Polska jest krajem z deficytem lekarzy – to dość powszechne przekonanie. I to właśnie deficyt
personelu w służbie zdrowia uważa się za główną przyczynę patologii – w tym
długiego, niekiedy wieloletniego oczekiwania na wizyty, zabiegi czy operacje. Ten sam deficyt ma być przyczyną braku personelu lekarskiego na SOR-ach czy anestezjologów niezbędnych przy
poważniejszych operacjach itd.
Ten sam deficyt lekarzy ma prowadzić do podejmowania pracy w różnych placówkach, łączenia funkcji, a przede
wszystkim – co najbardziej razi w oczy – uwolnienia płac. Szerokim echem w
całym kraju odbiła się informacja o braku chętnych na stanowisko szefa SOR w szpitalu w Bielsku-Białej, mimo że można tam było zarobić nawet sto tysięcy zł
miesięcznie. To także oś ujawnionej przez portal Zero.pl afery z udziałem koordynatora SOR w Szpitalu Południowym w
Warszawie, a jednocześnie radnego KO, który, choć nie miał jeszcze
specjalizacji, zarobił w 2025 r. milion sześćset tysięcy złotych. Kwota ta wstrząsnęła opinią
publiczną. Przy średniej krajowej wynoszącej 6 910 zł netto
miesięcznie oburzenie nie powinno dziwić. Historia z afiliowanym politycznie lekarzem
„rozbiła system” i przez wielu jest uznawana za cios w wizerunek rządzącej
koalicji. Oraz – przynajmniej pozornie – potwierdziła przekonanie, że mamy do
czynienia z poważnymi brakami wśród lekarzy. Czy tak jest w istocie?