Używanie analogii - szczególnie tych odwołujących się do historii - bywa trudnym i niewdzięcznym zabiegiem. Wiadomo: nigdy się nie wchodzi dwa razy do tej samej rzeki i w ogóle to panta rhei. Dobrą ilustracją tej prawidłowości jest dzisiejszy wybryk Wojciecha Maziarskiego, który napisał w "Gazecie Wyborczej" pełen pasji artykuł w obronie euro.
Redaktor ubolewa w nim, że Polacy już nie chcą przyjmować wspólnej waluty i obwinia za ten "propagandę narodowej prawicy". A żeby wyjaśnić czytelnikom, jak wielkim jest to błędem, przywołuje całe mnóstwo analogii. Dość frywolnych. Dlatego mamy tu np. - ni stąd, ni zowąd - odwołanie do Targowicy.
W świadomości społecznej nastąpił dramatyczny regres, wielu obywateli straciło orientację, co jest naprawdę dobre dla Polski, a co jej szkodzi.
Znamy takie sytuacje z historii. W epoce konfederacji targowickiej wielu Polaków zapewne szczerze wierzyło w bałamutne hasła obrony polskiej szlacheckiej wolności, w rzeczywistości wpychając kraj pod władzę Moskwy.
Prawdziwy festiwal analogii wywołuje jednak u Maziarskiego postawa publicysty "W Sieci" Piotra Zaręby, który jest przeciwny euro, bo "wspólna waluta oznacza "zlanie się" Polski z ponadnarodową Europą.
Czym taka postawa i taki sprzeciw grozi? Przekonajmy się sami:
Może proponuje Zaremba Polsce kurs na niezależność i samodzielność? Świetny pomysł. Niezaprzeczalne zalety tego modelu są właśnie testowane w Donbasie. Zresztą, co tam Donbas! Sami mamy bogate doświadczenia w szukaniu trzeciej drogi między Wschodem a Zachodem. Rozbiory, utrata państwowości, pakt Ribbentrop-Mołotow, okupacje, pół wieku komunizmu - zebrało się tego trochę...
Dwieście lat błądzenia w labiryncie historii - szczur już by trafił do wyjścia, a Zaremba nie może.
Uff. Zwolnijmy trochę, i zastanówmy się nad trafnością tych analogii.
Donbas? Do wojny na Ukrainie doszło nie dlatego, że Ukraina trzymała kurs na niezależność, lecz wręcz przeciwnie: opowiedziała się jednoznacznie za Zachodem i porzuciła swój "pozablokowy" status. Oczywiście, gdyby zrobiła to wcześniej, kiedy Rosja nie była tak agresywna i "asertywna", być może do tego by nie doszło. Ale to tylko spekulacje.
Analogia z rozbiorami wydaje się ciut lepsza, choć trudno powiedzieć, by były one efektem braku chęci I RP do integracji z Zachodem. Jakby tego było mało, w XVIII w. byliśmy i sojusznikiem Rosji, i Prus. Wiadomo, co z tej "integracji" wynikło.
Totalnym kuriozum jest natomiast pakt Ribbentrop-Mołotow. Czy Maziarski, wzorem Zychowicza sugeruje , że Polska powinna była przystąpić do koalicji pod wodzą Hitlera? I czy aby na pewno polska polityka zagraniczna była wówczas "trzecią drogą"? Czyżby Polska polityka nie miała wówczas zdecydowanie zachodniej orientacji, opartej o sojusz z Francją?
I po co to wszystko? Tylko po to, by powiedzieć, że w strefie euro będzie nam lepiej i bezpieczniej. Można to zrobić bez historycznych wygibasów.
Jakby tego było mało, tekst Maziarskiego nosi tytuł "Piotr Zaremba w labiryncie historii". Obawiam się, że jemu samemu przydałaby się jakaś nić Ariadny.