Korespondencja z Astany
– Parę lat temu posadziłam tu drzewka, ale nie chcą rosnąć. Zbyt
gorąco i nie ma czym podlewać. Stoją w miejscu, ale jeszcze walczą, nie
usychają. Być może kiedyś odbiją – opowiada mi Lidia, która z córkami schowała
się pod jedną z nielicznych brzóz ratujących przed ponad 40-stopniowym skwarem.
Na co dzień mieszkają w Astanie, prowadzą osiedlowy sklepik, ale co roku
przyjeżdżają do Narodowego Sanktuarium Królowej Pokoju we wsi Oziornoje na
północy Kazachstanu (niedaleko granicy z Rosją), by spotkać się z innymi
potomkami wywiezionych tam w czasach stalinowskich Polaków. Tam, na pobliskiej
stacji Tajynsza, w 1936 roku z wagonów bydlęcych wraz z ponad 35 tys. Polakami wysiedli jej pradziadkowie. Mieszkali na sowieckim Wołyniu, ale reżim stalinowski uznał
ich za „elementy antysowieckie” i wywiózł do kazachstańskich stepów. Pradziadka
rozstrzelano. Ale rodzina Lidii o tym dowiedziała się dopiero dwa lata temu.