We wstępniaku do nowego numeru tygodnika czytamy:
Polskie wojny o pietruszkę. Cały naród poluje na swoją Muchę. To zdumiewające, jak bardzo potrafimy się rozpalić do czerwoności i zaangażować w sprawy, których właściwie nie ma.
To już epidemia, którą rozpoczeła sprawa ACTA. Maziarski nie zważa (ani nie zająknie się), że np. Niemcy postanowiły się zeń wycofać. Do tezy bardziej pasuje mu Ireneusz Krzemiński:
Ustalenia ACTA nie były aż tak dramatyczne, by uzasadniały skalę protestu.
I komentuje:
Święte słowa i nie zmieni tego nawet fakt, że po protestach rząd wycofał się z po parcia dla ACTA.
Po czym podkreśla:
A teraz mamy wojnę o Joannę Muchę. I znowu nie bardzo wiem, o co chodzi.
(...) Oglądałem niedawno film przyrodni czy pokazujący, jak drapieżniki na sawannie polują na stado roślinożerców ciągnących do wodopoju. W starciu z taką gromadą nie mają szans, więc najpierw upatrują sobie konkretną ofiarę i starają się ją wyłuskać, oddzielić od stada. Potem ją osaczają i nękają tak długo, aż padnie ze zmęczenia i upływu krwi. Przypomniały mi się te obrazy, gdy w tym tygodniu obserwowałem sceny polowania na Muchę.
Po czym konkluduje:
A najdziwniejsze, że podobnie jak w wypadku wojny o ACTA cały ten amok ma miejsce w sytuacji, która go kompletnie nie uzasadnia. To prawdziwa zagadka, dlaczego tłum komentatorów i publicystów nagle uznał, że koniecznie musi upolować Joannę Muchę. Ogólnonarodowe poruszenie sugeruje, że dzieje się coś bardzo ważnego i bulwersującego, podczas gdy w rzeczywistości... No właśnie. Może zwieść cię skaczący na ulicy rechot szyderców, lecz pamiętaj: naprawdę nie dzieje się nic i nie stanie się nic - aż do końca.
Ach – panie redaktorze – może o to właśnie chodzi? Miał być np. mecz o Superpuchar, a nie dzieje się nic…