Od dłuższego czasu polska prawica – zarówno ta polityczna, jak i metapolityczna – zajmuje się przede wszystkim protestowaniem. Sęk w tym, że głośny protest nie jest wcale objawem siły, lecz słabości. Co gorsza, daje kulturowej lewicy podstawy do ofensywy.

Rok połajanek

W 2005 roku PO i PiS szły do władzy nie tyle może z gotowymi projektami ustaw, ile z dość precyzyjną diagnozą bolączek III RP i kilkoma sztandarowymi planami – takimi jak powołanie CBA, likwidacja WSI, dokończenie lustracji, dekomunizacji i dezubekizacji.

Jeśli zaś dziś spojrzeć na prawo, to prócz obsesji odsunięcia od władzy najpierw ekipy Donalda Tuska, a teraz Ewy Kopacz oraz Bronisława Komorowskiego i cofnięcia najsensowniejszej reformy PO – podniesienia wieku emerytalnego – nie widać żadnych nowych idei, które wyszłyby z prawicowych kręgów intelektualnych.

Przed dziesięcioma laty można było wskazać co najmniej kilka świetnych ośrodków intelektualnych, gdzie wykuwały się pomysły, które miały zmieniać Polskę. Dziś część konserwatywnych intelektualistów na stałe weszła do polityki i swe umiejętności analityczne oddała na usługi obrony aktualnej linii partii. Inni zaś na chwilę zostali wessani w wir polityki, a potem zostali przemieleni, wypluci i obecnie egzystują gdzieś na obrzeżach życia publicznego. Siłą rzeczy więc pole działania prawicy się zawęziło –  trudno nie odnieść wrażenia, że ogranicza się ono wyłącznie do głośnych protestów i moralnego oburzenia.

Czy politycy PiS nadają się na konserwatywnych tytanów, którzy stawią czoło rewolucji?

2014 rok zaczął się i skończył tradycyjnymi połajankami pod adresem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Mieliśmy obronę krzyża, który zniknął z Giewontu na spocie MSZ. Prawica oburzała się zmianami programowymi w szkole, piętnując programy typu genderowe przedszkole itp., podobnie jak konwencję o przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet. Irytował ją spektakl „Golgota Picnic". Wiele energii środowiska prawicowe włożyły w protest przeciw emisji w TVP spotów reklamujących związki partnerskie. Zbulwersowanie wywołała akcja promocyjna sieci Empik z udziałem Nergala i Marii Czubaszek. Były protesty przeciw warszawskiej tęczy i odwołaniu profesora Bogdana Chazana z funkcji dyrektora stołecznego szpitala położniczego, a także przeciw oddawaniu honorów generałowi Wojciechowi Jaruzelskiemu podczas jego pogrzebu. Kilkudniowe oburzenie wywołała inicjatywa upamiętnienia minutą ciszy Stanisława Mikulskiego.

Ostatnio prawica mocno zaangażowała się w sprzeciw wobec nieprawidłowości podczas wyborów samorządowych. Wdzięcznym obiektem szyderstwa stało się też pendolino – zupełnie jakby zakup kilkunastu szybkich pociągów stanowił jakąś zbrodnię na narodowej tożsamości.

Ważne z nieważnymi

Problem z tymi protestami polega jednak na tym, że często są one uzasadnione. Co więcej, dotyczą spraw fundamentalnych.

Jednak zdarza się i tak, że aferę rozpętuje się wokół kwestii błahych. A to już znacznie osłabia moc protestów. Jeśli bowiem sprawa tak poważna, jak wolność sumienia katolickich lekarzy, budzi takie same emocje jak brak krzyża na filmiku reklamowym MSZ, to rzeczywisty problem ulega zrelatywizowaniu. Albo gdy sprawa tak fundamentalna, jak manipulacje programem nauczania w szkołach mające przystosować go do intelektualnych mód nowej lewicy, podlega takiej samej krytyce jak obecność pani Czubaszek w reklamie księgarni, to waga tej pierwszej sprawy znacznie się obniża. Gdy bowiem oburzamy się na wszystko w takim samym stopniu, wtedy kwestie naprawdę istotne się zacierają. A nasze oburzenie przestaje cokolwiek znaczyć.

Do tego dochodzi zjawisko upartyjnienia spraw obyczajowych, kulturowych i cywilizacyjnych. Jeśli w jakichś sprawach – dajmy na to związanych z wartościami chrześcijańskimi – głównym rozgrywającym staje się Prawo i Sprawiedliwość, to przeciwnicy polityczni tej partii rytualnie zaczynają się z jej stanowiskiem nie zgadzać. Upolitycznienie sporów obyczajowych przez prawicę jest zaś na rękę lewicy. Kiedy kolejne sprawy przenoszone są do sporu politycznego i stają się przedmiotem partyjnej walki, zawęża się pole społecznego konsensusu, a to pozwala na coraz szybsze zmiany obyczajowe.

Mało tego. Skoro prawica swe działania redukuje do symboli, głośność sporu staje się ekwiwalentem działania. Zatem im głośniejszy protest prawicy, tym bardziej stanowcza reakcja lewicy. Przykład? Gdy konserwatyści zablokowali pokaz „Golgoty Picnic", lewica uderzyła na alarm, że talibowie wprowadzają totalitaryzm.

W rezultacie prawica ze swego wielkiego oburzenia nie odniosła żadnych korzyści, a na dodatek jej inicjatywy odbierane są jako potężna konserwatywna kontrrewolucja, która daje asumpt do twierdzeń o rzekomej wszechpotędze biskupów czy zaczątkach państwa wyznaniowego. Ponieważ lewica lepiej zarządza kontrprotestem, obyczajowy konsensus przesuwa się coraz bardziej w lewą stronę.

Z tym zaś związane jest jeszcze jedno zjawisko, o którym mówiła w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej" Jadwiga Staniszkis. Choć odnosiła się wówczas do rzecznika PiS Adama Hofmana, jego odejście z partii niewiele tu zmienia. Jeśli dziś jesteśmy świadkami powolnej, ale bardzo głębokiej zmiany obyczajowej czy wręcz cywilizacyjnej, warto postawić pytanie, czy rzeczywiście czołowi politycy PiS nadają się na konserwatywnych tytanów, którzy stawią czoła rewolucji.

Powodów uwiądu prawicy zapewne jest wiele. Jednym z nich jest to, że osoby z nią kojarzone są systematycznie rugowane z życia publicznego w ramach konfliktu PiS–PO. Nie bez znaczenia była też katastrofa smoleńska, w której zginęły postaci naprawdę nietuzinkowe.

Wszystko to sprawia, że prawica w najbliższym czasie nie ma szans na skuteczne przejęcie władzy. Nie jest na to bowiem ani intelektualnie, ani politycznie gotowa. Nie ma nowych idei, nowych pomysłów. Bo gdzie jest tych 150 osób, których potrzeba, by realnie zmieniać państwo – ministrów i wiceministrów, bez których trudno będzie cokolwiek sensownego zdziałać?

Nie tylko protest

Co prawica powinna więc robić? Spróbować zdefiniować najważniejsze problemy polityczne i społeczne (nie, nie da się wszystkiego sprowadzić do praprzyczyny zła, że rządzi PO i wspierające ją media). Zastanowić się, co można zdziałać w tej chwili w ramach UE i w granicach istniejącego prawa. Prawicowa opozycja powinna wrócić do roli opozycji, czyli stworzyć gabinety cieni, merytorycznie recenzować rządzących, przedstawiać własne, alternatywne pomysły na rozwiązanie problemów. Od pretendujących do objęcia władzy oczekujemy konkretów, a nie permanentnego wzmożenia moralnego.

Prawica metapolityczna nie powinna zaś licytować się w radykalizmie z PiS, tylko myśleć konkretnie i działać. Jest przecież sporo przykładów konserwatywnych inicjatyw, które odniosły sukces. Począwszy od skutecznej akcji, dzięki której udało się ograniczyć ekspozycję pornografii w kioskach, przez  orszaki Trzech Króli czy Marsze Życia i Rodziny. Świetne były inicjatywy państwa Elbanowskich, którym – mimo politycznego fiaska – udało się wprowadzić kwestię edukacji sześciolatków do głównych mediów. Podobnym sukcesem okazała się działalność organizacji zrzeszających rodziny wielodzietne, które wymogły na politykach wprowadzenie bardziej prorodzinnej polityki społecznej.

Tyle że te inicjatywy się powiodły, gdyż nie zadziałała w nich logika partyjnego konfliktu PO–PiS. Trzeba też pamiętać, że takie inicjatywy udają się tylko wtedy, gdy wynikają z autentycznej potrzeby, rzeczywistego zaangażowania i entuzjazmu, gdy motywowane są szczerymi przekonaniami i ciekawymi pomysłami, a nie wyłącznie odruchami Pawłowa. Oburzając się, prawica nie buduje własnego ruchu oburzonych, lecz raczej zasklepia się w sklerotycznej niszy i skazuje się na wieczne trwanie w opozycji.