Polska jest krajem z deficytem lekarzy – to dość powszechne przekonanie. I to właśnie deficyt personelu w służbie zdrowia uważa się za główną przyczynę patologii – w tym długiego, niekiedy wieloletniego oczekiwania na wizyty, zabiegi czy operacje. Ten sam deficyt ma być przyczyną braku personelu lekarskiego na SOR-ach czy anestezjologów niezbędnych przy poważniejszych operacjach itd.
Ten sam deficyt lekarzy ma prowadzić do podejmowania pracy w różnych placówkach, łączenia funkcji, a przede wszystkim – co najbardziej razi w oczy – uwolnienia płac. Szerokim echem w całym kraju odbiła się informacja o braku chętnych na stanowisko szefa SOR w szpitalu w Bielsku-Białej, mimo że można tam było zarobić nawet sto tysięcy zł miesięcznie. To także oś ujawnionej przez portal Zero.pl afery z udziałem koordynatora SOR w Szpitalu Południowym w Warszawie, a jednocześnie radnego KO, który, choć nie miał jeszcze specjalizacji, zarobił w 2025 r. milion sześćset tysięcy złotych. Kwota ta wstrząsnęła opinią publiczną. Przy średniej krajowej wynoszącej 6 910 zł netto miesięcznie oburzenie nie powinno dziwić. Historia z afiliowanym politycznie lekarzem „rozbiła system” i przez wielu jest uznawana za cios w wizerunek rządzącej koalicji. Oraz – przynajmniej pozornie – potwierdziła przekonanie, że mamy do czynienia z poważnymi brakami wśród lekarzy. Czy tak jest w istocie?
Czy oficjalne dane potwierdzają, że Polsce brakuje lekarzy?
Warto sprawdzić oficjalne dane, by się przekonać, że to prawda pozorna. W Polsce mamy ponad 163 tysiące osób posiadających prawo wykonywania zawodu lekarza. Aktywnych zawodowo jest 141,5 tysiąca osób. Na 1000 mieszkańców Polski przypada zatem, według Naczelnej Izby Lekarskiej, 4,2 lekarza. Według kryteriów OECD w 2025 r. osiągnęliśmy wskaźnik 3,9 lekarza, co oznacza, że dogoniliśmy europejską średnią – dane pochodzą z raportu „Health at a Glance 2025”. Nie czyni nas to jednak europejskimi liderami. Unijna średnia wynosi 500 lekarzy na 100 tys. mieszkańców – to norma w Grecji, Portugalii czy Austrii. Polska w POZ (Podstawowa Opieka Zdrowotna) ma 100 lekarzy na 100 tys. mieszkańców, podczas gdy Holandia – 183, a Irlandia – 174. To spora różnica, ale trudno mówić o cywilizacyjnej przepaści.
Lekarze szukają pracy w dużych ośrodkach, a brakuje ich w „terenie”. Wybierają także łatwiejsze i bardziej „dochodowe” specjalizacje, a brakuje ich w tych, które wymagają cięższej pracy i gdzie możliwości zarobkowania są mniejsze
Dużo bardziej optymistycznie wygląda niwelowanie tej różnicy. W Polsce studia medyczne cieszą się sporą popularnością i właśnie dzięki nowemu pokoleniu lekarzy bilans potrzeb i zatrudnienia szybko zostanie wyrównany. W roku akademickim 2025/26 kształcimy na kierunku lekarskim 10 249 osób (w tym 6 649 stacjonarnie w języku polskim). Liczba absolwentów kierunku lekarskiego wynosi 13 na 100 tys. mieszkańców i jest wyższa od średniej OECD. Jeszcze lepsze są prognozy: rychło osiągniemy 21 absolwentów na 100 tys. mieszkańców. To jeden z najwyższych wskaźników w krajach OECD.
Wydatki na leki i świadczenia zdrowotne
Ilu lekarzy potrzebuje Polska?
A ilu lekarzy naprawdę potrzebujemy? Średnia europejska to 4,04 lekarza na tysiąc mieszkańców. Do tego wskaźnika jest nam bardzo blisko. Prawda, która kryje się za tymi liczbami jest jednak bardziej skomplikowana. Występuje bowiem duże zróżnicowanie terytorialne, jeśli chodzi o liczbę lekarzy. Szukają oni bowiem pracy w dużych ośrodkach, a brakuje ich w „terenie”. Wybierają także łatwiejsze i bardziej „dochodowe” specjalizacje, a brakuje ich w tych, które wymagają cięższej pracy i gdzie możliwości zarobkowania są mniejsze. Lekarze na koniec nawigują w stronę prywatnej ochrony zdrowia, albo próbują łączyć pracę w placówkach prywatnych z POZ.
Efekty? Deficyt medyków w określonych specjalizacjach i dramatyczny brak kwalifikowanej opieki zdrowotnej „na prowincji”. Miała temu zaradzić reforma, w tym uwolnienie płac lekarzy, system corocznych podwyżek i pełna liberalizacja reguł zatrudniania. Jak widać, niewiele z tego wyszło. Pojawiły się za to „kominy”, które uruchomiły niebezpieczny, wymierzony w lekarzy populizm. Potrzebna jest zmiana. Jaka? To kwestia dyskusyjna.
Jak zmienić system ochrony zdrowia w Polsce?
Eksperci widzą potrzebę aktywniejszej roli państwa oraz samorządu lekarskiego. Powinna być prowadzona świadoma polityka równoważenia wyboru (przydziału) specjalizacji. Potrzebne są przepisy wymuszające określone liczby specjalistów, np. w stacji dializ czy na bloku operacyjnym. Oraz ściślejszy monitoring w zakresie pełnienia równoległych ról. Potrzebne jest także promowanie (również przy pomocy narzędzi finansowych) pracy w mniejszych ośrodkach. Społeczną patologią jest fakt, że 28 proc. lekarzy pracuje w pięciu dużych miastach. Co jeszcze powinno się zmienić?
Czytaj więcej
Afera z radnym Dawidem Kacprzykiem i jego szpitalnym salonikiem dla VIP-ów z KO zaboli Donalda Tuska dużo mocniej niż tysiąc kłótni w rządzie, któr...
Na pewno rozwinięcie i promowanie zawodów „okołomedycznych” takich jak koordynator czy asystent. Potrzebna jest walka z mitami, choćby o konieczności korzystania z opieki specjalisty. Eksperci mówią, że to nieprawda; większość pacjentów może znajdować się pod opieką lekarza rodzinnego. Przykładowo w Holandii co szósta porada jest specjalistyczna – w Polsce aż co druga.
Jest jeszcze inny mit – o potrzebnych specjalizacjach „podążających” za starzejącym się społeczeństwem. Rzekomo wymusza to rozwój specjalizacji geriatrycznej. Czy jednak geriatra leczy jakieś choroby, których nie jest w stanie zrobić lekarz innej specjalizacji? – pytają eksperci od szkolenia medyków.
Na koniec apel. Myślę, że niezwykle oczywisty i uniwersalny, który często jednak przepada w atmosferze populistycznej nagonki: lekarz to jeden z najtrudniejszych i najcenniejszych społecznie zawodów. Odpowiada za ratowanie ludzkiego życia. Podejmując decyzje o pracy lekarzy kierujmy się umiarem i wyjątkowym rozsądkiem. Unikajmy uproszczeń i populizmu. Inaczej – strzelimy sobie bramkę samobójczą. I wszyscy na tym stracimy.