Podczas wizyty w Białym Domu sekretarza generalnego Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego Marka Ruttego, która odbyła się w przededniu szczytu Sojuszu w Ankarze, padły po raz pierwszy słowa o europejskich zamówieniach na uzbrojenie amerykańskie wartych 300 miliardów dolarów oraz 200 tysiącach miejsc pracy wygenerowanych dzięki tym zamówieniom w amerykańskiej gospodarce.
Mark Rutte mówi o 300 miliardach dolarów wydawanych na broń w USA. Co składa się na tę kwotę?
W czasie spotkania z prezydentem Donaldem Trumpem Rutte zaprezentował wykresy zatytułowane „Trump Trillion” (pol. bilion Trumpa) oraz wyliczenia dotyczące wartości europejskich zamówień na amerykański sprzęt wojskowy i wynikających z nich korzyści dla amerykańskiego rynku pracy. Te same tezy zostały niedawno powtórzone w wywiadzie dla „Financial Times”.
Czytaj więcej
Sekretarz generalny NATO Mark Rutte powiedział w czwartek w Atlantic Council, że podczas nadchodzącego szczytu NATO w Ankarze ogłoszone zostaną kon...
Rutte, mówiąc o wydatkach Europejczyków rzędu 300 miliardów dolarów na sprzęt wojskowy z USA, z pewnością nie ma na myśli rocznych wydatków europejskich sojuszników na amerykański sprzęt, tylko skumulowaną wartość już podpisanych kontraktów. To, mówiąc językiem przemysłu, order book (pol. portfel zamówień).
Według przywoływanych przez Ruttego danych zamówienia z roku 2025 to około 54 miliardów dolarów wydanych przez Europejczyków i Kanadyjczyków na amerykański sprzęt. Chociaż Kanada nie jest krajem europejskim, Rutte policzył także jej zamówienia jako członka NATO niebędącego Stanami Zjednoczonymi. Reszta z owych 300 miliardów to przyszłe zobowiązania. Część z nich wynika z kontraktów już podpisanych. Część z planowanych dopiero zakupów. Roczne wydatki zbrojeniowe europejskiej części NATO wraz z Kanadą sięgną w 2025 roku około 574 miliardów dolarów, według rocznego raportu Sojuszu.
Rutte nie podaje przy tym szczegółowej listy kontraktów, z których ta suma miałaby się składać. Wiemy tylko tyle, ile sam zdradza. Chodzić ma głównie o samoloty bojowe, obronę przeciwlotniczą i przeciwrakietową, wozy bojowe oraz amunicję.
Inne analizy dopowiadają, że chodzi o kontrakty na myśliwce F-35, zestawy Patriot, czołgi Abrams czy wyrzutnie HIMARS jako główne pozycje tej „niepublicznej faktury”. To jednak uzupełnienie z zewnątrz, nie deklaracja samego sekretarza generalnego i warto o tym zastrzeżeniu pamiętać, gdy mówimy o owych 300 miliardach dolarów.
Europa kupuje dużo amerykańskiej broni. Najwięcej kupuje jej Polska
Spory udział w zamówieniach lokowanych w amerykańskim przemyśle zbrojeniowym ma Polska. Jak pisaliśmy już w „Rzeczpospolitej”, licząc tylko kontrakty z ostatnich kilku lat, Polska zakontraktowała w Stanach Zjednoczonych sprzęt na grubo ponad 200 mld zł, co przy obecnym kursie daje w przybliżeniu 50 miliardów dolarów. To liczba nieobejmująca zakupu F-16 z 2003 roku ani drobniejszych zakupów (Javeliny, części zamienne, serwis).
Ze wstępnych zapowiedzi MON wynika, że planuje on tylko na lata 2026 i 2027 wydać w USA jeszcze ponad 45 miliardów złotych, czyli nieco ponad 10 miliardów dolarów. Po części dzięki uwolnieniu części środków budżetowych będącemu skutkiem refinansowania niektórych wcześniejszych zamówień środkami z SAFE.
Program SAFE
To przeczy części narracji polityków opozycji, głównie PiS i Konfederacji, którzy ostrzegają, że unijny mechanizm finansowania zakupów zbrojeniowych SAFE może w przyszłości ograniczyć możliwość kupowania sprzętu w Stanach Zjednoczonych na rzecz dostawców z Europy. Dotychczasowe kontrakty pokazują, że na razie do żadnego takiego ograniczenia nie doszło.
200 tysięcy etatów dla Amerykanów. Dane podawane przez Marka Ruttego są możliwe, ale niekoniecznie prawdziwe
Podobnie policzona jest liczba miejsc pracy, jakie wydatki europejskich sojuszników w USA mają zapewniać Amerykanom. Rutte rozbija ją na dwa składniki: około 83 tysiące etatów ma wynikać z inwestycji europejskich koncernów zbrojeniowych w zakłady i produkcję na terenie USA. Kolejne 112 tysięcy to miejsca pracy powiązane bezpośrednio z zakupami sprzętu przez europejskie rządy. Razem daje to około 195 tysięcy. Nie jest to jednak twardy odczyt z amerykańskich statystyk zatrudnienia w rozbiciu na konkretne fabryki i stany, tylko klasyczny szacunek oparty na mnożnikach zatrudnienia, od dekad stosowanych w analizach przemysłu obronnego. Również w amerykańskich oficjalnych statystykach branżowych.
Czytaj więcej
Prezydent USA Donald Trump ogłosił kolejny przełom w przemyśle zbrojeniowym. Tym razem chodzi o koncerny Ford i General Motors, które miałyby przes...
I tak np. Aerospace Industries Association (AIA), czyli główne amerykańskie stowarzyszenie reprezentujące przemysł lotniczy i zbrojeniowy, w dorocznym raporcie za 2024 rok szacuje, że każdy milion dolarów sprzedaży końcowej w tym sektorze podtrzymuje cztery miejsca pracy, licząc łącznie produkcję finalną i cały łańcuch dostaw. Gdyby zastosować ten wskaźnik wprost do 300 miliardów dolarów europejskiego portfela zamówień, wyszłoby ponad milion etatów, a więc kilkukrotnie więcej niż podaje sekretarz generalny NATO. Rutte posłużył się zatem metodą wyraźnie bardziej ostrożną niż standardowe mnożniki branżowe, co można czytać dwojako: jako przejaw rzetelności i unikania przesady lub uwzględnienie węższego kręgu miejsc pracy bezpośrednio powiązanych z konkretnymi kontraktami rządowymi, bez pełnego efektu mnożnikowego w całym łańcuchu dostaw. Rozbieżność rzędu kilkuset tysięcy etatów między jedną a drugą metodologią najlepiej pokazuje, jak bardzo wynik takiego rachunku zależy od przyjętych założeń, a nie tylko od twardych danych wejściowych.
Rząd wielkości podany przez Ruttego jest prawdopodobnie w miarę sensowny, warto jednak pamiętać, że tego rodzaju mnożniki bywają dobierane różnie w zależności od tego, komu i po co ma służyć finalna liczba. Mark Rutte też z takiej możliwości skorzystał. W tym sensie przedstawione przez niego liczby nie są fałszerstwem, tylko politycznym opakowaniem wygodnych, choć niepełnych danych.
Mark Rutte przekonuje Donalda Trumpa do NATO, mówiąc językiem prezydenta USA
Nietrudno się domyślić, po co Rutte to wszystko prezentuje. I dlaczego w ten właśnie sposób. To przekaz adresowany do Donalda Trumpa i sformułowany w charakterystycznym języku amerykańskiego prezydenta. Przekaz jest prosty. Europejskie dozbrajanie się to nie tylko koszt dla europejskich podatników, ale też program wsparcia dla amerykańskiej gospodarki i klasy pracującej. To swoiste „America First” realizowane rękami Europejczyków kupujących amerykańską broń. Mark Rutte najwyraźniej liczy, że będzie to argument trudny do zignorowania przez administrację Trumpa i samego prezydenta, gdy trzeba będzie ich przekonać, że obecność w NATO wciąż USA się opłaca.
Czytaj więcej
W przeddzień 250. rocznicy niepodległości USA o rywalizacji z Chinami, przyszłości Tajwanu i słabnących więziach transatlantyckich rozmawiamy z Pau...
Rutte dorzuca przy okazji, że około połowa wydatków europejskich państw NATO na produkcję obronną trafia dziś do Stanów Zjednoczonych. To działa w dwie strony. Z jednej strony wzmacnia argument o korzyściach dla USA. Z drugiej przypomina o czymś, co w Brukseli i innych europejskich stolicach traktowane jest coraz częściej jako problem, a nie powód do chwały, czyli o uzależnieniu Europy od amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego. Sam Rutte wspomina zresztą o wspólnych apelach NATO i Komisji Europejskiej o zwiększenie europejskiej produkcji uzbrojenia. Trudno jednocześnie chwalić się tą zależnością i deklarować chęć jej ograniczenia. Takie sprzeczności w polityce od dawna nikogo jednak nie dziwią.
Ta „statystyczna” narracja ma też swoje wyraźne luki, i to one decydują o tym, czy mamy do czynienia z analizą, czy z politycznym przekazem. Po pierwsze, brakuje rozróżnienia, jaka część 300 miliardów to już zrealizowane dostawy, a jaka to dopiero podpisane kontrakty, odległe w czasie zamówienia, które równie dobrze mogą zostać przesunięte, ograniczone lub renegocjowane, tak jak regularnie dzieje się z dużymi programami zbrojeniowymi po obu stronach Atlantyku.
Po drugie, 200 tysięcy miejsc pracy to liczba brutto, bez odpowiedzi na pytanie, ile z tych etatów powstałoby i tak, niezależnie od europejskich zamówień, choćby dzięki rosnącym krajowym kontraktom zawieranym przez Pentagon.
Po trzecie, Rutte nie mówi nic o kosztach, jakie ponoszą europejskie budżety obronne za to, że tak duża część ich wydatków trafia za ocean, zamiast zasilać rodzimy, wciąż rozwijający się przemysł zbrojeniowy.
Prawdziwy test tej narracji dopiero nadejdzie, gdy Europa zacznie stawiać pytanie, ile własnych miejsc pracy traci na rzecz tych 200 tysięcy stworzonych w Ameryce.