Lewicowa i liberalna retoryka, jaką słyszymy i czytamy na co dzień w mediach pełna jest pięknie wyartykułowanych zdań i idei, które na pierwszy rzut oka da brzmią co prawda słusznie, a nawet pięknie, lecz przy bliższym zastanowieniu się nie mają żadnego sensu. "Państwo nie powinno decydować o ciele kobiety". "Kościół nie może mieszać się w sprawy publiczne państwa". Wiadomo, o co chodzi.

Piękny przykład jednego z takich pozbawionych treści frazesów dała dziś posłanka Anna Grodzka. Wypowiadając się dla Natemat.pl na temat sprawy prof. Chazana, wypowiedziała ona takie oto wspaniałe zdanie.

Nie może być tak, że jakaś mniejszość czy większość narzuca swoje wybory moralne pozostałej części społeczeństwa.

Prawda, że brzmi słusznie?

Tyle, że gdyby wcielić tę jakże słuszną ideę w życie, nie można by prawie w ogóle stanowić jakichkolwiek praw. Wszak różne są przecież moralności. Zapewne nie każdy uważa, że niemoralne jest kazirodztwo (lub cokolwiek innego, co jest obecnie zakazane, a nikogo nie krzywdzi), a jednak brutalna większość narzuciła swój wybór moralny na tę uciśnioną grupę. Jakby tego było mało, Grodzka niemal natychmiast przystępuje do próby złamania swojej maksymy. Mówi bowiem:

Jeśli ktoś uważa, że płód to dziecko z duszą, w związku z tym nie zostaje ginekologiem. Tak powinna działać klauzula sumienia.

Czy to nie narzucanie swojej wizji moralności innej grupie? (Nie mówiąc już o tym, że takie prawo byłoby jawną dyskryminacją bardzo dużej grupy lekarzy.) I czy w ogóle uznanie aborcji za dopuszczalny zabieg nie jest "wyborem moralnym" narzuconym innej grupie?

Żeby było jeszcze zabawniej, zdanie, które posłanka wypowiada po ww. sentencji ("Nie może być tak..."), brzmi:

Pozwolenie na urodzenie się tego dziecka jest niemoralne, przede wszystkim wobec matki, ale i wobec noworodka.

Narzucać to my im, nie oni nam.