Gdyby popatrzeć chłodnym okiem na krajobraz po bitwie samorządowej, nie sposób nie zauważyć, że lewica jako całość poległa w niej z kretesem.
Twój Ruch nie istnieje na poziomie sejmików, małe organizacje jak Zieloni tu i ówdzie mają pojedynczych radnych, a jedynym ugrupowaniem, które ma radnych w większości sejmików wojewódzkich, jest SLD, choć jego reprezentacja jest o dwie trzecie mniejsza niż po poprzednich wyborach.
Czy efekty wyborów samorządowych skłoniły środowiska lewicowe do wyciągnięcia narzucającego się wniosku dotyczącego wzajemnych relacji po tej stronie sceny politycznej, że dotychczasowa strategia spaliła na panewce i trzeba by poszukać nowej? Otóż nie. Kierownictwo SLD nie chce słyszeć o zmianach. Szef Sojuszu Leszek Miller zaraz po niedzielnej pierwszej turze oświadczył, że roszady na czele partii nie wchodzą teraz w rachubę, choć w 2011 r. wynik 8,2 proc. osiągnięty w wyborach parlamentarnych za rządów Grzegorza Napieralskiego nie pozostawiał wątpliwości, iż ten lider musi odejść. Ze strony kierownictwa SLD słychać też głosy, że 1,3 mln wyborców, którzy poparli partię, to kapitał, którego tak po prostu nie można roztrwonić. A poza tym w sondażach Sojusz ma znowu 11 proc. poparcia.
Mniejsze formacje nadal zamierzają czekać, aż SLD upadnie, licząc na to, że wtedy same wyrosną na ugrupowania czołowe na lewicy. Żeby przyspieszyć ten upadek, dwie niszowe formacje, SdPl i Unia Lewicy, wystosowały kilka dni temu list otwarty, w którym zaatakowały Millera za wspólny front z PiS w sprawie nieprawidłowości w wyborach samorządowych. Po czym zaapelowały do działaczy Sojuszu o szerokie porozumienie ludzi lewicy.
Janusz Palikot ogłosił zaś, że nie kieruje już ugrupowaniem lewicowym, lecz „partią zmiany", i liczy, że w wyborach prezydenckich w maju 2015 r. zdobędzie kilkanaście procent głosów, co przełoży się na wyborczy sukces Twojego Ruchu w jesiennych wyborach parlamentarnych.