Ustaliła to Wirtualna Polska na podstawie rozmów z funkcjonariuszami BOR.

Oznacza to, że dzień pracy kierowcy wiozącego premier rozpoczął się 11 godzin przed wypadkiem. Jak zapewniał Mariusz Błaszczak - jego dzień pracy rozpoczął się ok. godz. 18 na podkrakowskim lotnisku, gdy odbierał z samolotu premier Szydło.

Jak podaje WP.pl, wszyscy doświadczeni kierowcy premier Szydło w dniu wypadku odbierali wolne. Dlatego za kierownicą rządowej limuzyny musiał usiąść kierowca z niewielkim doświadczeniem, który - według słów BOR-owców - "zachował się potem jak niedzielny kierowca i wjechał w drzewo". Pozostałe dwa samochody jadące w kolumnie prowadzili kierowcy z jeszcze mniejszym doświadczeniem.

- Obaj są zupełnie zieloni. Mają mizerne doświadczenie i mały staż. W grupie premier byli od kilku miesięcy - powiedział rozmówca Wirtualnej Polski.

Powiedział również, że samochód, który później tego dnia uległ wypadkowi, wyjechał rano z Warszawy na lawecie. Jego kierowca siedział w niej jako pasażer, co, jak tłumaczy rozmówca, jest "sprytnym obejściem prawa": kierowca nie może bowiem siedzieć za kółkiem więcej niż 12 godzin, ale jeśli wykonuje inne czynności, nie wlicza mu się mu się ich do czasu pracy.

Więcej - Wirtualna Polska