O zagrożeniu, jakie istniało podczas lipcowego lotu informowała ostatnio Wirtualna Polska.
Portal dotarł do stenogramów rozmów, z których wynika, że „prezydent lub ktoś z jego otoczenia naciskał na pilotów, a ci w konsekwencji złamali przepisy podczas lotu z Zielonej Góry do Warszawy”.
Prezydenccy urzędnicy utrzymywali wówczas, że nie wiedzieli o zakończeniu pracy kontrolerów.
Portal pisał wówczas, że nagrania rozmów z kokpitu "tajemniczo zaginęły".
Zachował się jednak zapis rozmowy na jednym z komunikatorów, do którego portal dotarł. Uczestniczyli w niej prezes LOT Rafał Milczarski, prezes PAŻP Janusz Janiszewski, dwóch wiceministrów: Marcin Horała (infrastruktury) i Maciej Małecki (aktywów państwowych) oraz Marcin Kędryna, ówczesny szef biura prasowego w Kancelarii Prezydenta.
Rozmówcy przyznają, że po opublikowaniu przez media informacji o starcie prezydenckiego samolotu bez kontroli z wieży zaczęły się mnożyć pytania od dziennikarzy, w wówczas wśród prezydenckich urzędników i władz LOT wybuchła panika. Naciski, jakie mieli wywierać na załogę samolotu mogły być jednoznacznie skojarzone z tragicznym lotem do Smoleńska.
TVN24 dotarł do nagrań rozmów pilotów rezydenckiego samolotu z wieżą kontroli lotów z lotniska w Babimoście pod Zieloną Górą, skąd samolot miał startować.
Z nagrań wynika, że kontroler kilkakrotnie informował załogę samolotu o zakończeniu pracy.
Za sterami samolotu siedziała wówczas młoda pilot, która w trakcie lotu odnawiała uprawnienia pod okiem pilota-instruktora, który w takiej sytuacji dowodzi załogą.
To z ust instruktora w nagraniu słychać zdania dotyczące "pytań od najważniejszych pasażerów" i "naciskach z tyłu".
Mimo zakończenia pracy kontrolera lotu oraz zamknięcia lotniska o godz. 22, samolot jednak wystartował. Lotnisko zostało co prawda otwarte po kilku minutach rozmowy, ale pracownik z wieży kontroli lotów wyraźnie informuje, że manewry wykonywane przez maszynę odbywają się w klasie G - bez kontroli lotów, a jedynie w wyniku uzgodnień z dyżurnym lotniska.
Pilot-instruktor z prezydenckiego samolotu podejmuje decyzję o starcie.
Pytani przez TVN24 o opinie w tej sprawie doświadczeni piloci LOT nazywają tę decyzję "branżowym samobójstwem", a manewry na płycie lotniska tylko w uzgodnieniu z dyżurnym portu "rewolucyjnym wynalazkiem", bo dyżurny nie ma nawet łączności radiowej z załogą.
Z kolei kontrolerzy lotu zauważają, że ich kolega po fachu, który meldował załodze samolotu zakończenie pracy, bardzo się pilnował, by nie wydać jej żadnego zezwolenia - oznaczałoby to złamanie prawa.
Rozmówcy TVN24 uważają, że przyczyną incydentu było przede wszystkim złe zaplanowanie lotu i późny przyjazd kolumny prezydenckiej na lotnisko.
Z korespondencji mailowej, do której dotarł portal, wynika, że pracownicy LOT - od którego samolot był wyczarterowany - informowali Kancelarię Prezydenta o godzinach pracy lotniska.
Grafik delegacji z prezydentem był początkowo ustalony tak, że kolumna Dudy miała wyjechać z Nowej Soli, gdzie prezydent miał ostatnie tego dnia kampanijne spotkanie, o godz. 21.15. Po jego zakończeniu jednak w drogę wyruszono bez pośpiechu, co spowodowało przyjazd na lotnisko tuż przed 22.
O spóźnieniu piloci nie zostali poinformowani. - O opóźnieniu dowiedział się jeden z członków załogi dzięki temu, że zna kogoś w Służbie Ochrony Państwa - mówi jeden z informatorów TVN24.
Ani LOT, ani Państwowa Agencja Żeglugi Powietrznej nie odpowiadają na pytanie związane z incydentem, powołując się na fakt, iż dochodzenie w jego sprawie wciąż prowadzi Państwowa Komisja Badania Wypadków Lotniczych, która, mimo że w październiku zakończyła prace nad raportem końcowym, do tej pory go nie opublikowała.