Wymiar sprawiedliwości symbolizuje Temida – bogini ma zawiązane oczy, trzyma w rękach wagę i miecz – aby pokazać światu, że sprawiedliwość jest niezależna i rzeczowa (czyli obiektywna) i zostanie wyegzekwowana. Miecz to bezosobowe narzędzie, które kojarzy się z wojną i przemocą. .

Tymczasem współcześnie wiele zadań i funkcji w zakresie sprawiedliwości jest wykonywanych osobowo – np. przez referendarzy. W przepisach ustawy o ustroju sądów powszechnych została ukonstytuowana „działalność administracyjna sądów”, stanowiąca sumę uprawnień i zadań różnych osób. Symbolem mocy i znaczenia działalności administracyjnej nie powinien być miecz, ale raczej smok – z tej racji, że jest wielki, mocny, skutecznie działa, nie można go przegadać ani lekceważyć. Smok przestaje być smokiem, kiedy wszyscy wiedzą, że można z nim dyskutować, jest słaby i nie egzekwuje swojego porządku. Prawdziwy smok nigdy na to nie pozwoli – w czym tkwi powód, dla którego skojarzenia smoczego charakteru z charakterem wymiaru sprawiedliwości nabierają jakiegoś sensu.

Środki mające wspierać sprawiedliwość mogą przynosić skutek odwrotny

Sądy mogą działać źle – jeśli czynią dobrze, ale zbyt późno, albo jeśli nawet w porę, to niesłusznie. Musi więc być jakiś powód, dla którego najważniejsze dobra w wymiarze sprawiedliwości – sprawiedliwość i uczciwość, oraz cele – przywrócić dobro i naprawić zło – są zastępowane np. jednolitością orzecznictwa i wdrażaniem orzecznictwa TSUE. Sędziowie zamiast prawa wolą teraz uchwały SN, a do TSUE kierują pytania prejudycjalne, żeby nie stosować prawa krajowego. Kontrowersyjne stosowanie poglądów (uchwał) Sądu Najwyższego oraz karkołomny prymat prawa unijnego przed prawem krajowym – są powodami erozji prawa jako spójnego systemu, opartego na pewnych fundamentach i trwałych zasadach. A przecież uchwały SN i wyroku prejudycjalne TSUE zostały ustanowione w zupełnie innym celu, a z całą pewnością nie dla naruszania spójności prawa.

Prawo opiera się na zasadach logiki oraz wnioskowania z faktów, a nie poglądów

Tradycyjne myślenie prawnicze oparte zostało na sekwencji logicznego ciągu zdarzeń, ustalenia faktów, ich kwalifikacji i oceny oraz wnioskowania. Ale według ostatnich zwyczajów ten tok bywa zastępowany epigonizmem (powielaniem cudzych poglądów nawiązujących do sprawy).

Obrona procesowa ma polegać na przekonywaniu do swoich (a nie cudzych) racji, których nie zastąpi praktyka „papugowania” – zgodnie z „utrwaloną linią orzeczniczą”, czyli według gotowych wzorów, a nawet pism tworzonych z udziałem sztucznej inteligencji. Eliminacja ludzkiej inteligencji, wyobraźni i kreatywności jako źródła przekazu – pozbawia pisma sądowe siły przekonywania.

Pełnomocnicy zamiast argumentami – wymieniają się zbiorami cytatów i poglądów, a sąd odpowiada im tym samym. Siłę argumentów wywiedzionych z faktów i prawa zastępuje argument siły cytatu. Zamiast przekonywania – presja, aby powielać wzory. Tak wymiera sprawiedliwość, która wymaga toku argumentacji prawniczej – fakt –> skutek –> kwalifikacja –> ocena –> wniosek –> wyrok.

Narodziny papierowego smoka

Kiedy do sądów spływają zbiory cytatów – niedająca się ogarnąć obszerność zabija siłę argumentów i skuteczność przekonywania, a potem nikt nie chce tego czytać. Kodeks postępowania cywilnego zawiera (art. 125 i nast.) przepisy dyscyplinujące wywody sądowe w pismach procesowych od strony formalnej, takie jak:

a) ustalenie przedmiotu,

b) określenie stanowiska stron,

c) zakreślenie zakresu sporu,

d) ustalenie przedmiotu dowodów i obowiązków dowodowych stron.

Brakuje jednak wymogu zwięzłości, bo zamieszczony w art. 127 dotyczy tylko przygotowania rozprawy, a pominięto inne pisma z istoty obszerniejsze, jak pozew i odpowiedź na pozew. Można więc je wnosić w dowolnej objętości i taka jest praktyka. Literatura sądowa podlega jednak prawom powszechnym – treść maleje proporcjonalnie do wzrostu objętości, w której ją umieszczono, i oddala od osiągnięcia zamierzonego skutku. Przybliża do niego kondensacja treści, a podkreślenie tylko tego, co ważne oraz decydujące w sprawie.

Bez względu na technologię celem jest przekazywanie informacji

Trzeba więc uświadomić sobie, że papier i komunikacja cyfrowa są tylko technologiami zapisu, przechowywania i przesyłania informacji. Każda z nich ma swoje cechy i odpowiadające im wymagania, swoje możliwości i ograniczenia, ale nade wszystko tworzy wokół siebie kulturę zbudowaną na tych właśnie wymaganiach, możliwościach i ograniczeniach. Na piśmie odręcznym powstała jego kultura, którą zastąpiła i wyparła kultura zbudowana na piśmie drukowanym. Za datę przełomu uznaje się opublikowanie Biblii Gutenberga w 1455 r. Od kiedy książki stawały się coraz tańsze i łatwiej dostępne – spadał analfabetyzm, działy się skutki rozpowszechniania wiedzy i nowych poglądów (reformacja, renesans, rewolucje, postęp techniczny). Nowe i lepsze zawsze wygrywa. Mają swoją kulturę: słowo ręcznie pisane, słowo drukowane w książkach i słowo digitalizowane w mediach społecznościowych. Akta papierowe w sądach też mają swoją kulturę, która właśnie traci sens w zderzeniu z digitalizacją życia.

Digitalizacja zamienia papierowe procedury w skansen

Kultura cyfrowa nie nadaje się do przejęcia techniki papieru. Porządek akt polegający na wpinaniu kolejnych pism według daty ich wpływu, a nie treści i sensu procesowego – jest formą sprzeczną z logiką procesową, ale jedyną możliwą opcją dostępną dla techniki papierowej. Doręczenia elektroniczne do papierowych akt stają się absurdem, jeżeli generują jeszcze więcej czynności i zużycia papieru. Sensem digitalizacji jest usprawnienie i kontrola czynności – ale danych przeniesionych na papier nie można kontrolować cyfrowo. Digitalizacja skutecznie broni się przed zagrożeniami, które wytworzyła. Natomiast używanie danych cyfrowo wytworzonych i drukowanych na papierze stawia sąd w stanie bezbronności. Ta bezbronność jest powodem patologicznych niesprawności, które obezwładniają sądy:

1) spam – można do sądu przesyłać pisma dowolnej wielkości, zawierające dowolne treści bez znaczenia dla sprawy – sąd musi się z nimi zapoznać i je procedować, a przeciwnik procesowy się do nich ustosunkowywać merytorycznie,

2) ślamazarne przetwarzanie danych – bo pisma wciąż się drukuje i wysyła pocztą,

3) niska wydajność – kiedy procedowane są treści niemające znaczenia w sprawie,

4) oderwanie od istoty przedmiotu sprawy – bo można pisać o wszystkim i o niczym też.

Tymczasem dla sprawności postępowania sądowego– zgodnie z zasadami prakseologii wspieranej logiką – przesądzające są:

a) ustalenie przedmiotu sporu i kwestii spornych wymagających wyjaśnienia,

b) ustalenia, kto i jakie dowody powinien dostarczyć do sprawy,

c) określenia podstaw prawnych do oceny stanu faktycznego i możliwego rozstrzygnięcia.

Kto pamięta czasy przed wprowadzeniem prekluzji dowodowej, z łatwością zauważy, że powyższe postulaty są sprzeczne z jej zasadami. Prekluzja nakazuje z góry wykładać wszystkie dowody i przewidując zarzuty przeciwnika, z góry się z nimi rozprawiać na etapie wnoszenia pozwu. Ta koncepcja raczej się nie udała, ale wciąż żyje dzięki serwilistycznej doktrynie „racjonalnego ustawodawcy”. A wystarczyło odnotować, że w żadnej dziedzinie nie ma analogicznej metody – np. bez diagnozowania pacjenta leczenie go na wszelkie możliwe choroby, dla przyspieszenia jego wyzdrowienia.

Podsumowanie i nadzieja na zmiany

Po pierwsze – trzeba położyć kres przekonaniu, że w pismach procesowych można pisać, co się chce, ile się chce i jak się chce – bez żadnych ograniczeń. Wolność i prawo do obrony muszą zostać oddzielone od produkcji spamu sądowego. A pisma sądowe produkowane elektronicznie i drukowane do papierowych akt w znacznej mierze zawierają spam.

Tylko w pełni elektroniczny obieg korespondencji może zapobiegać szkodliwemu potencjałowi elektronicznej edycji pism sądowych. Pisząc te słowa, czytam sprawozdanie sędziego z wizyty studyjnej w sądzie w Las Palmas – akta elektroniczne tam są, chociaż zakazu wnoszenia zwykłych pism nie ma.

Po drugie – są pozytywne reakcje środowisk prawniczych. Otóż 29 maja 2026 r. zorganizowano w Warszawie konferencję poświęconą doręczeniom sądowym. Wnioski relacjonowane w prasie są optymistyczne i niepokojące równocześnie. Jest niekwestionowana potrzeba elektronicznej komunikacji do i z sądu, połączona z poczuciem zażenowania, że wciąż jej brakuje.

Niepokojący jest stan świadomości na temat cyfryzacji akt, jaki wyrażają prominentni przedstawiciele prawa działający jako legislatorzy lub sędziowie. Jest zrozumiałe, że większość sędziowska obawia się akt elektronicznych. Bo zasadność obaw potwierdza między innymi ostatnie „usprawnienie” w postaci zgody na elektroniczne wnoszenie pism procesowych przez pełnomocników. Autorzy tego „usprawnienia” nie rozumieją absurdu, jaki stworzyli, i kolejnej przyczyny niewydolności sądów.

Zwykłe pismo pełnomocnik wkłada do koperty i wysyła pocztą – ponosząc koszty wydrukowania i wysyłki, a pracownik sądowy przesyłkę odbiera, stempluje i zawartość umieszcza w aktach sprawy. Aby wysłać pismo elektronicznie, wystarczy, że pełnomocnik „kliknie” – nie ponosi więc kosztów wydruku i wysyłki, bo te zostały przeniesiony na sąd.

Przepracowany pracownik sądowy dostał dodatkowe czynności, ponieważ ma wydrukować pismo na koszt podatnika wraz z kilkoma kartami A4 zawierającymi ID korespondencji.

Taka zmiana jest korzyścią dla pełnomocników, bo płaci za nią sąd a właściwie Skarb Państwa. Ze szkodliwych skutków, jakie z tej zmiany wynikają, można wymienić w szczególności: zachęty do wnoszenia coraz obszerniejszych pism (bo bodźce kosztowe po stronie pełnomocnika zostają wyłączone) oraz „zaśmiecanie” akt kartami bez treści procesowej (trzy–cztery karty z danymi ID korespondencji). W taki sposób cyfrowy świat może już niedługo „wykończy” wciąż „papierowe sądy”.

Autor jest sędzią Sądu Okręgowego w Warszawie