85 głosów – tyle podczas głosowania na wiceprzewodniczącego PE zebrał kandydat EKR z PiS Zdzisław Krasnodębski. To odzwierciedlenie znaczenia PiS – najsilniejszej partii politycznej w Polsce – na unijnej arenie. Największe zdziwienie budzi jednak reakcja PiS na tę przegraną. – Okłamano nas, jestem zbulwersowany – komentował szef EKR Ryszard Legutko.

– Do tej pory respektowane były pewne zasady kultury politycznej. Każdy z liczących się klubów miał swoją reprezentację wśród wiceprzewodniczących – narzekał wicepremier Jarosław Gowin.

– To wygląda na zemstę na Polsce za to, że pomieszaliśmy szyki największym państwom, które chciały narzucić pewne rozwiązania personalne – stwierdził Ryszard Czarnecki.

– Złamano zasady demokracji parlamentarnej, bo zgodnie z parytetem ta funkcja przypadała także naszej frakcji. To głosowanie to małostkowy odwet za wyniki szczytu UE – denerwowała się Beata Mazurek.

Te emocjonalne wypowiedzi świadczą o tym, że politycy PiS naprawdę nie spodziewali się takiego obrotu sprawy. Na co zatem liczyli, pozostając od lat w ostrym sporze z Unią?

Pierwsze posiedzenie europarlamentu miało kilka momentów symbolicznych, pokazujących, jakiej Unii trzeba się spodziewać w najbliższej przyszłości. Było nim m.in. przemówienie nowego przewodniczącego Izby, socjalisty Davida Sassoli, który mówił m.in. o walce z nacjonalizmami. – Zbyt wielu w ostatnich miesiącach podkreślało upadek projektu europejskiego, wzniecając konflikty i spory na łonie naszej wielkiej europejskiej rodziny, ale obywatele Europy pokazali, że w dalszym ciągu wierzą w projekt Europa – podkreślał Włoch.

– Nowy przewodniczący PE David Sassoli jest gorącym zwolennikiem sprowadzania imigrantów do UE – donosił natychmiast Ryszard Czarnecki, mając chyba nadzieję, że ta informacja porazi całą Unię. Nie rozumiał, że poglądy PiS w sprawie migracji są w mniejszości?

Warto to też zestawić z sytuacją z początku obrad: kiedy niektórzy polscy deputowani nie wstali podczas hymnu Unii Europejskiej, czyli „Ody do radości". – Mogę tylko wyrazić ubolewanie, że różnorako zostało to odczytane – tłumaczyła się potem Anna Zalewska. W polityce nie liczy się jednak zamiar, tylko fakty. Eurodeputowani PiS zachowali się obraźliwie, a w dodatku współgrało to z „podaniem tyłów" przez skrajnie antyunijną partię Brexit z Wielkiej Brytanii.

Dlaczego PiS nie rozumie, że w ten sposób mogą zachowywać się jedynie outsiderzy, tacy jak Janusz Korwin-Mikke, którzy nie liczą na żadne stanowiska i układy, a nie partia, która liczy na wejście do gry? Widać to na poziomie krajowym. W polskiej polityce PiS burzy zasady, obyczaje parlamentarne i poczucie tego, co w polityce wypada, a co nie. Tylko że u nas czasem do tego rodzaju działań dostosowuje się opozycja – bo nie ma wyjścia.

W PE PiS jest partią marginalną, której wysiłki, by poobrażać wszystkich, mogą być pomijane lodowatym milczeniem. Jeśli delegacja partii rządzącej szybko tego nie zrozumie, zafunduje sobie więcej takich rozczarowań, jak niewybranie Krasnodebskiego.