Pierwsza fala epidemii na Węgrzech zakończyła się stosunkowo niską liczbą zakażeń i zgonów w porównaniu z większością państw europejskich.
W październiku zmarło więcej Węgrów niż w poprzednich czterech miesiącach razem wziętych, a siedmiodniowa średnia zakażeń wskazuje, że kraj był trzeci pod względem liczby zgonów, za Czechami i Rumunią.
Zdaniem ekspertów należy winić za to zmianę polityki rządu, a także samozadowolenie społeczeństwa.
- Po początkowym strachu, druga fala nie wywołała strachu wśród ludności, więc byliśmy znacznie mniej zdyscyplinowani - uważa szef budapesztańskiej uczelni medycznej Bela Merkely.
Krytycy Orbana uważają, że latem rząd nie był wystarczająco surowy w kwestii noszenie masek, unikanie dużych zgromadzeń i podróży za granicę.
Jeden z ministrów został zauważony na jachcie w Chorwacji, a rzecznik rządzącej partii Fidesz złapał wirusa podczas dużej letniej imprezie, którą zorganizował.
Orban zrzucił winę za początek drugiej fali na cudzoziemców - powtarzając narrację z marca, kiedy to irańscy studenci odpowiadali za pierwsze zgłoszone infekcje.
Po konsultacjach w ubiegłym miesiącu premier przekonywał, że trzeba wyważyć utrzymanie gospodarki i zdrowia obywateli. - Orban zdaje sobie sprawę, że jeśli gospodarka się załamie, może go to kosztować kolejne wybory w 2022 roku - mówi polityk opozycji Akos Hadhazy.
W UE, według danych ECDC, tylko Bułgaria przeprowadza mniej testów na 1000 osób niż Węgry.
- Statystyki dotyczące przypadków zakażeń mają niewielki związek z rzeczywistością - mówi jeden z lekarzy z Budapesztu, który chciał zachować anonimowość.
Od października liczba osób poddanych obowiązkowej kwarantannie domowej jest mniejsza niż liczba aktywnych przypadków zakażenia.
- Zamknięcie granic Węgier wkrótce będzie miało na celu ochronę cudzoziemców przed Węgrami, a nie na odwrót - uważa były naczelny lekarz kraju Ferenc Falus