Fatalny stan rosyjskiego lotnictwa wojskowego podsumowują dziennikarze branżowego portalu Defense News. Według nich w swych politycznych zapędach zastraszania NATO Kreml posuwa się za daleko i żąda od swych wojskowych zbyt wiele.
Tydzień temu pod Chabarowskiem rozbił się podczas manewrów myśliwiec Su-24. Wcześniej, w ciągu miesiąca, rozbiły się bombowiec strategiczny Tu-95, Su-34 oraz dwa Mig-29 (w ciągu roku Rosjanie stracili cztery takie samoloty). Jak na armię nawet bardzo dużego kraju, ta liczba katastrof wprost szokuje.
Defense News cytuje źródła w rosyjskim MON, według których są dwa powody takiego fatalnego stanu lotnictwa - przepracowanie pilotów i zbyt mała liczba doświadczonych żołnierzy wśród nich.
Według danych NATO w 2014 r. samoloty NATO przechwyciły 400 samolotów rosyjskich. To wzrost o połowę w porównaniu z poprzednimi latami. Ta liczba odpowiada liczbie incydentów w najgorszych latach zimnej wojny. Jednocześnie rosyjska armia nie potrafi wyszkolić wystarczającej liczby dobrych pilotów, choć Kreml ze względów politycznych żąda od lotnictwa coraz więcej.
- Mamy mniej pilotów niż maszyn - mówi w Defense News przedstawiciel rosyjskiego ministerstwa obrony. - Młodzi piloci dostają więc do wykonania misje, które powinni wykonywać doświadczeni żołnierze. Tym młodym brakuje wiele umiejętności, np. umiejętność tankowania w powietrzu to dziś w Rosji wielka rzadkość - dodaje rozmówca portalu.
Wbrew częstych buńczucznych oświadczeniom Kremla rosyjski przemysł ma duże problemy z dostarczeniem armii nowych samolotów. Rosja może wyprodukować w ciągu roku np. zaledwie 10 silników do Tu-95. Każda taka maszyna potrzebuje ich zaś cztery. Rosja ma dziś 60 samolotów Tu-95 i roczna produkcja nie wystarczy nawet na wymianę starych lub zepsutych silników.