Z relacją między logiką, a polityczną logiką jest czasami tak, jak z krzesłem i krzesłem elektrycznym. Różnicę tę można było w pełnej krasie zaobserwować w piątek w sejmie, gdzie toczyła się debata - jak zwykle pasjonująca - na temat obywatelskiego projektu ustawy wprowadzającej kary dla "edukatorów seksualnych", których lekcje miałyby zachęcać do nieletnich do seksu.

Z tej okazji w Sejmie występował pełnomocnik Mariusz Dzierżawski, który opowiadał o tym,  jak mogą wyglądać lekcje wychowania seksualnego w wykonaniu niektórych grup edukatorów. Podawał przy tym cytaty z publikacji, jakie miałyby być skierowane dla dzieci.

W Polsce już działają tzw. seksedukatorzy. Oni działają nieformalnie, ale przy wsparciu ministerstwa edukacji. Najbardziej znaną organizacją jest „Ponton". I „Ponton" na swojej stronie proponuje, jako podręczniki tej seksedukacji, „Wielkie księgi cipek i siusiaków". Krótki wyimek z tych ksiąg: "Jak się brandzlować. Co się robi, jak się brandzluje i co to jest orgazm?" Odpowiedź sugerowana brzmi: "chłopak, który się onanizuje, chwyta siusiaka i przesuwa siusiaka w górę i w dół, ściągając i naciągając napletek..."

Dzierżawski nie mógł jednak dokończyć cytowania tych przeznaczonych dla młodzieży treści bo przerwała mu przyszła premier Ewa Kopacz, ze względu na...możliwość zgorszenia obecnej w Sejmie młodzieży.

Przepraszam bardzo, czy zechciałby pan zwrócić uwagę, tam też są młodzi ludzie. (...) Dlatego proszę pana sprawozdawcę o lepszy dobór słów.

Czyżby więc Marszałek Sejmu zgodziła się, że lekcje seksedukatorów mogą być nieodpowiednie dla dzieci? Czyżby była ukrytą konserwatystką? To zbyt pochopny - bo zbyt logiczny - wniosek.

Tak i Kopacz, jak cała Platforma zagłosowały bowiem za odrzuceniem obywatelskiej inicjatywy.