Zakazy takie funkcjonują we Francji i Belgii. W Niemczech byłaby to śmiała innowacja. Postulat o wprowadzaniu zakazu noszenia muzułmańskich szat zakrywających całe ciało pojawił się na niedawnym zjeździe CSU.

– Jeżeli muzułmanki mają możliwość oglądania świata jedynie poprzez niewielką szparę w zakrywającej ich ciało materii, to jest to równoznaczne z odrzuceniem zachodnich wartości – głosiło uzasadnienie wniosku o zakaz. Pomysłodawcom chodziło przede wszystkim o hidżab i burkę, które to ubiory nosić powinny prawdziwe muzułmanki w miejscach publicznych. Zjazd wniosek zaakceptował jako postulat na przyszłość.

Zawrzało, gdy Ilse Aigner, minister gospodarki w bawarskim rządzie, ogłosiła, że zakaz zasłaniania szczelnie całego ciała miałby dotyczyć także turystek z krajów muzułmańskich. Zaprotestowało środowisko biznesowe Bawarii, argumentując, że ponad 40 proc. pieniędzy, jakie zostawiają turyści z krajów arabskich w Niemczech, kasują sklepy, lekarze czy hotelarze w samym Monachium.

Okazuje się, że Bawaria jest nie tylko celem setek tysięcy uchodźców, ale także bogatych turystów z krajów arabskich. Od początku roku do września naliczono ponad 170 tys. takich turystów, wydających dziennie przeciętnie 367 euro. Pani minister zbywa milczeniem wszystkie protesty. Na razie.

Liczy na to, że w czasach rosnącego zagrożenia terroryzmem żądania dotyczące zakazu noszenia muzułmańskich szat jest jak najbardziej na czasie. Zresztą na ten temat dyskutuje się w Niemczech nie od dzisiaj. Zwłaszcza po ubiegłorocznym wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, który w zakazie tego rodzaju wprowadzonym we Francji nie dopatrzył się naruszenia zasady wolności wyznania, swobód obywatelskich czy działań dyskryminacyjnych.

Zakaz ten funkcjonuje we Francji od pięciu lat. W odpowiedniej ustawie nie ma oczywiście żadnego odniesienia do islamu ani nie mowy o nikabie czy burce, lecz o ubiorze zasłaniającym szczelnie całe ciało. Zakaz był kontestowany przez środowiska muzułmańskie od samego początku, jednak po zamachu na „Charlie Hebdo" i ostatnich w Paryżu głosy protestu są rzadkie. Jak się ocenia, ok. 2 tys. muzułmańskich kobiet nosi nikab w miejscach publicznych. To niewiele jak na prawie 6 mln muzułmanów we Francji. W dodatku najczęściej wkładają nikab muzułmanki konwertytki. Nie zważają przy tym często na sankcje w postaci 150 euro grzywny i rewizje osobiste.

Wiele z tych kobiet zostało już skazanych wiele razy. Nie zawsze płacą same, gdyż zwalczający zakaz biznesmen Rachid Nekkaz przejmuje ich grzywny. Wydał na to do tej pory podobno 200 tys. euro.

W Niemczech, będących celem niezliczonych rzesz uchodźców, o zakazie dyskutowano już także przed rokiem na zjeździe CDU. Niewykluczone, że wniosek na ten temat zostanie przyjęty w przyszłym roku.

Niemcy są krajem zsekularyzowanym, a nie laickim jak Francja, i zakaz dotykający muzułmanów ma zupełnie inny wydźwięk. Dlatego zasadniczym argumentem jego zwolenników jest dążenie do emancypacji kobiet muzułmańskich. W ich przekonaniu zmuszanie ich do noszenia tradycyjnych ubiorów we współczesnej Europie traktować należy także jako demonstracyjne odrzucenie europejskiej wersji liberalnego islamu. Nikt nie wspiera tej idei bardziej niż Niemcy.