają na kolejny „-izm”, który pozwoli im stanąć w opozycji do Innego. We wszystkich częściach aktorzy zachowują jednak dystans do historycznych wydarzeń. Postaci same komentują swoje działania i opisują przebieg akcji. Widać, że reżyserowi bardziej zależało na ukazaniu schematów czy sytuacji, a nie emocji konkretnych bohaterów i wywołaniu dla nich współczucia powiązanego w większym stopniu z litością niż poczuciem własnej odpowiedzialności. Nawet w trzeciej części, najbliższej naszej współczesności (ta część musiała wyzwolić silne emocje szczególnie w Belgii, gdzie pamięć ataków jest wciąż bardzo świeża, a część widzów mogła znać osoby, które tych ataków doświadczyły), aktorzy ten dystans podkreślają. Jeśli coś nas jako widzki poruszyło to nie sama historia przedstawiona w Czerwonym czy związane z nią oskarżenia, a to z jaką łatwością możemy przewidzieć kolejne kręgi na jeziorze przemocy, w którym bez większego trudu ludzkość regularnie się zanurza.