W tym roku przewodnictwo w ASEAN sprawują Filipiny, czyli państwo, które w sporze z Chinami najgłośniej mówi o chińskiej presji na morzu. Manila ogłosiła, że jej priorytetem jest bezpieczeństwo morskie i doprowadzenie do końca prac nad kodeksem postępowania na Morzu Południowochińskim. Dr Anna Grzywacz z Instytutu Studiów Politycznych PAN nie kryje sceptycyzmu. – Obawiam się, że to się nie uda – ocenia.

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Historyczny zwrot demograficzny w Chinach. Seniorów jest więcej niż dzieci

Punktem wyjścia wciąż jest deklaracja z 2002 r. – Mamy deklarację o postępowaniu. To nie jest kodeks postępowania – podkreśla ekspertka. Deklaracja miała być pierwszym, publicznym sygnałem woli politycznej. Prace nad wiążącym kodeksem trwają od ponad dwóch dekad i według szacunków są zaawansowane w ok. 70 proc. Kością niezgody pozostaje pytanie najprostsze: jakie zasady mają obowiązywać poszczególne strony na poszczególnych fragmentach morza.

Spór starszy niż prawo morza

Żeby to zrozumieć, trzeba cofnąć się o niemal sto lat. Już w latach 30. kolonialna Francja rościła sobie prawa do części Wysp Spratly. Kolejne dekady przynosiły kolejne roszczenia, a państwa regionu, uzyskując niepodległość, wyznaczały własne granice lądowe i morskie. Konwencja ONZ o prawie morza (UNCLOS) powstała dopiero w 1982 r. – Przez te kilkadziesiąt lat wytworzyły się pewne praktyki. Jedną z nich było to, że Chiny budują infrastrukturę i coraz mocniej zaznaczają swoją obecność na tych obszarach – mówi Grzywacz.

Dziś to nie jeden spór, lecz cała ich mozaika: Wyspy Paracelskie, które Chiny przejęły od Wietnamu Południowego w 1974 r., Spratly, filipińskie płycizny Scarborough i Second Thomas, a na południu wody wokół indonezyjskich wysp Natuna. Na drugiej z płycizn Filipiny trzymają osadzony na mieliźnie okręt Sierra Madre, który pełni funkcję prowizorycznej placówki wojskowej. – Chodzi o to, żeby gdzieś postawić granicę chińskim okrętom – tłumaczy ekspertka.

Czytaj więcej

Ukraina chce rozmów z Rosją i USA, zanim dojdzie do spotkania Putin-Trump-Xi

Presja rośnie. Latem, przy okazji spotkania ministrów w Manili, w ciągu tygodnia doszło do trzech starć w rejonie Scarborough z udziałem kilkunastu jednostek chińskiej straży przybrzeżnej i milicji morskiej. We wrześniu Filipiny naliczyły na swoich wodach 101 chińskich okrętów i statków, wobec 56 w sierpniu. Grzywacz widzi w tym rodzaj „wojny podprogowej”: działań, które prowokują i stopniowo eskalują, zmieniają pozycję negocjacyjną, ale nie prowadzą do otwartego konfliktu. Także dlatego, że Filipiny łączy z USA traktat sojuszniczy z 1951 r.

Problem nie sprowadza się jednak do Chin. – Podręcznikowo mówimy, że spór dotyczy ASEAN i Chin. W istocie to są też spory między państwami stowarzyszenia – zaznacza rozmówczyni Rzeczpospolitej. Wyłączne strefy ekonomiczne poszczególnych krajów nachodzą na siebie, a strategie są różne: Hanoi i Kuala Lumpur wolą ciche rozmowy z Pekinem, Manila nagłaśnia każdy incydent. Malezja i Brunei mają roszczenia wyłącznie morskie, a Indonezja formalnie nie jest stroną sporu, choć patrzy z niepokojem na chińskie jednostki wokół Natuny.

Konsensus jako fundament

Czy w takim razie ASEAN nie powinien zmienić sposobu podejmowania decyzji? Organizacja nie zna głosowania większościowego, wszystko przyjmuje w drodze konsensusu. Jego granice widać było w 2012 r. w Phnom Penh, gdy po raz pierwszy i jedyny szczyt zakończył się bez wspólnego komunikatu. Poszło o zapisy dotyczące Chin, z którymi blisko związana jest Kambodża.

– Tutaj nic się nie zmieni – odpowiada ekspertka. Jak tłumaczy, w warunkach, w których w 1967 r. powstawało stowarzyszenie, był to jedyny model, który mógł działać. Ma on też głębokie korzenie kulturowe, m.in. w jawajskiej zasadzie musyawarah i mufakat: naradzamy się, konsultujemy i ogłaszamy uzgodnioną decyzję, ale nie kłócimy się publicznie. Do tego dochodzi silne przywiązanie do zasady nieingerencji w sprawy wewnętrzne. A przede wszystkim charakter reżimów. – Badania jasno pokazują, że państwa niedemokratyczne albo autokratyzujące się mają skłonność do nieoddawania kompetencji organom zewnętrznym – mówi ekspertka.

Czytaj więcej

Żart Mbappe wywołał międzynarodowy skandal. Reakcja Chińczyków była natychmiastowa

Stąd jej sprzeciw wobec etykiety „bezradności”. – ASEAN nie ma mandatu w takim rozumieniu, jak myślimy o ONZ. Robi tyle, ile może w świetle swoich aktów założycielskich – podkreśla. Na konferencjach w regionie, zwłaszcza w Wietnamie, słyszała to wielokrotnie: stowarzyszenie nie rozwiązuje konfliktów, ono nimi zarządza. – Gdybyśmy od początku tak o nim myśleli, łatwiej byłoby nam zrozumieć dynamikę tych relacji – dodaje.

Wybór, którego nikt nie chce

Głośnym echem odbił się tegoroczny sondaż singapurskiego ISEAS–Yusof Ishak Institute. Zmuszeni do wyboru między dwoma mocarstwami, respondenci z regionu w 52 proc. wskazali Chiny, a w 48 proc. USA – odwrotnie niż przed rokiem. Po raz pierwszy największym zmartwieniem geopolitycznym okazało się przywództwo USA pod rządami Donalda Trumpa (51,9 proc.), przed agresywnymi działaniami na Morzu Południowochińskim.

Dr Anna Grzywacz, która dobrze zna ten raport, studzi emocje. Ankietowani to ok. 2 tys. przedstawicieli elit: polityków, think tanków, mediów, biznesu i organizacji społecznych. – To nie jest reprezentatywna grupa, która powie nam, co myślą Indonezyjczycy – zastrzega. Po drugie, rywalizacja USA–Chiny nie jest dla regionu najważniejszym problemem. Wyżej stoją rozwój gospodarczy, infrastruktura, technologie czy bezpieczeństwo cyfrowe. Po trzecie, sama konstrukcja pytania wymusza wybór. – A co, jeśli ja nie chcę wybierać? Jeśli chcę strategii, która pozwala korzystać z zasobów i amerykańskich, i chińskich, minimalizując ryzyko? Taka strategia istnieje – mówi.

Czytaj więcej

Chiny kolejny raz wyprzedzają USA. Budują już drugi okręt-matkę dla dronów

Wycofania się Ameryki z regionu ekspertka sobie nie wyobraża: USA są zbyt mocno wplecione w sieć zależności gospodarczych, instytucjonalnych i wojskowych, od Japonii po Indonezję. Przywołuje grudzień 2016 r. w Singapurze, gdy było już wiadomo, że Trump obejmie urząd. – Na korytarzach mówiono, że nieważne, czy ktoś jest republikaninem, czy demokratą. Ważne, żeby był przewidywalny – wspomina. Analogię z Europą uważa za trafną: niechęć do części polityki Waszyngtonu nie oznacza rezygnacji ze współpracy, bo przy tak gęstej sieci powiązań nie da się pozbyć partnera tylko dlatego, że od dziś się go nie lubi.

Made in Vietnam, ale czyje?

Rywalizacja mocarstw przynosi regionowi także pieniądze. Napływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych do ASEAN w 2025 r. sięgnął rekordowych 243,9 mld dol., a Wietnam rósł w tempie 8 proc. i notował rekordową nadwyżkę w handlu z USA. Czy to dowód na sukces strategii „Chiny plus jeden”? Rozmówczyni Mateusza Grzeszczuka jest sceptyczna.

Przypomina, że koncepcja ma ponad 20 lat i narodziła się w Japonii po epidemii SARS w 2003 r., gdy firmy zaczęły szukać zabezpieczenia łańcuchów dostaw. – To nie jest coś zamiast Chin, tylko coś oprócz Chin – podkreśla. I zwraca uwagę na szacunki MFW: w wietnamskim eksporcie sprzętu elektrycznego i optycznego chińska wartość dodana wzrosła, a nie spadła. – Dywersyfikacja geograficzna nie równa się dywersyfikacji strukturalnej. Co z tego, że produkujemy elektronikę w Wietnamie, skoro większa część zysku i tak wraca do chińskich przedsiębiorców? – pyta. Niepokoi ją też spadek wartości projektów greenfieldowych w 2025 r., czyli tych, które najczęściej niosą ze sobą transfer technologii i trwałe miejsca pracy. Zamiast przebudowy łańcuchów dostaw widzi raczej „regionalizację chińskiego łańcucha produkcyjnego”.

Czytaj więcej

Rosja werbuje Azjatów na wojnę. Fikcyjne oferty pracy prowadzą na front

Na tym tle lepiej radzi sobie Malezja, wyspecjalizowana m.in. w półprzewodnikach i od dawna mocno powiązana z chińską gospodarką. Indonezja, mimo niklu i ogromnego rynku, odstrasza część kapitału polityką przetwarzania surowców na miejscu.

Klub bez wspólnych wartości

ASEAN skupia monarchię absolutną Brunei, jednopartyjne Wietnam i Laos, juntę w Mjanmie i państwa o mniej lub bardziej demokratycznych ustrojach. Czy gdyby wymagał demokracji, w ogóle by istniał? – Nie – odpowiada krótko ekspertka ISP PAN. Żadne z pięciu państw założycielskich nie było w pełni demokratyczne. Dziś realny standard demokratyczny trzyma, jej zdaniem, tylko Timor Wschodni, przyjęty do ASEAN w październiku 2025 r., a Indonezja przesuwa się w stronę „szarej strefy” między demokracją a autokracją wyborczą. – Dlaczego miałbyś mówić o wartościach demokratycznych, skoro nie chcesz ich promować u siebie w domu?

To tłumaczy, dlaczego stowarzyszenie tak słabo poradziło sobie z exodusem Rohingjów i zamachem stanu w Mjanmie w 2021 r. I dlaczego filipińskie przewodnictwo, które jednocześnie musi zmierzyć się z kodeksem morskim, Mjanmą i konfliktem tajlandzko-kambodżańskim, będzie raczej testem cierpliwości niż przełomem. ASEAN nie zbuduje twardych narzędzi, bo jego członkowie ich nie chcą. Może za to dalej robić to, w czym jest najlepszy: utrzymywać rozmowę tam, gdzie inni dawno by się rozeszli.