Yoshiro Mori to były premier Japonii. Od dwóch lat kieruje komitetem organizacyjnym igrzysk Tokio 2020. Jest starszym panem, za kilka dni będzie obchodził 79. urodziny. Idealnie wpisuje się w obecną kondycję japońskiej polityki - starzejącej się, nieczułej na potrzeby innych oraz popełniającej gafę za gafą.
Podczas ceremonii pożegnania sportowców przed wylotem do Rio Mori stwierdził, że żaden z Japończyków nie może mamrotać państwowego hymnu pod nosem. Dodał, że według niego każdy, kto dopuści się takiego beszczeszczenia tradycji, nie powinien zasłużyć na możliwość reprezentowania swojego kraju.
Japońskie igrzyska wciąż napotykają na swojej drodze problemy. A to budżet futurystycznego stadionu przerósł możliwości miasta i trzeba było w atmosferze skandalu rozpisywać przetarg na kolejny. Logo igrzysk okazało się plagiatem znaku graficznego belgijskiego teatru i należało je wymyślać na nowo. Przed kilkoma dniami burmistrz Tokio podał się do dymisji ze względu na wystawny tryb życia i już wiadomo, że kolejne wybory przypadną na moment przed otwarciem sportowego święta za 4 lata. W skrócie - miało być pięknie, wychodzi jak zwykle.
Do tego wszystkiego pozostaje Mori. Otoczony podobnymi sobie równolatkami, pozbawiony kojarzącego się z japońską kulturą wyczucia, krytykujący porażki japońskich sportowców i wreszcie z bogatą historią wpadek z czasów kierowania rządem.
Podczas igrzysk w Soczi w 2014 roku mówił do dziennikarzy z całego świata tylko po japońsku twierdząc, że za jego młodości angielski był językiem wroga. Upierał się, że skoro Japonia była w stanie zorganizować igrzyska 19 lat po zakończeniu II wojny, to z pewnością poradzi sobie kolejny raz z pokazaniem światu swojej potęgi w 2020 roku. Może i tak się stanie, ale jak na razie wszystko przemawia przeciwko niej. Jak na razie trzeba trzymać kciuki, żeby sportowcy nie mamrotali hymnu. W końcu to najstarszy tego typu utwór na świecie.