Jak pisze Ryszard Czarnecki na blogu, na drodze do porozumienia w sprawie spotkania stanęły kwestie finansowe.
Yunus (a ściślej jego najbliżsi współpracownicy) "zaśpiewał" bardzo konkretną cenę 45 tys. euro… Jednak z noblistami – i ich zapleczem ? można negocjować. Koniec końców stanęło na 6 tys. euro. A, gdy w ostatniej chwili fundacja uznała, że to też za dużo, druga strona w imieniu Yunusa powiedziała ostatnie słowo: 3 tys. euro… Opowiedzieli mi o tym ludzie, którzy te negocjacje prowadzili. Mają nagrane rozmowy, zachowali maile i smsy.
Czarnecki twierdzi, że był zaproszony na tenże panel, który – ostatecznie – nie doszedł do skutku.
Przyszedłem publicznie zadać mu kilka pytań: 1. Czy to prawda, że jest skazany prawomocnym wyrokiem w jego kraju – Bangladeszu za defraudację? 2. Jak skomentowałby norweski film pokazujący, że nie rozliczył się z dziesiątków milionów dolarów pomocy zagranicznej dla jego fundacji? Zważywszy, że to głównie Norwegia była donatorem działalności Pana Yunusa, zarzut to poważny i godny publicznej spowiedzi. 3. Czy godne jest żądanie krociowych honorariów przez człowieka, który dostał Pokojowego Nobla za walkę z biedą?
Polityk PiS ubolewa, że nie miał okazji uzyskać odpowiedzi od Yunusa:
Czy to owa polska fundacja nie chciała zapłacić, czy też może ktoś inny ją przelicytował? Ciekawe, czy prezydent Komorowski też zapłacił, żeby spotkać się z gościem z Bangladeszu? Jeśli tak: to ile? Polski podatnik ma prawo to wiedzieć. A prezydent ma obowiązek o tym poinformować. A może za spotkanie obu panów zapłacił ktoś inny?
Swoją drogą, nie byłby to pierwszy „pokojowy” noblista, który za swoje „wykłady” żąda bajońskich sum…